Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 210
Перейти на страницу:

Od­wró­cił się.

— Luka po­ka­że wam, gdzie bę­dzie­cie no­co­wać i gdzie mo­że­cie opo­rzą­dzić ko­nie. Idź­cie już.

Rozdział 14

Re­we­la­cje Szczu­ra po­twier­dził Ve­ler­gorf, któ­ry uparł się, że sam je spraw­dzi. Ken­neth po­zwo­lił na to, wy­sy­ła­jąc wraz z nim pół tu­zi­na lu­dzi z bro­nią w ręku. Wy­ta­tu­owa­ny dzie­sięt­nik po­ja­wił się na gó­rze po dwóch kwa­dran­sach, przy­no­sząc jesz­cze kil­ka przed­mio­tów: drew­nia­ny ku­bek i łyż­kę, musz­lę, któ­ra chy­ba peł­ni­ła kie­dyś funk­cję pu­cha­ru, bo wy­po­sa­żo­no ją w prze­myśl­ną pod­sta­wę, garść prze­wier­co­nych na wy­lot ka­my­ków, ka­wa­łek szma­ty z gru­bo tka­ne­go, szorst­kie­go ma­te­ria­łu.

— Szczur ma ra­cję — po­wie­dział, gdy Ken­neth i resz­ta dzie­sięt­ni­ków ze­bra­li się ra­zem. — Ktoś za­ba­ry­ka­do­wał się, pod­pie­ra­jąc drzwi de­ska­mi wy­rwa­ny­mi ze sto­łów, a po­tem wspiął na pół­kę pod ścia­ną, by wy­rą­bać dro­gę na ze­wnątrz. Nie wiem, ile cza­su im to za­ję­ło, bo po­kład ma w tym miej­scu ło­kieć gru­bo­ści, ale jak czło­wiek jest prze­stra­szo­ny, to i górę na wy­lot prze­ku­je.

— Im?

Dzie­sięt­nik po­ka­zał jesz­cze raz swo­je zna­le­zi­ska.

— Ku­bek, mały jak dla męż­czy­zny, a tu, wi­dzi­cie, wy­rzeź­bio­ne ja­kieś kwiat­ki i ptasz­ki, gło­wę dam, że na­le­żał do ko­bie­ty. Ta musz­la za to jest duża, na oko ma kwar­tę po­jem­no­ści, a jej wzo­ry? Har­pun, ja­kaś zę­ba­ta ryba, po­twór z mac­ka­mi. Pił z niej męż­czy­zna. Pa­cior­ki z ka­my­ków, byle ja­kie, zu­peł­nie jak za­baw­ka dla dziec­ka. Wi­dzi­cie?

Te­raz wi­dzie­li. Ja­sno i wy­raź­nie. Tyl­ko co to im da­wa­ło?

— Do­kąd pro­wa­dzą te za­ba­ry­ka­do­wa­ne drzwi?

— Jed­ne tam. — Dzie­sięt­nik wska­zał na rufę. — A dru­gie w prze­ciw­ną stro­nę, pa­nie po­rucz­ni­ku. Oba do­dat­ko­wo okle­jo­no ży­wi­cą, tak że prak­tycz­nie wro­sły w odrzwia. Je­śli chce­my spraw­dzić, przed czym je za­mknię­to, to trze­ba bę­dzie rą­bać — za­wa­hał się. — A chce­my?

Spoj­rze­nia pod­ofi­ce­rów sta­ły się czuj­ne, ostroż­ne. Byli żoł­nie­rza­mi. Żoł­nie­rze za­zwy­czaj nie szu­ka­ją sami kło­po­tów, bo woj­sko­we do­świad­cze­nie mówi, że cie­ka­wość to naj­krót­sza dro­ga do ka­wał­ka sta­li w be­be­chach.

Ken­neth za­ci­snął war­gi.

— Je­ste­śmy na chę­do­żo­nym stat­ku, któ­ry wy­wiózł nas już pew­nie ze sto mil na wschód. Pły­nie­my wzdłuż Wiel­kie­go Grzbie­tu, zresz­tą w kie­run­ku, w któ­rym mie­li­śmy się udać, co jest pra­wie za­baw­ne. Ale za osiem, może dzie­sięć dni mi­nie­my góry, a nikt nie wie, ja­kie zie­mie i mo­rza znaj­du­ją się na pół­noc od Ole­ka­dów i wo­zac­kiej wy­ży­ny, a ja wo­lał­bym tego nie spraw­dzać jako pierw­szy. Nie wie­my też, kto ste­ru­je tym stat­kiem, nie wie­my, dla­cze­go wzbu­dził on taką fu­rię Pani Lodu. Nic nie wie­my. Ale mamy je­dze­nia na sie­dem do dzie­się­ciu dni, po­tem zo­sta­ną nam psy i rze­mie­nie.

Więk­szość straż­ni­ków skrzy­wi­ła się na samą su­ge­stię. Psy były… wła­ści­wie człon­ka­mi od­dzia­łu.

— Za­cznie­my od tych aher­skich. A, wła­śnie, stra­ci­li­śmy sa­nie z więk­szo­ścią za­pa­sów dla zwie­rząt. Od te­raz do­sta­ją po po­ło­wie dzien­nej por­cji. My też. Wody nam nie brak­nie, póki mo­że­my to­pić lód i śnieg. Jed­nak naj­waż­niej­sze jest to, że nie po­win­ni­śmy tu sie­dzieć i cze­kać na cud. No, chy­ba że któ­ryś z was ma po­mysł, jak wy­do­stać się stąd, nie to­nąc i nie za­ma­rza­jąc. Słu­cham.

