Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
To niegdyś dumne miasto umarło, stało się stosem pogrzebowym, który wypluwał z siebie setki słupów dymu w stronę burzowych chmur na niebie. Dym przywodził jej na myśl wiosnę, ponieważ wtedy farmerzy wypalali swe pola, aby je oczyścić przed nowymi zasiewami. Nie władała Caemlyn nawet sto dni, a już zdążyła je stracić.
„Jeżeli smoki mogą coś takiego zrobić z całym miastem – pomyślała, przyglądając się otworowi, który Talmanes wybił w najbliższym murze – to w takim razie świat będzie musiał się zmienić. Wszystko, co wiemy o sztuce wojennej, się zmieni”.
– Powiedziałbyś, że tyle ich jest? – spytała mężczyznę, który podjechał właśnie do niej.
Talmanes miał za sobą zaledwie dzień odpoczynku po ciężkich przejściach, które omalże nie kosztowały go życia. Pewnie powinien był zostać w Merrilorze – z pewnością w najbliższej przyszłości nie będzie w stanie stanąć do walki.
– Nie sposób zliczyć ich rzesz, bo są ukryte za murami, Wasza Wysokość – powiedział, kłaniając się z szacunkiem. – Dziesiątki tysięcy, ale nie setki.
Denerwował się w jej obecności, co manifestował, jak przystało na Cairhienianina – przemawiając kwieciście, niemniej z szacunkiem. Powiadali, że to jeden z najbardziej zaufanych oficerów Mata. Dziwiła się, że Mat nie zdemoralizował go do tej pory bardziej.
Nie zaklął ani razu. Co za szkoda.
Nieopodal na zżółkłej trawie otwierały się kolejne bramy, przez które przedostawało się jej wojsko, zapełniając z miejsca całe pole i okoliczne wzgórza. Przejęła dowodzenie nad sporą armią wojowników, wśród których było wielu siswai’aman zasilających Gwardię Królowej oraz żołnierze regularnego wojska Andoru, dowodzeni przez Birgitte i kapitana Guybona. Drugi kontyngent Aielów – Panny, Mądre i pozostali wojownicy – został skierowany na północ, do Shayol Ghul, gdzie mieli dołączyć do Randa.
Razem z Elayne przybyła jedynie garstka Mądrych, to znaczy tych, które podążały za Perrinem. Elayne byłaby bardziej zadowolona, gdyby miała przy sobie więcej przenoszących. Ale z kolei miała do swej dyspozycji Legion i jego smoki, co zapewne równoważyło, iż jej pozostałe przenoszące wywodziły się z Rodziny i raczej zaliczały się do tych słabszych, jeśli chodzi o korzystanie z Mocy.
Razem z nią przybył także Perrin ze swoim wojskiem stworzonym z Mayeniańskiej Skrzydlatej Gwardii, ghealdańskiej kawalerii, Białych Płaszczy – Elayne nadal nie bardzo wiedziała, co o tym myśleć – oraz kompanii łuczników z Dwu Rzek z Tamem na czele. Dopełnienie jej armii stanowiła formacja, która wybrała dla siebie miano Wilczej Gwardii, a utworzona głównie z byłych uchodźców, z których zaledwie część została wyszkolona do walki. No i oczywiście miała jeszcze kapitana Bashere’a i jego Legion Smoka.
Zaaprobowała plan Bashere’a w związku z bitwą o Caemlyn. „Trzeba wymusić walkę na terenie lasu” – wyjaśniał. – „Łucznicy będą tam śmiertelnie groźni, gdy zaczną strzelać do zbliżających się Trolloków. Jeśli ci chłopcy będą potrafili się poruszać po lesie tak sprawnie, jak mnie zapewniano, to w takim razie będą równie niebezpieczni, gdy wycofają się w jego przepastne wnętrze”.
Aielowie również potrafili być śmiertelnie groźni w lesie, gdzie Trolloki nie mogły wykorzystać siły liczebnej do pokonania przeciwnika. Bashere jechał blisko niej. Rand najwyraźniej przykazał mu, że ma ją chronić. Jakby nie wystarczała jej Birgitte, która podskakiwała za każdym razem, gdy ona ledwie drgnęła.
„Oby Rand pozostał bezpieczny do czasu, aż będę mogła mu powiedzieć, co o nim myślę” – przyszło jej do głowy na widok Bashere’a i Birgitte pogrążonych w cichej rozmowie. Bashere był mężczyzną o pałąkowatych nogach i sumiastych wąsach. Nie przemawiał do Elayne w sposób, w jaki winno się do królowej… ale z kolei królowa Saldaei była jego bratanicą, a więc być może czuł się swobodnie w obecności osoby z królewskiego rodu.
