Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
— Jak długo byłem nieprzytomny?
— Niedługo. Może pół godziny.
— Czy samochód czasu zabiera nas w przyszłość?
— Penetrujemy przeszłość — odparł Morlok. Odwrócił się do mnie twarzą i zobaczyłem, jak jego sprężyste ruchy przemieniły się w sztywne z powodu ciosów pięścią, które mu wcześniej zadałem. — Jestem tego pewny. Dostrzegłem kilkakrotnie recesję Londynu... jego cofnięcie się do historycznych początków... Z odstępów między oblodzeniami wnioskuję, że co minutę przebywamy jakieś dziesięć tysięcy lat.
— Może powinniśmy wykalkulować, jak powstrzymać ten żywiołowy pęd samochodu w czas. Jeżeli znajdziemy spokojny wiek...
— Nie sądzę, byśmy mogli przerwać lot samochodu.
— Co takiego?
Morlok rozłożył ręce — zobaczyłem lekkie oblodzenie na włosach porastających grzbiety jego dłoni, a potem znów pogrążyliśmy się w ciemnym, lodowym grobie, a jego głos dochodził z mroku.
— Nie zapominaj, że to prymitywny, nie dokończony pojazd prototypowy. Wiele urządzeń sterowniczych i wskaźników jest rozłączonych. Te, które są podłączone, przeważnie nie działają. Nawet gdybyśmy wiedzieli, jak zmienić mechanizmy, nie uszkadzając przy tym pojazdu, nie widzę sposobu, w jaki moglibyśmy się wydostać z kabiny, by dotrzeć do mechanizmu wewnętrznego.
Ponownie wynurzyliśmy się z epoki lodu w znajomą, przeobrażoną tundrę. Nebogipfel obserwował krajobraz z pewnym zafascynowaniem.
— Pomyśl o tym. Skandynawskie fiordy jeszcze nie zostały wyżłobione, a europejskie i północnoamerykańskie jeziora — powstałe wskutek topniejącego lodu — to złudzenia przyszłości. Już minęliśmy świt historii człowieka. W Afryce moglibyśmy znaleźć rasę australopiteków — niektórzy z nich byliby niezdarni, inni smukli, a jeszcze inni mięsożerni, ale wszyscy chodziliby na dwóch nogach i mieliby cechy małpy: małe czaszki i duże szczęki oraz zęby...
Poczułem wielką, zimną samotność. Przyszło mi do głowy, że chociaż już kiedyś byłem zagubiony w czasie, to jednak nigdy nie czułem się taki wyizolowany! Czy to była prawda — czy to mogła być prawda — że Nebogipfel i ja, w naszym uszkodzonym samochodzie czasu, stanowiliśmy jedyny płomyk inteligencji na całej planecie?
— A więc nie mamy nad tym pojazdem żadnej kontroli — powiedziałem. — Być może nie zatrzymamy się, dopóki nie dotrzemy do początków czasu...
— Wątpię, czy do tego dojdzie — oświadczył Nebogipfel. — Plattneryt nie może mieć nieograniczonych możliwości. Nie może bez końca przenosić nas głębiej w czas. W końcu się wyczerpie. Musimy się modlić, żeby to nastąpiło, nim przekroczymy okres ordowicki i kambryjski, zanim dotrzemy do wieku, w którym nie będzie tlenu.
— Wesoła perspektywa — zadrwiłem. — I przypuszczam, że może być jeszcze gorzej.
— Jak to?
Wysunąłem zesztywniałe nogi przed siebie i usiadłem na zimnej, użebrowanej, metalowej podłodze.
— Nie mamy żadnych zapasów. Ani wody, ani żywności. I obaj jesteśmy ranni. Nie mamy nawet ciepłej odzieży! Jak długo możemy przeżyć w tej mroźnej barce czasu? Kilka dni? Mniej?
Nebogipfel nie odpowiedział.
Nie jestem człowiekiem, który łatwo poddaje się zrządzeniom losu i poświęciłem trochę energii na to, żeby przyjrzeć się dokładnie urządzeniom sterowniczym i przewodom. Szybko stwierdziłem, że Nebogipfel ma rację. Nie było sposobu, bym z tej plątaniny części zdołał zbudować sterowny pojazd i moja energia, już i tak bardzo nadwątlona, niebawem się wyczerpała. Popadłem ponownie w pewnego rodzaju tępą apatię.
