Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 111
Перейти на страницу:

- Myślałem raczej o podwojeniu. Będę musiał się upewnić, że nie istnieją odpisy, a jeśli takowe są, zdyskredytować je i przechwycić.

- W takim razie o trzy czwarte? - zaproponował Bandarillo.

Harbirger uśmiechnął się i pokręcił głową.

- Obawiam się, drogi przyjacielu, że nie mogę zejść niżej. Czasy niepewne są i niebezpieczne.

- Niech będzie - nie targował się dalej Bandarillo. - Dogadaliśmy się.

Obaj mężczyźni - bandyta i ten, który go powinien łapać - obrócili się w miejscu i bez pożegnania rozeszli, ale ja i Rosen jeszcze chwilę żeśmy zwlekali. Może i nie było tego widać, ale obaj byliśmy gotowi natychmiast ruszyć do akcji, zupełnie jakbyśmy wcześniej się co do tego umówili. Nie chciałem jako pierwszy odwrócić się do niego plecami, jednak po chwili widocznie się odprężył. Widać uznał, że dziś jego moment jeszcze nie nadszedł. Zaryzykowałem. Wdrapałem się na konia jako pierwszy, po czym szybko dogoniłem Bandarilla. Ten, o ile wcześniej wydawał się opanowany, teraz kipiał wściekłością.

- Zasrany, nienasycony skurwysyn - mamrotał do siebie pod nosem. - Nienażarty kastrat. Jeszcze go kiedyś jego własnymi jajami nakarmię.

To akurat nie miało zbyt wiele sensu, ale zachowałem tę uwagę dla siebie.

- Mógł to napisać jeden z naszych ludzi? - spytałem, wyczuwając dobrą okazję do pociągnięcia go za język.

- Móc mógł, tylko po co? - Pokręcił głową.

Żeby nabruździć szefowi i zyskać przy tym jakieś korzyści dla siebie, przyszło mi natychmiast do głowy.

- Mojego imienia oryginalnie w ogóle nie było na tej liście. Ten sukinsyn sam je tam dopisał, żeby ze mnie wydusić więcej pieniędzy. - Splunął wściekle.

A zatem moje przypuszczenia okazały się błędne - Harbirger umiał o siebie zadbać. Byłbym skłonny założyć się, że już planował podobne spotkanie z Olvenem i kolejnymi handlarzami opium. I każdemu z nich przedstawi podobny, nieco tylko zmodyfikowany spis. Czy było prawdopodobne, że od samego początku napisał go sam? Możliwe…

Pod podkowami zachrzęściły kamienie i żwir, znak, że opuściliśmy już dno wyschłego przed wiekami jeziora. Z cienia jednego z porozrzucanych po okolicy głazów wynurzyła się reszta naszej eskorty i powoli, zniechęceni przez upał, ruszyliśmy z powrotem w stronę miasta.

- Dlaczego wracamy tą samą drogą? - zapytałem.

- Bo jest najkrótsza - odpowiedział jeden z fałszywych sokolników i spojrzał na mnie jak na największego idiotę, jakiego w życiu spotkał.

Bo jest najkrótsza… Ciekawy powód, ale niech mu będzie.

Kiedy pół godziny później za naszymi plecami rozległ się daleki jeszcze chrzęst końskich kopyt, ani trochę mnie to nie zaskoczyło.

- Ktoś za nami jedzie - oznajmiłem im spokojnie, starając się nie wzbudzać zbędnej paniki. Bezskutecznie, wszyscy trzej natychmiast spięli konie. - Czekajcie! - rzuciłem, zanim zdążyli wyskoczyć z kopyta.

Już ich było widać. Czterech jeźdźców, za plecami których podnosił się tuman pyłu. Zastanowiło mnie, że gdyby jechali nieco wolniej i ciszej, mogliby podjechać do nas niezauważeni znacznie bliżej. Widać na tym im wcale nie zależało.

- Uciekajmy, nie dogonią nas! - nie wytrzymał jeden z fałszywych sokolników i nie czekając na nas, ruszył przed siebie.

- Poczekajcie. To mi się naprawdę nie podoba, to musi być pułapka - powstrzymałem Bandarilla. Drugi z przybocznych też nie wytrzymał napięcia i bez słowa puścił się za swym uciekającym kompanem.

Bandarillo wyraźnie się wahał. Jego ludzie dali nogę, jakby im się zadki paliły, a tymczasem on został sam z człowiekiem, którego dobrze nie znał, naprzeciw czterem jeźdźcom. Mnie akurat było wszystko jedno, na co się zdecyduje. Czas rozstrzygnął to zresztą za niego, bo zrobiło się zwyczajnie za późno na ucieczkę. Żółty tuman wzniesiony przez naszych byłych towarzyszy podróży zdążył już skryć ich sylwetki, podczas gdy ten drugi, za naszymi plecami, znacznie się przybliżył, choć widać było też wyraźnie, że zwolnili.