Mil­cze­li przez chwi­lę, wresz­cie An­dan uniósł rękę.

— Tra­twy?

My­śle­li już o tym z Ve­ler­gor­fem, gdy wczo­raj rzu­ca­li ka­wał­ki drew­na do wody i pa­trzy­li, jak zni­ka­ją za stat­kiem.

— Bur­ta ma co naj­mniej osiem­dzie­siąt łok­ci. Sta­tek pły­nie szyb­ko jak bie­gną­cy czło­wiek i prze­dzie­ra się przez mo­rze peł­ne kry i gór lo­do­wych. Wszyst­ko, co opu­ści­my na wodę, zo­sta­nie strza­ska­ne w kil­ka chwil.

— Może zwol­ni.

— A może po­fru­nie, An­dan. A jak­by na­wet nam się uda­ło, to co? Chcesz dry­fo­wać na kil­ku kło­dach po­środ­ku tego oce­anu? A może umiesz że­glo­wać? To by­ła­by nie­spo­dzian­ka, dzie­sięt­ni­ku.

Krę­py pod­ofi­cer mach­nął ręką i wska­zał na wej­ście do kom­na­ty, któ­rą zba­da­li.

— No to co, pa­nie po­rucz­ni­ku, rą­bie­my te drzwi?

Key-Tref­fer był kon­kret­ny, jak za­wsze.

— Nie. Po­wiem wię­cej, wzmoc­ni­my je jesz­cze pa­ro­ma de­ska­mi. Je­śli na­praw­dę jest tam cie­pło i su­cho, kom­na­tę mo­że­my wy­ko­rzy­stać jako schro­nie­nie.

— Tak jest, pa­nie po­rucz­ni­ku.

— Do­brze, Var­henn. Nie zej­dzie­my tam wszy­scy, po­wiedz­my, po­ło­wa od­po­czy­wa na dole, resz­ta roz­glą­da się tu i pil­nu­je góry. Na zmia­nę. Mnie in­te­re­su­je po­kład, te reszt­ki słu­pów, tam­te zmiaż­dżo­ne bu­dow­le. Chcę do­stać się na rufę, bo na wszyst­kich stat­kach tam znaj­du­je się ster.

W ich oczach za­pa­li­ło się py­ta­nie.

— On skrę­cał — wy­ja­śnił Ken­neth. — Gdy ucie­ka­li­śmy po lo­dzie, skrę­cał i zwal­niał. Po­tem skrę­cił jesz­cze raz, na wschód. A to zna­czy, że ktoś nim ste­ru­je. Nie cie­ka­wi was kto?

Po­ki­wa­li gło­wa­mi, krzy­wiąc się po­nu­ro. Cie­ka­wi­ło. I była to taka cie­ka­wość, któ­ra dziu­ra­wi skó­rę i upusz­cza krwi.

— Ostat­nie py­ta­nie. — Ken­neth pa­trzył na pod­ofi­ce­rów, prze­no­sząc wzrok po ko­lei na każ­de­go. — Jak lu­dzie? Któ­ryś się ła­mie?

Ve­ler­gorf pierw­szy wzru­szył ra­mio­na­mi.

— Ra­dzą so­bie. Póki mają ro­bo­tę, póty za bar­dzo nie my­ślą. Nie­któ­rzy się boją, ale to nie jest zły strach, taki, co to od­bie­ra ro­zum i wy­sy­sa siły, lecz do­bry, któ­ry mówi ostroż­nie, nie sza­lej, tyl­ko myśl. Jesz­cze ży­jesz i jesz­cze jest na­dzie­ja, że wyj­dziesz stąd cało. Więc nie jest źle. Inni mó­wią: prze­pro­wa­dzi­li­śmy naj­więk­szą na świe­cie ka­ra­wa­nę przez góry, by­li­śmy i wal­czy­li­śmy w Mro­ku, a po­tem wy­do­sta­li­śmy się stam­tąd wprost na bi­twę mię­dzy sto­ma ty­sią­ca­mi ko­czow­ni­ków i Wo­za­ków. I wciąż ży­je­my. Wiel­ki jak całe mia­sto sta­tek nie jest przy tym aż tak prze­ra­ża­ją­cy, po­ra­dzi­my so­bie i z nim.

„Inni mó­wią”. Oczy­wi­ście, dzie­sięt­ni­ku, oczy­wi­ście.

Bergh bły­snął uśmie­chem spod bro­dy.

— To gó­ra­le, pa­nie po­rucz­ni­ku. Jak wi­dzia­łeś la­wi­nę za­sy­pu­ją­cą całą wieś, na­plu­łeś gór­skie­mu niedź­wie­dzio­wi w oko albo wspią­łeś się na ty­siąc­łok­cio­we urwi­sko, to nie­wie­le po­tra­fi cię prze­ra­zić. A poza tym to cho­ler­stwo jest tak wiel­kie, że ła­two za­po­mnieć, że to sta­tek. Te­raz już pra­wie nie ko­ły­sze.

Ko­rel-dus-Ode­rah, nowy dzie­sięt­nik Ósmej, po­ki­wał gło­wą.

— To była do­bra de­cy­zja, pa­nie po­rucz­ni­ku, na­wet je­śli sza­lo­na. Za­ata­ko­wać pły­wa­ją­cą górę… To był do­bry roz­kaz. Gdy­by nie on, kar­mi­li­by­śmy już ryby. I chłop­cy o tym wie­dzą.

1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)