Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
– Czy to rozbójnicy?!
– Nie wiem – odrzekł Salach i opuścił wodze.
– Na co czekasz? Zawracaj!
– Nie można. Zobaczą, że się boimy, i dopędzą. Trzeba jechać dalej i o coś zapytać. To najlepsze.
– O co zapytać?
– O droga. Jak jechać do El-Ledżun. Powiem, ty jedziesz do najgłówniejszy naczelnik policji. Ty jego teściowa.
– Dlaczego teściowa? – zdumiała się, a nawet nieco obraziła Polina Andriejewna.
– Za teściowa nie brać okupu.
– Bo co, takie tu są zwyczaje?
– Dlatego że za teściowa okup nie dawać – oświadczył krótko Salach, przygotowując się do rozmowy ze zbrojnymi.
Zaczął trajkotać już z daleka, kłaniając się i wskazując ręką gdzieś w kierunku wzgórz. Jeźdźcy przyglądali się pojazdowi i jego pasażerom w milczeniu. Jak na Palestynę wyglądali dosyć dziwnie: mieli na sobie czerkieski z gazyrami, a na głowach – jeden baszłyk, drugi papachę. Zupełnie jak nasi kubańscy Kozacy, pomyślała Polina Andriejewna i nieco podniosła się na duchu.
– Nie rozumieć arabski – obrócił się Salach. Byl blady i wystraszony. – To Czerkiesy. Całkiem złe Czerkiesy. Zaraz będę im mówić turecki...
Jeden z konnych podjechał i pochylił się nad Pelagią – zapachniało czosnkiem i baranim łojem.
– Muskubi? – zapytał. – Rosjanka?
– Tak, jestem Rosjanką.
Czerkiesi zaczęli rozmawiać między sobą gardłowo. Albo się spierali, albo wymyślali sobie – nie sposób było tego ustalić.
– O czym oni tam? – nerwowo zapytała Pelagia. Salach przełknął tylko ślinę.
Ten sam rozbójnik co poprzednio nachylił się i ujął skraj sukni Poliny Andriejewny. Zapiszczała, ale niepotrzebnie – bandyta nie miał zamiaru rwać jej odzieży, potarł jedynie palcami jedwab, demonstrując coś swemu towarzyszowi. Potem podniósł z siedzenia parasolkę i pokazał rączkę ze słoniowej kości.
– Co on mówi? – zaszeptała przerażona mniszka.
– Mówi, że ty bogata i ważna. Ruscy dadzą za ciebie dużo pieniędzy.
Salach włączył się do dyskusji. Jego gestykulacja nie spodobała się Polinie Andriejewnej: najpierw Palestyńczyk jakby się odmachnął od swojej pasażerki, a potem wskazał na własną pierś i gdzieś w kierunku powrotnym. Zapewne namawia ich, żeby ją sobie zabrali, a jego wypuścili. Nikczemnik! A czynił zarzuty Jaeli!
Jednak Czerkiesi go nie słuchali. Warknęli coś krótko i pojechali przodem.
Salach zwlekał.
– Wypuścili nas? – Siostra nie mogła uwierzyć w podobne szczęście.
Tu jeden z rozbójników odwrócił się, pogroził nahajką i Salach, pojękując, ruszył z miejsca.
– Mówił jej, mówił – wyrzekał. – Nie trzeba jechać Megiddo. Źle. Nie, wieź. Co będzie? Co będzie? Wkrótce ściemniło się, więc Polina Andriejewna nie mogła dobrze przyjrzeć się drodze do czerkieskiego aułu: jakieś wzgórza, parów, potem dosyć stromy podjazd pod górę.
Niskie płaskie dachy i słabe światło w oknach – to wszystko, co zdołała dostrzec w samej wsi. Chantur zatrzymał się na ciemnym trójkątnym placu, a dwie milczące kobiety w białych chustkach zaprowadziły mniszkę do domku, który stał w głębi podwórza. Chata to była niezwykła – z zamkniętymi na głucho okiennicami i z kłódką na zewnątrz. Zapewne specjalnie dla „bogatych i ważnych" więźniów, domyśliła się Pelagia.
Domysł szybko się potwierdził. Przyszedł gospodarz domu, a zdaje się, że i całego aułu – długobrody starzec w barankowej papasze, obwiązanej czałmą, i w dodatku uzbrojony po zęby. Czyżby tak poruszał się po domu: z szablą, kindżalem i rewolwerem w kaburze?
Najważniejszy Czerkies powiedział, że nazywa się Daniel-bek i że „księżnie" podadzą na kolację placek i kozie mleko. Mówił po rosyjsku zdumiewająco czysto i poprawnie, z nieznacznym tylko akcentem.
