Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
Obróciłem się, zamierzając wyskoczyć z kabiny za Mosesem, i poczułem na wewnętrznej stronie dłoni uszczypnięcie małych ząbków — ząbków Morloka!
W tamtej chwili, kiedy zewsząd napierała na mnie śmierć i ponownie pogrążony byłem w pierwotnej ciemności, nie mogłem znieść obecności Morloka, jego ząbków wbitych w moje ciało, jego włosów ocierających się o moją skórę! Ryknąłem i walnąłem pięścią w miękką twarz Morloka.
Ale Nebogipfel nie krzyknął. Gdy go uderzyłem, poczułem, jak przelatuje obok mnie w kierunku tablicy rozdzielczej.
Ciemność ustąpiła przed moimi oczami, ryk spadających odłamków betonu całkowicie ucichł i stwierdziłem, że znów pogrążony jestem w szarym świetle charakterystycznym dla podróży w czasie.
16. WEJŚCIE W CZAS
Samochód czasu zakołysał się. Wyciągnąłem rękę w kierunku składanego siedzenia, ale zostałem ciśnięty na podłogę, uderzając głową i ramionami w drewnianą ławkę. Ręka bolała mnie od rany, którą Morlok zadał mi zębami.
Kabinę zalało białe światło, tryskając na nas w bezgłośnej eksplozji. Usłyszałem krzyk Morloka. Miałem zamglony wzrok, który pogarszała zakrzepła krew na moich policzkach i brwiach. Przez tylne drzwi i rozmaite szczelinowe okna do drżącej kabiny wsączało się jednobarwne, blade, połyskujące światło. Zastanawiałem się, czy nie wydarzyła się jakaś nowa katastrofa. Być może warsztat trawiły płomienie...
Potem jednak zorientowałem się, że to niemożliwe, bo światło jest zbyt jednostajne, zbyt spokojne. Zrozumiałem, że już wykroczyliśmy daleko poza tamto wojenne laboratorium.
Blask był oczywiście światłem dziennym, które niczym się nie wyróżniało i było mdłe z powodu pomieszania dnia z nocą, zbyt szybkie, by je śledzić. Rzeczywiście wpadliśmy w czas. Ten samochód — choć prymitywny i źle wyważony — funkcjonował prawidłowo. Nie potrafiłem stwierdzić, czy lecimy w przyszłość czy przeszłość, ale samochód już nas zabrał do okresu, w którym nie istniała londyńska kopuła.
Podparłem się rękami i spróbowałem wstać, ale na dłoniach miałem krew — swoją lub Morloka — i ręce ześlizgnęły mi się. Upadłem z powrotem na twardą podłogę, uderzając ponownie głową o ławkę.
Ogarnęło mnie ogromne, paraliżujące zmęczenie. Ból, którego doznałem obijając się podczas bombardowania, złagodzony na pewien czas przez rozpaczliwe próby ratowania życia, dopiekł mi teraz z całą siłą. Oparłem głowę o metalowe żebra podłogi i zamknąłem oczy.
— Po co to wszystko? — rzuciłem pytanie w przestrzeń. Moses zginął... przepadł wraz z profesorem Gödelem pod tonami gruzów w zburzonym laboratorium. Nie miałem pojęcia, czy Morlok żyje, ale też w ogóle mnie to nie obchodziło. Niech samochód czasu zawiezie mnie do przyszłości lub przeszłości. Niech mknie bez końca, aż rozbije się na kawałki o ściany nieskończoności i wieczności! Niech to się wreszcie skończy. Nie mogłem zrobić nic więcej.
— Gra nie warta świeczki — wymamrotałem. — Nie warta świeczki...
Poczułem dotyk miękkich rąk na dłoniach, włosy ocierające się o moją twarz, ale zaprotestowałem i ostatnim wysiłkiem odepchnąłem te ręce.
Pogrążyłem się w głębokiej, pozbawionej snów, niewygodnej ciemności.
Obudziły mnie silne wstrząsy.
Obijałem się o podłogę w kabinie. Pod moją głową leżało coś miękkiego, ale wysunęło się i uderzyłem czaszką o twardy narożnik ławki. Pod wpływem tego powtórnego ataku bólu odzyskałem przytomność i dość niechętnie usiadłem.
Głowa bolała mnie straszliwie, a ciało wydawało się zmaltretowane jakby po meczu bokserskim. To paradoks, ale byłem w lepszym nastroju. Śmierć Mosesa nadal mi ciążyła — ważne wydarzenie, któremu z czasem będę musiał stawić czoło — ale po tych kilku chwilach zbawiennej nieprzytomności mogłem o niej zapomnieć, tak jak człowiek może odwrócić wzrok od oślepiającego światła słonecznego i zastanowić się nad innymi sprawami.