Zlazłem z konia, klepnąłem w zad, żeby nie wchodził mi w drogę, i stanąłem za wysuszonym ciernistym krzewem. Jeśli nie od razu mnie dojrzą, powinno mi to trochę ułatwić zadanie.

- Tam się ustawcie - syknąłem do Bandarilla. - A jakby mieli strzelać, rzucajcie się natychmiast na ziemię.

Za niewielkim, porośniętym jakimś suchym zielskiem pagórkiem jego szanse powinny być całkiem nie najgorsze. Z natury jestem poczciwy, a jak mi ktoś zapłaci, skłonny jestem nawet zatroszczyć się o jego dobro.

Zanim mnie Bandarillo posłuchał, już tu byli. Rozciągnęli się w szereg. Ja stanąłem w lekkim rozkroku, oparłem miecz na ramieniu i spokojnie czekałem. Szarża konna może być wielce zdradliwa, ale do tego potrzeba więcej jeźdźców niż czterech. Przynajmniej na mnie.

Zadźwięczały podkowy, zaskrzypiał żwir i pierwszy z nich ruszył na mnie, zajeżdżając po łagodnym łuku. Półtorametrowego ostrza zdecydowanie się po mnie nie spodziewał. Ciąłem bez rozmachu, prosto z ramienia, nawet nie sprawdzając, jak mi poszło. Drugi, zamiast najechać na mnie natychmiast po swym kompanie, wstrzymał konia, co dało mi czas, aby zrobić krok i ciąć od lewej. Trafiłem go tyle o ile w plecy, ale to wystarczyło, aby zwalił się na ziemię.

Pozostali dwaj zdołali mi się wymknąć i teraz stali o kawałek dalej. Na nierównym, porośniętym rozmaitymi krzakami terenie brakowało im trochę swobody ruchów. Trzymałem miecz na ramieniu i obserwowałem ich. Wnioskując po skórzanym odzieniu, przeszywanych kamizelach, wyświechtanych portkach i butach w nikczemnym stanie, było widać, że to nie są ludzie z miasta, ale gdzieś ze stepu. Cudzoziemcy najęci do brudnej roboty. Znałem takich aż za dobrze.

Spojrzeli po sobie. Obaj mieli takie same twarde, zacięte twarze, gęsto zarośnięte, z brodami szarymi od kurzu i pyłu. Bez słowa czy gestu porozumienia równocześnie zeskoczyli z siodeł i dobyli szabel. Nie dałem im szansy na obmyślanie żadnych planów i z mieczem gotowym do ciosu sam rzuciłem się na nich. Zareagowali, zwiększając odstęp, jednak temu po prawej przeszkodził krzak, na co liczyłem. Tuż przed nim odbiłem nieco na zewnątrz i ciąłem mocno z prawej. Miał mnóstwo czasu i zasłonił się bardzo poprawnie, jednak nie liczył się z siłą uderzenia dwuręcznego ostrza. Jego szabla odskoczyła, otwierając mi drogę, i bardziej robiąc krok w przód, niż używając ramion, zadałem mu krótkie pchnięcie. Natychmiast zresztą cofnąłem ostrze i w półobrocie zasłoniłem się przed cięciem tego drugiego. Zdołałem również zbić jego prawie natychmiastowy drugi atak, przy czym równocześnie udało mi się nieco odstąpić, zwiększając dystans między nami. Miał swoją szansę, ale ją zmarnował.

W pojedynku jeden na jednego, który potem nastąpił, wielkich szans już nie miał. Chwilę mu to zajęło, zanim zrozumiał, że przeciw mojemu dwuręcznemu ostrzu jego szabla długo nie wytrzyma. Cofał się, giął w unikach, robił ciałem na lewo i na prawo, wypatrując okazji. Był uważny, spięty i przebiegły, to mu musiałem przyznać. Zacząłem sapać, ciosy zadawałem z coraz to większego rozmachu, pozwalałem ostrzu zataczać coraz szersze łuki. Wyczuł nadarzającą się okazję, rzucił się do ataku szybki jak błyskawica.

Powróciłem do obrony znacznie szybciej, niż się tego spodziewał, pochwyciłem jego ostrze i używając gardy miecza jako dźwigni, wyrwałem mu broń z ręki. W jego lewej ręce błysnął sztylet. Zamiast odskakiwać, przysunąłem się bliżej, obróciłem miecz i rąbnąłem go głowicą na tyle mocno, że aż się cofnął dobre trzy kroki. Z krótkiego zamachu ciąłem go w gardło, niemalże odrąbując mu całkowicie głowę. Ten ostatni cios wyszedł mi jakiś taki dziwny. Spojrzałem na pokryte krwią i rdzą ostrze i po chwili zrozumiałem, że brakowało dobrych dwudziestu pięciu centymetrów. Gdyby pękło nieco wcześniej, leżałbym teraz martwy na ziemi.

1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)