Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Odwrócił się.
— Luka pokaże wam, gdzie będziecie nocować i gdzie możecie oporządzić konie. Idźcie już.
Rozdział 14
Rewelacje Szczura potwierdził Velergorf, który uparł się, że sam je sprawdzi. Kenneth pozwolił na to, wysyłając wraz z nim pół tuzina ludzi z bronią w ręku. Wytatuowany dziesiętnik pojawił się na górze po dwóch kwadransach, przynosząc jeszcze kilka przedmiotów: drewniany kubek i łyżkę, muszlę, która chyba pełniła kiedyś funkcję pucharu, bo wyposażono ją w przemyślną podstawę, garść przewierconych na wylot kamyków, kawałek szmaty z grubo tkanego, szorstkiego materiału.
— Szczur ma rację — powiedział, gdy Kenneth i reszta dziesiętników zebrali się razem. — Ktoś zabarykadował się, podpierając drzwi deskami wyrwanymi ze stołów, a potem wspiął na półkę pod ścianą, by wyrąbać drogę na zewnątrz. Nie wiem, ile czasu im to zajęło, bo pokład ma w tym miejscu łokieć grubości, ale jak człowiek jest przestraszony, to i górę na wylot przekuje.
— Im?
Dziesiętnik pokazał jeszcze raz swoje znaleziska.
— Kubek, mały jak dla mężczyzny, a tu, widzicie, wyrzeźbione jakieś kwiatki i ptaszki, głowę dam, że należał do kobiety. Ta muszla za to jest duża, na oko ma kwartę pojemności, a jej wzory? Harpun, jakaś zębata ryba, potwór z mackami. Pił z niej mężczyzna. Paciorki z kamyków, byle jakie, zupełnie jak zabawka dla dziecka. Widzicie?
Teraz widzieli. Jasno i wyraźnie. Tylko co to im dawało?
— Dokąd prowadzą te zabarykadowane drzwi?
— Jedne tam. — Dziesiętnik wskazał na rufę. — A drugie w przeciwną stronę, panie poruczniku. Oba dodatkowo oklejono żywicą, tak że praktycznie wrosły w odrzwia. Jeśli chcemy sprawdzić, przed czym je zamknięto, to trzeba będzie rąbać — zawahał się. — A chcemy?
Spojrzenia podoficerów stały się czujne, ostrożne. Byli żołnierzami. Żołnierze zazwyczaj nie szukają sami kłopotów, bo wojskowe doświadczenie mówi, że ciekawość to najkrótsza droga do kawałka stali w bebechach.
Kenneth zacisnął wargi.
— Jesteśmy na chędożonym statku, który wywiózł nas już pewnie ze sto mil na wschód. Płyniemy wzdłuż Wielkiego Grzbietu, zresztą w kierunku, w którym mieliśmy się udać, co jest prawie zabawne. Ale za osiem, może dziesięć dni miniemy góry, a nikt nie wie, jakie ziemie i morza znajdują się na północ od Olekadów i wozackiej wyżyny, a ja wolałbym tego nie sprawdzać jako pierwszy. Nie wiemy też, kto steruje tym statkiem, nie wiemy, dlaczego wzbudził on taką furię Pani Lodu. Nic nie wiemy. Ale mamy jedzenia na siedem do dziesięciu dni, potem zostaną nam psy i rzemienie.
Większość strażników skrzywiła się na samą sugestię. Psy były… właściwie członkami oddziału.
— Zaczniemy od tych aherskich. A, właśnie, straciliśmy sanie z większością zapasów dla zwierząt. Od teraz dostają po połowie dziennej porcji. My też. Wody nam nie braknie, póki możemy topić lód i śnieg. Jednak najważniejsze jest to, że nie powinniśmy tu siedzieć i czekać na cud. No, chyba że któryś z was ma pomysł, jak wydostać się stąd, nie tonąc i nie zamarzając. Słucham.
Milczeli przez chwilę, wreszcie Andan uniósł rękę.
— Tratwy?
Myśleli już o tym z Velergorfem, gdy wczoraj rzucali kawałki drewna do wody i patrzyli, jak znikają za statkiem.
— Burta ma co najmniej osiemdziesiąt łokci. Statek płynie szybko jak biegnący człowiek i przedziera się przez morze pełne kry i gór lodowych. Wszystko, co opuścimy na wodę, zostanie strzaskane w kilka chwil.
— Może zwolni.
— A może pofrunie, Andan. A jakby nawet nam się udało, to co? Chcesz dryfować na kilku kłodach pośrodku tego oceanu? A może umiesz żeglować? To byłaby niespodzianka, dziesiętniku.
Krępy podoficer machnął ręką i wskazał na wejście do komnaty, którą zbadali.
— No to co, panie poruczniku, rąbiemy te drzwi?
Key-Treffer był konkretny, jak zawsze.
— Nie. Powiem więcej, wzmocnimy je jeszcze paroma deskami. Jeśli naprawdę jest tam ciepło i sucho, komnatę możemy wykorzystać jako schronienie.
— Tak jest, panie poruczniku.
— Dobrze, Varhenn. Nie zejdziemy tam wszyscy, powiedzmy, połowa odpoczywa na dole, reszta rozgląda się tu i pilnuje góry. Na zmianę. Mnie interesuje pokład, te resztki słupów, tamte zmiażdżone budowle. Chcę dostać się na rufę, bo na wszystkich statkach tam znajduje się ster.
W ich oczach zapaliło się pytanie.
— On skręcał — wyjaśnił Kenneth. — Gdy uciekaliśmy po lodzie, skręcał i zwalniał. Potem skręcił jeszcze raz, na wschód. A to znaczy, że ktoś nim steruje. Nie ciekawi was kto?
Pokiwali głowami, krzywiąc się ponuro. Ciekawiło. I była to taka ciekawość, która dziurawi skórę i upuszcza krwi.
— Ostatnie pytanie. — Kenneth patrzył na podoficerów, przenosząc wzrok po kolei na każdego. — Jak ludzie? Któryś się łamie?
Velergorf pierwszy wzruszył ramionami.
— Radzą sobie. Póki mają robotę, póty za bardzo nie myślą. Niektórzy się boją, ale to nie jest zły strach, taki, co to odbiera rozum i wysysa siły, lecz dobry, który mówi ostrożnie, nie szalej, tylko myśl. Jeszcze żyjesz i jeszcze jest nadzieja, że wyjdziesz stąd cało. Więc nie jest źle. Inni mówią: przeprowadziliśmy największą na świecie karawanę przez góry, byliśmy i walczyliśmy w Mroku, a potem wydostaliśmy się stamtąd wprost na bitwę między stoma tysiącami koczowników i Wozaków. I wciąż żyjemy. Wielki jak całe miasto statek nie jest przy tym aż tak przerażający, poradzimy sobie i z nim.
„Inni mówią”. Oczywiście, dziesiętniku, oczywiście.
Bergh błysnął uśmiechem spod brody.
— To górale, panie poruczniku. Jak widziałeś lawinę zasypującą całą wieś, naplułeś górskiemu niedźwiedziowi w oko albo wspiąłeś się na tysiącłokciowe urwisko, to niewiele potrafi cię przerazić. A poza tym to cholerstwo jest tak wielkie, że łatwo zapomnieć, że to statek. Teraz już prawie nie kołysze.
Korel-dus-Oderah, nowy dziesiętnik Ósmej, pokiwał głową.
— To była dobra decyzja, panie poruczniku, nawet jeśli szalona. Zaatakować pływającą górę… To był dobry rozkaz. Gdyby nie on, karmilibyśmy już ryby. I chłopcy o tym wiedzą.