Przyćmione, perłowe światło mieszaniny dnia i nocy nadal zalewało wnętrze samochodu. Było nadzwyczaj zimno. Poczułem, że drżę, a z moich ust wydobywała się para. Nebogipfel siedział na fotelu pilota, zwrócony do mnie plecami. Badał białymi palcami przyrządy na prymitywnej desce rozdzielczej i sprawdzał, dokąd biegną druty zwisające z kolumny kierownicy.
Wstałem. Z powodu kołysania się samochodu i stłuczeń, których doznałem w roku 1938, trzymałem się niepewnie na nogach. Żeby odzyskać równowagę, musiałem chwycić użebrowaną ramę kabiny. Stwierdziłem, że metal, którego dotknąłem gołymi rękami, jest zimny jak lód. Zobaczyłem, że miękki przedmiot pod moją głową to blezer Morloka. Złożyłem go i położyłem na ławce. Dostrzegłem również ciężki klucz na podłodze, który Moses wykorzystał do otwarcia pojemników na plattneryt. Podniosłem go koniuszkami palców. Były na nim plamy krwi.
Nadal miałem na sobie ciężkie epolety. Zdegustowany tymi kawałkami pancerza, oderwałem je od ubrania i rzuciłem na podłogę. Upadły z brzękiem.
Słysząc ten hałas, Nebogipfel podniósł wzrok i zobaczyłem, że jego gogle są pęknięte na pół i jedno oko stanowi krwawą miazgę.
— Przygotuj się — powiedział stłumionym głosem.
— Na co? Ja...
Kabina pogrążyła się w ciemności.
Cofnąłem się chwiejnie i znów prawie upadłem. Wielkie zimno wyssało resztkę ciepła z kabiny i z mojego ciała. I znów uderzyłem się w głowę. Objąłem rękami tułów.
— Co się stało ze światłem dziennym?
W czerni, połączonej z kołysaniem, głos Morloka wydawał się prawie szorstki.
— To potrwa zaledwie kilka sekund. Musimy wytrzymać...
Ciemność zniknęła równie szybko, jak się pojawiła, i do kabiny ponownie wsączyło się szare światło. Ostry chłód trochę zelżał, ale nadal drżałem jak galareta. Uklęknąłem na podłodze obok siedzenia Nebogipfela.
— Co się dzieje? Co to było?
— Lód — odparł. — Przechodzimy przez epokę okresowych oblodzeń. Powłoki lodowe i lodowce zsuwają się z północy i zakrywają ląd — grzebiąc nas przy tym pod swoją skorupą — a potem topnieją. Zaryzykowałbym twierdzenie, że czasami znajdujemy się pod warstwą stu stóp.
Wyjrzałem przez wąskie okna w czołowej płycie samochodu. Zobaczyłem dolinę Tamizy, która przemieniła się w ponurą tundrę zamieszkaną jedynie przez odporną trawę, buntowniczy, jaskrawofioletowy wrzos oraz z rzadka rozsiane drzewa. Te ostatnie przechodziły swe roczne cykle zbyt szybko, bym mógł je prześledzić, ale wyglądały mi na odporniejsze odmiany: dąb, wierzbę, topolę, wiąz i głóg. Nie było śladu Londynu. Nie zobaczyłem nawet cienia szybko znikających budynków i w tym całym szarym krajobrazie nie było ani jednego dowodu istnienia ludzi, ani żadnych oznak żyjących zwierząt. Nawet ukształtowanie krajobrazu, wzgórza i doliny, wydawało mi się nieznajome, kiedy zmieniało się wielokrotnie wskutek aktywności lodowców.
Po jakimś czasie ponownie pojawił się wielki lód, który zobaczyłem w postaci krótkotrwałej powodzi białej jasności, nim nas zakrył. Zakląłem w ciemności i wsunąłem ręce pod pachy. Zdrętwiały mi palce rąk i nóg i zacząłem się obawiać odmrożenia. Kiedy lodowce ponownie ustąpiły, pozostawiły po sobie krajobraz zamieszkany przez bardzo podobne do poprzednich odmiany odpornych roślin, ale o zmienionych kształtach. Najwidoczniej przerwy w epokach lodowcowych zmieniały krajobraz, choć nie potrafiłem powiedzieć, czy zdążamy w przyszłość, czy w przeszłość. Kiedy tak patrzyłem, wydawało się, że głazy większe od człowieka przemieszczają się w granicach tego obszaru, ślizgając się powoli lub tocząc. Był to najwyraźniej jakiś dziwny efekt erozji lądu.