Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
Zaległo milczenie.
— Powinieneś zdawać sobie sprawę, Szevek, że przekonanie o własnej słuszności nie jest samo w sobie usprawiedliwieniem.
Wiem, napracowałeś się ciężko nad tą książką. I ja się natyrałem, wydając ją, próbując wyjaśnić, że nie jest tylko nieodpowiedzialną napaścią na teorię następstw, lecz ma i pozytywne aspekty. Ale gdy inni fizycy nie dopatrują się w twej pracy wartości, powinieneś się przyjrzeć tym wyznawanym przez siebie i starać się dojść, skąd bierze się ta rozbieżność. Jeśli dla innych nie ma to żadnego znaczenia, jaki z tego pożytek? Jaka tego funkcja?
— Jestem fizykiem, a nie analitykiem funkcji — przypomniał Szevek.
— Każdy odonianin musi być analitykiem funkcji. Masz trzydzieści lat, prawda? W tym wieku człowiek powinien znać nie tylko swoją funkcję jako komórki, ale i swoją funkcję organiczną — jaką mianowicie optymalną rolę ma do spełnienia w organizmie społecznym. Tyś nie musiał, być może, zastanawiać się nad tym tyle, co większość ludzi…
— Rzeczywiście nie. Od dziesiątego czy dwunastego roku życia wiedziałem, co mam robić.
— To, czym chłopiec, we własnym mniemaniu, lubi się zajmować, nie zawsze pokrywa się z tym, czego oczekuje od niego społeczeństwo.
— Mam trzydzieści lat, jak stwierdziłeś, jestem dość stary jak na chłopca.
— Osiągnąłeś ten wiek w nader cieplarnianych warunkach. Najpierw Instytut Okręgowy w Północowyżu…
— Dodaj do tego akcję zalesiania, akcje rolne, szkolenie praktyczne, komitety blokowe, pracę ochotniczą od początku suszy; normalna ilość kleggich. W istocie lubię to robić. Ale lubię też uprawiać fizykę. Do czego zmierzasz?
Gdy zaś Sabul nie odpowiadał, a tylko łypał nań spod ciężkich, umazanych tłuszczem brwi, dorzucił:
— Możesz mi równie dobrze wyłożyć kawę na ławę, i tak nie uda ci się wziąć mnie na sumienie obywatelskie.
— Czy ty uważasz pracę, którą tu wykonywałeś, za funkcjonalną?
— Tak. Jm wyżej coś jest zorganizowane, tym bardziej zcentralizowany to organizm: centralność oznacza tu pole faktycznej funkcji”. Tomar: Definicje. Fizyka temporalna, usiłując zorganizować to, co zrozumiałe dla ludzkiego umysłu, jest z samej definicji działalnością centralnie funkcjonalną.
— Nie daje ludziom chleba.
— Poświęciłem właśnie sześć dekad, pomagając to uczynić.
Kiedy ponownie zostanę wezwany, stawię się znowu. Tymczasem zostanę przy swoim fachu. Jeśli w ogóle ma być uprawiana fizyka, rezerwuję sobie prawo uprawiania jej.
— Powinieneś spojrzeć prawdzie w oczy: w obecnej chwili fizyka nie może być uprawiana. Nie taka w każdym razie, jaką tyś się zajmował. Musimy się przestawić na działania praktyczne. — Poruszył się na krześle. Sprawiał wrażenie przygnębionego i niespokojnego. — Musieliśmy zwolnić pięć osób i oddać je do dyspozycji. Przykro mi to stwierdzić, ale jedną z tych osób jesteś ty. Tak to wygląda.
— Dokładnie tak, jak się spodziewałem — powiedział Szevek, choć aż do tej chwili nie dopuszczał do siebie myśli, że Sabul wyrzuca go z Instytutu. Kiedy jednak usłyszał tę nowinę, zabrzmiała mu nieobco; poza tym nie da temu człowiekowi satysfakcji oglądania, jak jest wstrząśnięty.
— Przemawiał przeciwko tobie cały splot okoliczności. Skomplikowana, oderwana od życia natura badań, które prowadziłeś przez kilka ostatnich lat. Do tego wrażenie — nie twierdzę, że uzasadnione, istniejące wszakże wśród niemałej liczby studentów i członków ciała pedagogicznego Instytutu — że tak twój sposób nauczania, jak i sposób bycia cechuje pewien brak, określony stopień nielojalności, niedostatek altruizmu. Mówiono o tym na zebraniu. Ja, oczywiście, wstawiałem się za tobą. Ale jestem tylko jednym syndykiem wśród wielu.