Przebrnęliśmy przez jeszcze jeden krótki, brutalny okres oblodzenia, a potem weszliśmy w długą, posępną zimę. Pory roku nadal przynosiły przemijający śnieg i lód, ale wiek stałej pokrywy lodowej należał teraz do przyszłości. W ciągu mijających tysiącleci dostrzegłem niewielkie zmiany w krajobrazie. Być może struktura rozmazanej zieleni pokrywającej wzgórza powoli się wzbogacała. Niedaleko samochodu czasu na ziemi pojawiła się ogromna czaszka, która przypominała mi słoniową. Była wyblakła, goła i pokruszona. Leżała tam dostatecznie długo, bym mógł rozeznać jej kontury, w ciągu mniej więcej sekundy, nim zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.
— Nebogipfelu, jeżeli chodzi o twoją twarz, to ja... Musisz zrozumieć...
Spojrzał na mnie zdrowym okiem. Zobaczyłem, że ponownie zaczął się zachowywać jak Morlok, zapominając o ludzkich gestach, które sobie przyswoił.
— Co? Co muszę zrozumieć?
— Nie chciałem cię zranić.
— Teraz mnie nie ranisz — powiedział z precyzją chirurga. — Ale wtedy tak. Przeprosiny są daremne, niedorzeczne. Jesteś tym, kim jesteś... Jesteśmy różnymi gatunkami, tak odmiennymi od siebie jak ty od australopiteków.
Poczułem się jak niezdarne zwierzę, z moimi olbrzymimi pięściami ponownie splamionymi krwią Morloka.
— Zawstydzasz mnie — powiedziałem.
Pokręcił krótko głową.
— Wstyd? To pojęcie nie ma w tym kontekście żadnego znaczenia.
Zrozumiałem, że chodzi mu o to, iż nie powinienem odczuwać wstydu bardziej niż jakieś dzikie zwierzę z dżungli. Zaatakowany przez takie stworzenie, czy spierałbym się z nim o kwestie moralne? Nie. Bezrozumne zwierzę nie może nic poradzić na swoje zachowanie. Powinienem tylko zająć się efektami jego działań.
W oczach Nebogipfela okazałem się — znów! — istotą niewiele lepszą od niezdarnych brutali z afrykańskich równin, prekursorów ludzi w tej wyludnionej epoce.
Wycofałem się do drewnianych ławek. Położyłem się tam, kładąc obolałą głowę na zgiętym ramieniu, i obserwowałem migotanie stuleci za ciągle otwartymi drzwiami samochodu.
17. OBSERWATOR
Posępny, zimowy chłód minął i niebo zrobiło się bardziej zróżnicowane, pocętkowane nieregularnymi plamami. Od czasu do czasu kołyszącą się wstęgę słoneczną przesłaniała na chwilę ciemna chmura. W tym łagodniejszym klimacie kwitły nowe odmiany drzew z gatunku zrzucających liście. O ile mogłem się zorientować, były tam klony, dęby, topole, cedry i inne. Czasami te antyczne lasy wyrastały wokół samochodu, pogrążając nas w półmroku, który rozjaśniało migotanie światła zabarwionego zielenią i brązem, a potem wycofywały się, jakby ktoś odsuwał zasłonę.
Nebogipfel powiedział, że wkroczyliśmy w okres potężnych ruchów tektonicznych Ziemi. Ze skorupy ziemskiej wypychane były Alpy i Himalaje, a olbrzymie wulkany wypluwały popiół i pył, przesłaniając niebo nieraz na okres wielu lat. Morlok wyjaśnił, że w oceanach pływają ogromne rekiny o zębach jak sztylety, a w Afryce przodkowie ludzkości powracają do prymitywnego stanu rozwoju umysłowego. Ich mózgi kurczą się, chodzą zgarbieni i mają krótkie, grube, niezgrabne palce.
Przemierzaliśmy tę długą, dziką epokę przez około dwanaście godzin.
Gdy stulecia i lasy migotały przed kabiną, próbowałem ignorować głód i pragnienie, które ściskały mi żołądek. To była najdłuższa podróż przez czas, jaką podjąłem od chwili pierwszej wyprawy do odległej przyszłości po epoce Weeny, i wraz z upływem kolejnych godzin czułem się coraz bardziej przygnębiony daremnością tego wszystkiego. Krótkotrwały rozkwit ludzkości już był odległym odpryskiem światła oddalonym w czasie. Nawet odległość między człowiekiem i Morlokiem — obojętne jakim — stanowiła zaledwie ułamek długiej drogi, którą przebyłem.
Przytłoczyły mnie ogrom czasu oraz małość człowieka i jego osiągnięć. Moje troski wydawały się absurdalne i całkowicie nieważne. Historia ludzkości wydawała się błahostką, chwilowym błyskiem w mrocznych, bezmyślnych otchłaniach wieczności.