Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 173
Перейти на страницу:

Na dzie­dziń­cu par­sk­nął koń.

Der­wan za­marł z dłoń­mi wspar­ty­mi o kro­wi bok. Za­mru­gał, igno­ru­jąc bie­gną­cy po cie­le dreszcz, i aż się sku­lił, na­słu­chu­jąc. Może mu się wy­da­wa­ło?

Koń par­sk­nął jesz­cze raz i ude­rzył ko­py­tem o zie­mię.

Chło­pak ro­zej­rzał się po ciem­nym wnę­trzu – ce­brzyk na wodę, kil­ka zwo­jów sznu­ra, ka­wa­łek łań­cu­cha, wi­dły. Przez gło­wę ga­lo­po­wa­ły mu dzi­ko my­śli, zmie­rza­ją­ce do jed­ne­go wspól­ne­go wnio­sku.

Nie sły­szał tur­ko­tu kół, więc to nie wóz, tyl­ko kon­ny. Był świt, bla­dy, z nie­bem na za­cho­dzie wciąż upstrzo­nym gwiaz­da­mi. Do naj­bliż­sze­go mia­sta mie­li dzie­więć mil, w po­bli­żu ani jed­nej wio­ski. Jeź­dziec, je­śli wy­ru­szył z mia­sta, mu­siał­by wy­je­chać ciem­ną nocą, a bram nie otwie­ra­no przed wscho­dem słoń­ca, chy­ba że trak­tem pę­dził ku­rier z ja­kąś pil­ną wie­ścią. Ale ku­rier darł­by się już na całe gar­dło o wodę dla ko­nia i wino dla sie­bie. A ten stał i mil­czał.

Je­dy­nym kon­nym, któ­ry mógł się po­ja­wić o tej po­rze, był ja­kiś ban­dy­ta z gór. Ole­ka­dy le­ża­ły bli­sko, a na przed­nów­ku ban­dy­ci też gło­do­wa­li. Zde­spe­ro­wa­ni, mo­gli prze­cież wy­pu­ścić się poza li­nię lasu i na­paść na sa­mot­ny za­jazd.

Spoj­rzał jesz­cze raz na wi­dły.

Ostroż­nie, na pal­cach, pod­szedł do drzwi i przy­ło­żył oko do szpa­ry. Koń stał na środ­ku dzie­dziń­ca sam, z pu­stym sio­dłem, zwie­sza­jąc łeb. Der­wa­no­wi wy­star­czył rzut oka, żeby zro­zu­mieć, że to nie zwie­rzę gór­skich roz­bój­ni­ków. Oni jeź­dzi­li na ma­łych, krę­pych i ku­dła­tych ku­cach, a ten ogier był wy­so­ki, ro­sły i dłu­go­no­gi. Jak ko­nie ku­rie­rów wła­śnie. Tyl­ko że ich ko­nie nie no­si­ły ta­kich cięż­kich, bo­ga­to zdo­bio­nych rzę­dów i nie były ob­wie­szo­ne sa­kwa­mi. Nie, to nie koń ban­dy­ty ani po­słań­ca.

Po­trze­bo­wał kil­ku ude­rzeń ser­ca, za­nim do nie­go do­tar­ło, jaka to szan­sa. Sa­mot­ny wierz­cho­wiec bez jeźdź­ca, z wy­pcha­ny­mi ju­ka­mi na grzbie­cie. Bo­gac­two.

Za­po­mi­na­jąc o ostroż­no­ści, pchnął drzwi i wy­szedł na dzie­dzi­niec.

Ostroż­nie, żeby nie spło­szyć zwie­rzę­cia, za­czął do nie­go pod­cho­dzić. Koń łyp­nął okiem i par­sk­nął ja­koś tak... wy­zy­wa­ją­co. Der­wan nie znał się na ta­kich wierz­chow­cach, naj­czę­ściej miał do czy­nie­nia ze spo­koj­ny­mi ku­piec­ki­mi ha­ry­sa­mi albo pół­ha­ry­sa­mi, sze­ro­ko­grz­bie­ty­mi, gru­bo­ko­ści­sty­mi fleg­ma­ty­ka­mi, po­tra­fią­cy­mi cały dzień cią­gnąć bez sprze­ci­wu wy­ła­do­wa­ny wóz. Im ni­g­dy nie przy­cho­dzi­ło do łbów, że czło­wie­ka moż­na ugryźć, kop­nąć albo stra­to­wać. Ale ten wy­glą­dał ina­czej.

Ma­syw­na pierś, sil­ne nogi, moc­ny zad, pro­por­cje szyb­ko­bie­ga­cza. No i te­raz do­pie­ro za­uwa­żył, spod ju­ków wy­sta­wał saj­dak z łu­kiem i strza­ła­mi. Wła­ści­ciel ko­nia, kim­kol­wiek był, na pew­no nie pro­wa­dził spo­koj­ne­go ży­cia. Ja­sna szra­ma, bie­gną­ca tuż po­wy­żej przed­niej pra­wej nogi ogie­ra, nie mo­gła być ni­czym in­nym jak bli­zną. Ten koń nie­raz brał udział w wal­ce i są­dząc po tym, jak ude­rzał ko­py­tem o zie­mię, wca­le nie bał się ob­cych. Woj­sko­we zwie­rzę.