— Odkąd to altruizm jest cechą odonian? — zapytał Szevek. — Ale mniejsza z tym. — Wstał. Nie mógł dłużej usiedzieć na miejscu, najzupełniej poza tym opanowany i przemawiający jak najspokojniejszym tonem. — Rozumiem, że nie poleciłeś mnie na stanowisko nauczyciela w innym miejscu.
— Co by to dało? — rzekł Sabul, niemal melodyjnym tonem w tym samorozgrzeszeniu. — Nigdzie nie przyjmują nowych nauczycieli. Nauczyciele i uczniowie pracują obok siebie jak planeta długa i szeroka, usiłując zapobiec głodowi. Oczywiście, ta klęska nie będzie trwała wiecznie. Za rok — stojąc ramię przy ramieniu, dzieląc się wszystkim po równo — obejrzymy się za siebie, dumni z ofiar, które ponieśliśmy, i pracy, którą wykonaliśmy. W obecnej jednak chwili…
Szevek stał wyprostowany, rozluźniony i przez małe porysowane okno patrzył w puste niebo. Wzbierała w nim nieprzeparta ochota, żeby rzucić tamtemu wreszcie: a idź do diabła! Wypowiedział jednak inną, głębszą myśclass="underline"
— Właściwie masz pewnie rację. — Po czym wyszedł, skinąwszy Sabulowi głową.
Złapał autobus do śródmieścia. Wciąż gnał go pośpiech. Wypełniał jakiś plan i spieszno mu było doprowadzić go do końca i odpocząć. Poszedł do Centralnego Urzędu Skierowań Komisariatu Podziału Pracy, aby poprosić o skierowanie do wspólnoty, do której pojechała Takver.
Kompoprac, z jego komputerami i kolosalnym zadaniem koordynacji, zajmował cały kwartał ulic; mieścił się w eleganckich i — jak na anarresyjskie standardy — imponujących gmachach o ładnych, czystych liniach. Wewnątrz Centralny Urząd Skierowań przypominał wysoką stodołę, pełną ludzi i ruchu, o ścianach pokrytych informacjami dotyczącymi skierowań oraz wskazówkami, do jakiego biurka bądź wydziału udać się w takiej a takiej sprawie.
Czekając w jednej z kolejek, Szevek przysłuchiwał się rozmowie stojących przed nim osób — szesnastoletniego chłopca i mężczyzny po sześćdziesiątce. Chłopiec zgłaszał się na ochotnika po skierowanie na placówkę walki z głodem. Przepełniony szlachetnymi uczuciami, rwał się do przygód, tryskał braterstwem i nadzieją.
Radowało go, że wyrusza gdzieś samodzielnie i żegna się z dzieciństwem. Nieustannie mówił, jak dziecko, głosem nie nawykłym jeszcze do niższych rejestrów. Wolność! Wolność! — dźwięczało w każdym słowie jego entuzjastycznych wypowiedzi; głos starszego mężczyzny wtórował mu z pochrząkiwaniem i pomrukiwaniem, prześmiewczo — lecz bez chęci straszenia; z kpiną — lecz bez przestrogi. Wolność, możliwość przeniesienia się dokądś i zrobienia czegoś, stary cenił w młodym i pochwalał, choć naśmiewał się z jego zarozumialstwa. Szevek przysłuchiwał się ich rozmowie z radością. Przerwali pasmo porannej groteski.
Ledwie wyjaśnił urzędniczce, dokąd chciałby jechać, ta zrobiła zafrasowaną minę, poszła po atlas i rozłożyła go na dzielącym ich kontuarze.
— Spójrz — powiedziała. Była brzydką, małą kobietą o zajęczych zębach; jej dłonie poruszały się zręcznie i delikatnie po kolorowych stronicach atlasu. — To jest Rolny, widzisz, ten półwysep, wrzynający się w północne Morze Temaeńskie. To po prostu olbrzymia piaszczysta łacha. Nic tam nie ma poza morskimi laboratoriami, o tu, na samym cyplu, widzisz? Dalej wzdłuż wybrzeża ciągną się same bagna i słone błota, aż po Harmonię — tysiąc kilometrów. A na zachód masz Wybrzeże Barrensa. Najbliższym Rolnego miejscem, do którego mógłbyś się udać, byłoby jakieś miasteczko w górach. Ale nie proszą tam o pilne skierowania; są w znacznym stopniu samowystarczalni. Oczywiście, możesz tam jechać, jeśli chcesz — dorzuciła zmienionym z lekka tonem.
— To za daleko od Rolnego — stwierdził, spoglądając na mapę.
W górach Północnego Wschodu dostrzegł odciętą od świata mieścinę, w której wychowała się Takver — Dolinę Krążystą. — A może w tym morskim laboratorium potrzebują stróża? Statystyka? Kogoś do karmienia ryb?