„Jest pierwszy w sukcesji do tronu” – przypomniała sobie Elayne. Współpraca z nim nastręczy sposobności do zacieśnienia jej więzi z Saldaeą. Nadal podobał się jej pomysł z umieszczeniem jednego ze swych dzieci na tamtym tronie. Przyłożyła dłoń do brzucha. Ostatnimi czasy dzieci często kopały albo rozpychały się łokciami. Nikt jej nie uprzedził, że to będzie tak bardzo przypominało… no cóż, niestrawność. Melfane, niestety, zdobyła jednak trochę koziego mleka.
– Jakie wieści? – spytała Elayne, gdy Birgitte i Bashere zbliżyli się do niej. Talmanes zjechał na bok, by zrobić im miejsce.
– Mamy raporty od zwiadowców wysłanych do miasta – powiedział Bashere.
– Bashere miał rację – rzekła Birgitte. – Dowódcy Trolloków skrócili im cugle i pożary w większej części wygasły. Dobra połowa miasta jeszcze stoi. Ten dym, który widzicie, bije przeważnie z ognisk, na których gotują, a nie z budynków.
– Trolloki są durne, w odróżnieniu od Półludzi – zauważył Bashere. – Trolloki z radością splądrowałyby miasto i wszędzie, gdzie się da, podłożyłyby ogień, ale wtedy mogłyby utracić kontrolę nad pożarami. Tak czy owak, nie mamy pojęcia, co Cień tutaj planuje, ale mogą na przykład próbować utrzymać miasto przez jakiś czas.
– I będą tego próbowały? – spytała Elayne.
– Szczerze powiedziawszy, nie umiem orzec – odparł Bashere. – Nie znamy ich celów. Czy ten atak na Caemlyn miał tylko posłużyć zasianiu chaosu i zastraszeniu naszych wojsk, czy raczej zmienia miasto w twierdzę i bazę wypadową, z której przez długi czas będą nękały nasze oddziały? Podczas Wojen z Trollokami Pomory rzeczywiście podbijały miasta w tym celu właśnie.
Elayne przytaknęła.
– Można prosić o wybaczenie, Wasza Wysokość? – rozległ się czyjś głos.
Elayne odwróciła się i zobaczyła jednego z ludzi z Dwu Rzek, który właśnie szedł w jej stronę – jeden z ich przywódców, drugi w dowodzeniu po Tamie.
„Dannil” – przypomniała sobie. – „Tak ma na imię”.
– Wasza Wysokość – powtórzył Dannil. Nie zawsze znajdował właściwe słowa, ale zasadniczo stać go było na gładkie wypowiedzi. – Lord Złotooki rozmieścił już swych ludzi w lesie.
– Lordzie Talmanesie, czy wasze smoki są już na miejscu?
– Prawie – odparł Talmanes. – Wybacz, Wasza Wysokość, ale wątpię, aby łuki były potrzebne, kiedy ta broń już wypali. Czy na pewno nie chcesz rozpocząć walki od smoków?
– Musimy sprowokować Trolloki do bitwy – oświadczyła Elayne. – To rozmieszczenie oddziałów, jakie wam nakreśliłam, przyniesie najlepszy rezultat. Bashere, co z moim planem dla samego miasta?
– Myślę, że wszystko już gotowe, ale jeszcze chcę to sprawdzić – odparł Bashere, w zamyśleniu gładząc wąsy kłykciami. – Twoje kobiety utworzyły już bramy, a Mayenianie dali nam olej. Jesteś pewna, że stać cię na równie drastyczne posunięcie?
– Tak.
Bashere czekał jednak na coś więcej, być może na jakieś wyjaśnienie. Kiedy żadnego mu nie udzieliła, oddalił się, by wydać ostatnie rozkazy. Elayne zawróciła klacz, chcąc po raz ostatni przejechać się wzdłuż szeregów żołnierzy z pierwszych linii utworzonych blisko lasu. Teraz, w tych ostatnich chwilach, nie mogła zdziałać wiele więcej – jej dowódcy wydawali rozkazy, ale przynajmniej widziano ją, jak jedzie na koniu z miną wyrażającą pewność siebie. Mężczyźni, których mijała, unosili wyżej swe piki i zadzierali podbródki.
Nie odrywała oczu od dymiącego miasta. Nie odwracała głowy i nie pozwalała, by gniew przejął nad nią panowanie. Zamierzała spożytkować go w ściśle określonym celu.
Chwilę później Bashere wrócił do niej.
– Zrobione. Piwnice wielu jeszcze stojących budynków zostały wypełnione olejem. Talmanes i inni są na miejscu. Kiedy twój Strażnik wróci z wieścią, że kobiety z Rodziny są gotowe otworzyć kolejne bramy, będziemy mogli przystąpić do działania.