Polina Andriejewna bardzo przestraszyła się, usłyszawszy, że została „księżną".
– Nie jestem księżną! – zawołała. – Pan się myli. Starzec zmartwił się.
– Musa powiedział, że księżna. Sukienka jedwabna, twarz biała. To kim jesteś? Jak się nazywasz?
– Jestem pątniczką. Pelagia... to znaczy Polina Lisicyna. Daniel-bek ukłonił się uprzejmie – omal nie szurnął nogą i nie ucałował rączki.
– A kim jest twój mąż?
– Nie mam męża.
„Jestem mniszką" – chciała dodać, ale jak to udowodnić?
– Źle – cmoknął bek. – Dziewczyna już w latach, a bez męża. Pewnie dlatego, że taka chuda. Ale wyjść za mąż trzeba tak czy owak. Niech ci ojciec znajdzie konkurenta.
– Nie mam ojca.
– To brat.
– Brata też nie mam.
Gospodarz wzniósł oczy – cierpliwość ma swoje granice.
– Męża nie masz, ojca nie masz, brata nie masz. To kto wypłaci za ciebie okup? Wujek? Tak dziwnie to zabrzmiało, że Pelagia oniemiała i dopiero po chwili zrozumiała: on naprawdę myśli o wujku.
Czy w istocie jest ktokolwiek, kto gotów byłby zapłacić za nią okup? Może tylko władyka Mitrofaniusz. On jednak jest daleko.
– Wujka też nie mam – odpowiedziała zrezygnowana i omal nie zapłakała nad własnym losem. – A może wypuści mnie pan bez okupu? Brać zakładników to grzech: zabrania tego i nasza, i wasza religia.
Daniel-bek zdumiał się.
– Dlaczego grzech? Byłem chłopcem, kiedy mój papa (wymówił to słowo śmiesznie, jakby po francusku, z akcentem na ostatniej sylabie) był wielkim naibem u Szamila. Rosjanie wzięli w amanaty syna Szamilowego, Dżemaladina, i mnie. Dżemaladin trafił do Korpusu Paziów, a ja do Korpusu Kadetów. Tam nauczyłem się rosyjskiego i wielu jeszcze innych rzeczy. Ale mój papa był nieustępliwy. Wziął w amanaty rosyjską księżnę wraz z synem i wymienił ich na mnie. Jak widzisz, Rosjanie też biorą amanatów. I ja biorę. Bo jak inaczej żyć? Żony i dzieci trzeba utrzymać. – Westchnął ciężko. – Jeśli nie masz męża, ojca, a nawet brata, to brać dużego okupu nie sposób. Niechaj rosyjski konsul prześle dziesięć tysięcy franków i jedź sobie, dokąd zechcesz. Jutro napiszesz do konsula list: „Ojej, przyślij jak najszybciej dziesięć tysięcy franków, bo inaczej zly baszybuzuk odetnie mi palec, potem ucho, a jeszcze później nos".
– To prawda? – Pelagia aż się skuliła.
– Nie, tylko palec. Najmniejszy. Palców wiele, jednego nie szkoda. Po dwóch tygodniach, jeśli konsul nie przyśle pieniędzy, poślę mu ten mały palec. No, no, co tak zbladłaś? Boisz się tego? To kup od któregoś z naszych, za mały palec dużo nie wezmą.
– Jak to „kup"? – wydobyła z siebie nieszczęsna branka.
– Czy konsul całował cię w rękę? – zapytał bek.
– N-nie...
– To dobrze. Nie pozna. Kobieta albo chłopiec odetną sobie palec, a konsul pomyśli, że to twój. Jeśli kobieta, daj jej swoją sukienkę, ucieszy się. Jeśli chłopiec, kup dobre siodło albo srebrny kindżał.
– A jeśli i tak konsul nie da pieniędzy? Przecież nawet go nie znam...
Starzec rozłożył ręce.
– Jeśli nawet palec na niego nie podziała, wydam cię za mąż. Za Kurbana, bo właśnie zmarła mu żona. Albo za Eldara, bo jego ledwie się trzyma, choruje, potrzebna mu druga. Uspokój się, kobieto, nie masz się czego bać!
Ale Polina Aiidriejewna nie uspokoiła się. Po pierwsze, wyjść za mąż w żaden sposób nie mogła, nie pozwalały jej na to śluby zakonne. A po drugie, dłuższego pobytu w tym rozbójniczym gnieździe jej plany nie przewidywały. Uciekał cenny czas!
– List napiszemy jutro – powiedział na pożegnanie Daniel-bek. – Teraz nie ma czasu. Jedziemy rabować ulad-el-mot.