Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Na dziedzińcu parsknął koń.
Derwan zamarł z dłońmi wspartymi o krowi bok. Zamrugał, ignorując biegnący po ciele dreszcz, i aż się skulił, nasłuchując. Może mu się wydawało?
Koń parsknął jeszcze raz i uderzył kopytem o ziemię.
Chłopak rozejrzał się po ciemnym wnętrzu – cebrzyk na wodę, kilka zwojów sznura, kawałek łańcucha, widły. Przez głowę galopowały mu dziko myśli, zmierzające do jednego wspólnego wniosku.
Nie słyszał turkotu kół, więc to nie wóz, tylko konny. Był świt, blady, z niebem na zachodzie wciąż upstrzonym gwiazdami. Do najbliższego miasta mieli dziewięć mil, w pobliżu ani jednej wioski. Jeździec, jeśli wyruszył z miasta, musiałby wyjechać ciemną nocą, a bram nie otwierano przed wschodem słońca, chyba że traktem pędził kurier z jakąś pilną wieścią. Ale kurier darłby się już na całe gardło o wodę dla konia i wino dla siebie. A ten stał i milczał.
Jedynym konnym, który mógł się pojawić o tej porze, był jakiś bandyta z gór. Olekady leżały blisko, a na przednówku bandyci też głodowali. Zdesperowani, mogli przecież wypuścić się poza linię lasu i napaść na samotny zajazd.
Spojrzał jeszcze raz na widły.
Ostrożnie, na palcach, podszedł do drzwi i przyłożył oko do szpary. Koń stał na środku dziedzińca sam, z pustym siodłem, zwieszając łeb. Derwanowi wystarczył rzut oka, żeby zrozumieć, że to nie zwierzę górskich rozbójników. Oni jeździli na małych, krępych i kudłatych kucach, a ten ogier był wysoki, rosły i długonogi. Jak konie kurierów właśnie. Tylko że ich konie nie nosiły takich ciężkich, bogato zdobionych rzędów i nie były obwieszone sakwami. Nie, to nie koń bandyty ani posłańca.
Potrzebował kilku uderzeń serca, zanim do niego dotarło, jaka to szansa. Samotny wierzchowiec bez jeźdźca, z wypchanymi jukami na grzbiecie. Bogactwo.
Zapominając o ostrożności, pchnął drzwi i wyszedł na dziedziniec.
Ostrożnie, żeby nie spłoszyć zwierzęcia, zaczął do niego podchodzić. Koń łypnął okiem i parsknął jakoś tak... wyzywająco. Derwan nie znał się na takich wierzchowcach, najczęściej miał do czynienia ze spokojnymi kupieckimi harysami albo półharysami, szerokogrzbietymi, grubokościstymi flegmatykami, potrafiącymi cały dzień ciągnąć bez sprzeciwu wyładowany wóz. Im nigdy nie przychodziło do łbów, że człowieka można ugryźć, kopnąć albo stratować. Ale ten wyglądał inaczej.
Masywna pierś, silne nogi, mocny zad, proporcje szybkobiegacza. No i teraz dopiero zauważył, spod juków wystawał sajdak z łukiem i strzałami. Właściciel konia, kimkolwiek był, na pewno nie prowadził spokojnego życia. Jasna szrama, biegnąca tuż powyżej przedniej prawej nogi ogiera, nie mogła być niczym innym jak blizną. Ten koń nieraz brał udział w walce i sądząc po tym, jak uderzał kopytem o ziemię, wcale nie bał się obcych. Wojskowe zwierzę.
Ta myśl zatrzymała go w miejscu. Przed wojskowymi wierzchowcami ostrzegano go nie raz i nie dwa razy. Takie bydlę potrafiło zabić.
Koń, jakby wyczuwając jego wahanie, znieruchomiał. Opuścił łeb i zamarł. Derwan odczekał chwilę i zbierając się na odwagę, zrobił kroczek do przodu.
Wierzchowiec podniósł łeb i parsknął z jawną kpiną. Potem odwrócił się lekko i machnął prawą tylną nogą, jakby sprawdzając, czy człowiek jest już w zasięgu kopnięcia. Chłopak cofnął się.
– Nie baw się, Toryn. On nie próbuje cię ukraść... chyba.
Derwan aż podskoczył.
Wyszła zza karczmy. Była niemal jego wzrostu, jasnowłosa, ubrana po męsku. Włosy zaplotła w krótki warkocz, przez co wyglądała jak mała dziewczynka. Sprawiałaby wrażenie bezbronnej, gdyby nie skórzany pancerz i pas, który właśnie zapinała. Pas z jednej strony obciążała szabla, z drugiej ciężki sztylet.
– Jest zły, bo nie mógł się wyspać – mruknęła, otrzepując spodnie. – I chętnie kogoś by ugryzł albo kopnął.
Zmierzyła go zielonym spojrzeniem.
– A gdybyś spróbował go ukraść, musiałabym mu potem pół dnia czyścić kopyta z krwi.
Chłopak przełknął ślinę, świadom, że ruch grdyki zdradzi jej wszystko. I zaraz poczuł złość. Nie był przeklętym przez bogów złodziejem, uczciwie pracował na swój chleb!
– Myślałem, że się tu sam przybłąkał. Prawo traktu mówi, że taki koń należy do tego, kto go znajdzie.
– Wiem o tym, dlatego powiedziałam, że raczej nie chciałeś go ukraść – skrzywiła się lekko. – Daleko stąd do Valener? – zaskoczyła go pytaniem.
– Dziesięć mil, eee... panienko.
Skinęła głową, w oczach zatańczyły jej iskierki.
– Panienko. Miłe. Czy droga do Kehloren jest przejezdna? – Pstryknęła palcami i koń podszedł do niej jak psiak. Parsknął jej prosto w ucho, wyraźnie złośliwie, ale ona nie zwróciła na to uwagi, przypatrując się cały czas Derwanowi.
Kehloren? Pamiętał, że trakt jakieś trzy mile przed miastem odgałęzia się na wschód, w stronę zamku, gdzie ponoć stacjonowało jakieś wojsko. Ale o samej drodze nic nie słyszał, bo żaden z ich gości nigdy się tam nie wybierał.
– Nie wiem – zawahał się. – Ale gdyby coś było nie tak ze szlakiem, to widzielibyśmy cesarskich budowniczych, którzy zmierzaliby w tamtą stronę. Dwa lata temu, jak jeden potok wystąpił z brzegów i podmył drogę, to w stronę twierdzy pojechało pięćdziesiąt wozów z robotnikami i materiałem. Więc chyba jest.
Skinęła głową, jakby jego domysły ją usatysfakcjonowały.
– Gdzie tu jest najbliższy wodopój albo rzeka?
– Trzy mile stąd, w stronę Valener, płynie Malawa. Tam kupcy często poją zwierzęta, ale i u nas jest dobra studnia... – wskazał ocembrowanie. – Woda czystsza niż w rzece.
Uśmiechnęła się, mrużąc oczy. A potem, zanim zdążył się zorientować, już była w siodle. Siedziała tam z taką swobodą, jakby się w nim urodziła.
– Oszczędzajcie ją – poradziła. – I powiedz karczmarzowi, że ci, którzy nadjeżdżają, chętnie zapłacą za czystą wodę, jeżeli cena nie będzie wygórowana. Ale z pewnością nie zanocują w zajeździe.