Ta myśl za­trzy­ma­ła go w miej­scu. Przed woj­sko­wy­mi wierz­chow­ca­mi ostrze­ga­no go nie raz i nie dwa razy. Ta­kie by­dlę po­tra­fi­ło za­bić.

Koń, jak­by wy­czu­wa­jąc jego wa­ha­nie, znie­ru­cho­miał. Opu­ścił łeb i za­marł. Der­wan od­cze­kał chwi­lę i zbie­ra­jąc się na od­wa­gę, zro­bił kro­czek do przo­du.

Wierz­cho­wiec pod­niósł łeb i par­sk­nął z jaw­ną kpi­ną. Po­tem od­wró­cił się lek­ko i mach­nął pra­wą tyl­ną nogą, jak­by spraw­dza­jąc, czy czło­wiek jest już w za­się­gu kop­nię­cia. Chło­pak cof­nął się.

– Nie baw się, To­ryn. On nie pró­bu­je cię ukraść... chy­ba.

Der­wan aż pod­sko­czył.

Wy­szła zza karcz­my. Była nie­mal jego wzro­stu, ja­sno­wło­sa, ubra­na po mę­sku. Wło­sy za­plo­tła w krót­ki war­kocz, przez co wy­glą­da­ła jak mała dziew­czyn­ka. Spra­wia­ła­by wra­że­nie bez­bron­nej, gdy­by nie skó­rza­ny pan­cerz i pas, któ­ry wła­śnie za­pi­na­ła. Pas z jed­nej stro­ny ob­cią­ża­ła sza­bla, z dru­giej cięż­ki szty­let.

– Jest zły, bo nie mógł się wy­spać – mruk­nę­ła, otrze­pu­jąc spodnie. – I chęt­nie ko­goś by ugryzł albo kop­nął.

Zmie­rzy­ła go zie­lo­nym spoj­rze­niem.

– A gdy­byś spró­bo­wał go ukraść, mu­sia­ła­bym mu po­tem pół dnia czy­ścić ko­py­ta z krwi.

Chło­pak prze­łknął śli­nę, świa­dom, że ruch grdy­ki zdra­dzi jej wszyst­ko. I za­raz po­czuł złość. Nie był prze­klę­tym przez bo­gów zło­dzie­jem, uczci­wie pra­co­wał na swój chleb!

– My­śla­łem, że się tu sam przy­błą­kał. Pra­wo trak­tu mówi, że taki koń na­le­ży do tego, kto go znaj­dzie.

– Wiem o tym, dla­te­go po­wie­dzia­łam, że ra­czej nie chcia­łeś go ukraść – skrzy­wi­ła się lek­ko. – Da­le­ko stąd do Va­le­ner? – za­sko­czy­ła go py­ta­niem.

– Dzie­sięć mil, eee... pa­nien­ko.

Ski­nę­ła gło­wą, w oczach za­tań­czy­ły jej iskier­ki.

– Pa­nien­ko. Miłe. Czy dro­ga do Keh­lo­ren jest prze­jezd­na? – Pstryk­nę­ła pal­ca­mi i koń pod­szedł do niej jak psiak. Par­sk­nął jej pro­sto w ucho, wy­raź­nie zło­śli­wie, ale ona nie zwró­ci­ła na to uwa­gi, przy­pa­tru­jąc się cały czas Der­wa­no­wi.

Keh­lo­ren? Pa­mię­tał, że trakt ja­kieś trzy mile przed mia­stem od­ga­łę­zia się na wschód, w stro­nę zam­ku, gdzie po­noć sta­cjo­no­wa­ło ja­kieś woj­sko. Ale o sa­mej dro­dze nic nie sły­szał, bo ża­den z ich go­ści ni­g­dy się tam nie wy­bie­rał.

– Nie wiem – za­wa­hał się. – Ale gdy­by coś było nie tak ze szla­kiem, to wi­dzie­li­by­śmy ce­sar­skich bu­dow­ni­czych, któ­rzy zmie­rza­li­by w tam­tą stro­nę. Dwa lata temu, jak je­den po­tok wy­stą­pił z brze­gów i pod­mył dro­gę, to w stro­nę twier­dzy po­je­cha­ło pięć­dzie­siąt wo­zów z ro­bot­ni­ka­mi i ma­te­ria­łem. Więc chy­ba jest.

Ski­nę­ła gło­wą, jak­by jego do­my­sły ją usa­tys­fak­cjo­no­wa­ły.

– Gdzie tu jest naj­bliż­szy wo­do­pój albo rze­ka?

– Trzy mile stąd, w stro­nę Va­le­ner, pły­nie Ma­la­wa. Tam kup­cy czę­sto poją zwie­rzę­ta, ale i u nas jest do­bra stud­nia... – wska­zał ocem­bro­wa­nie. – Woda czyst­sza niż w rze­ce.

Uśmiech­nę­ła się, mru­żąc oczy. A po­tem, za­nim zdą­żył się zo­rien­to­wać, już była w sio­dle. Sie­dzia­ła tam z taką swo­bo­dą, jak­by się w nim uro­dzi­ła.

– Oszczę­dzaj­cie ją – po­ra­dzi­ła. – I po­wiedz karcz­ma­rzo­wi, że ci, któ­rzy nad­jeż­dża­ją, chęt­nie za­pła­cą za czy­stą wodę, je­że­li cena nie bę­dzie wy­gó­ro­wa­na. Ale z pew­no­ścią nie za­no­cu­ją w za­jeź­dzie.

1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)