Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
— Sprawdzę.
Ludzko-komputerowa sieć akt Kompopracu zorganizowana była z godną podziwu sprawnością. Nawet pięciu minut nie zabrało urzędniczce wyszukanie potrzebnych danych wśród olbrzymiej liczby bezustannie napływających i wypływających informacji, dotyczących każdej posady, każdego zapotrzebowania, każdego poszukiwanego pracownika oraz priorytetów w skali całej gospodarki społeczności świata.
— Właśnie skompletowali awaryjny zespół. Chodzi o partnerkę, tak? Mają wszystkich, kogo im potrzeba, czterech techników i doświadczonego poławiacza. Załoga w komplecie.
Szevek oparł się łokciami na kontuarze, pochylił głowę i podrapał się w nią, gestem zakłopotania maskując zagubienie i porażkę.
— Hm — powiedział — sam nie wiem, co teraz robić.
— Posłuchaj, bracie, a na jak długo partnerka dostała skierowanie?
— Bezterminowo.
— Ale chodzi o placówkę walki z głodem, prawda? To nie może tak wiecznie trwać! Zimą na pewno spadnie deszcz.
Podniósł wzrok na zatroskaną, współczującą, zmartwioną siostrę. Uśmiechnął się lekko, nie mógł przecież pozostawić bez odpowiedzi jej wysiłku natchnięcia go nadzieją.
— Zejdziecie się. Tymczasem…
— Właśnie. Tymczasem — mruknął.
Czekała na jego decyzję.
Podjęcie decyzji należało do niego; możliwości było wiele.
Mógł zostać w Abbenay i zorganizować wykłady z fizyki, jeśliby tylko zdołał znaleźć chętnych słuchaczy. Mógł jechać na półwysep Rolny i zamieszkać z Takver, tyle że bez przydziału w stacji badawczej. Mógł osiedlić się gdziekolwiek i nie robić nic, tylko wstawać dwa razy dziennie i udawać się do najbliższej jadłodajni, by go tam nakarmiono. Mógł robić, co by mu się żywnie podobało.
Identyczność słów „praca” i „zabawa” w języku prawickim miała oczywiście wyraźnie określone znaczenie etyczne. Odo dostrzegała niebezpieczeństwo rygorystycznego moralizmu, wynikające z użycia słowa „praca” w jej systemie analogicznym: komórki muszą współpracować, optymalne funkcjonowanie całego organizmu, praca wykonywana przez każdy element, itd. Oba podstawowe pojęcia Analogii — kooperacja i funkcja — zasadzały się na pracy. Dowód na powodzenie eksperymentu — czy to przeprowadzanego w dwudziestu probówkach w laboratorium, czy na dwudziestu milionach ludzi na Księżycu — jest prosty: czy to działa?
Odo dostrzegała moralną pułapkę. „Święty nigdy nie bywa zajęty” — powiedziała, być może ze smutkiem.
Istota społeczna nie dokonuje jednak nigdy wyborów w pojedynkę.
— No cóż — powiedział Szevek — wróciłem właśnie z placówki walki z głodem. Może zostało jeszcze coś do zrobienia na tym polu?
Urzędniczka obrzuciła go niedowierzającym, lecz wybaczającym spojrzeniem starszej siostry.
— W tym pokoju wywieszono około siedmiuset pilnych zapotrzebowań — oświadczyła. — Które wybierasz?
— Nie potrzebują gdzieś matematyka?
— To głównie prace w polu i dla robotników wykwalifikowanych. Czy masz jakieś przygotowanie inżynieryjne?
— Niewielkie.
— Hm, jest posada koordynatora pracy. Z pewnością wymaga głowy do liczb. Co o tym myślisz?
— Niech będzie.
— Ale, widzisz, to jest na Południowym Zachodzie w Kurzawie.
— Znam Kurzawę. Poza tym, jak powiedziałaś, kiedyś wreszcie spadnie deszcz…
Kiwnęła głową, uśmiechnęła się i wystukała na jego karcie pracy: Z Abbenay, Płn. Zach., Centr. Inst. Nauk. DO Łokcia, Płd. Zach., koord. pr., zakł. fosforanu 1: SKIER. PILN.: 5-1-3-165-bezterminowo.
Rozdział dziewiąty
Urras
Zbudziły Szeveka dzwony z kaplicowej wieży, tonami harmonii prymarnej wzywające na poranny obrzęd religijny. Każdy dźwięk jak obuchem walił go w potylicę. Czul się tak rozdygotany i osłabiony, że przez dłuższy czas nie mógł nawet usiąść. Wreszcie zdołał dowlec się jakoś do łazienki i zanurzył się w zimnej kąpieli, od czego zelżał nieco ból głowy, ciało jednakże wydawało mu się nadal obce — jak gdyby zbrukane. Odzyskawszy jasność myśli, przypomniał sobie strzępki i urywki wczorajszego wieczoru — żywe, oderwane scenki z przyjęcia u Vei. Starał się ich nie rozpamiętywać, nie był jednak w stanie myśleć o niczym innym. Wszystko, wszystko dotknięte zostało zepsuciem. Usiadł przy biurku i przesiedział przy nim nieruchomo pół godziny, zapatrzony przed siebie, do głębi nieszczęśliwy.
Zakłopotany bywał w życiu wcale nie tak rzadko i często czuł się jak głupiec. Jako młody człowiek cierpiał, bo zdawało mu się, że inni mają go za dziwaka, odmieńca; w późniejszych latach doświadczał nieraz — sprowokowanych przez samego siebie — niechęci i pogardy wielu swoich ziomków. Nigdy jednak nie akceptował ich osądu. Nigdy nie nękał go wstyd.
Nie wiedział, że to paraliżujące upokorzenie — podobnie jak ból głowy — jest tylko chemicznym następstwem pijaństwa. Wiedza ta niewiele by zresztą zmieniła. Uczucie wstydu — oraz zepsucia i obcości wobec samego siebie — podziałało jak objawienie. Nagle — jak gdyby przejrzał na oczy — ujrzał swoją sytuację z przeraźliwą jasnością; sięgał zaś wzrokiem daleko poza owe oderwane epizody z zakończenia wieczoru u Vei. Zdradziła go nie tylko ta biedna kobieta. Zwymiotować usiłował nie tylko alkohol, ale wszystek chleb, którym się żywił na Urras.
Oparł łokcie na biurku i ścisnął rękami skronie, przybierając pozę człowieka dotkniętego bólem; przyjrzał się swojemu życiu z punktu widzenia wstydu.
Na Anarres — wbrew oczekiwaniom swojego społeczeństwa — wybrał sobie pracę, do której czuł powołanie. Ten wybór był aktem buntu: zaryzykował swój los dla dobra ogółu.
Na Urras akt buntu był luksusem, folgowaniem sobie. Być fizykiem w A-Io oznaczało służyć nie społeczeństwu, nie ludzkości, nie prawdzie — ale Państwu.
Pierwszej nocy w tym pokoju — wyzywający i pełen ciekawości — postawił swym gospodarzom pytanie: „Co chcecie ze mną zrobić?” Teraz już wiedział, co z nim zrobili. Chifoilisk powiedział mu nagą prawdę. Posiedli go. Zamierzał się z nimi targować — pomysł godny naiwnego anarchisty. Jednostka nie może targować się z państwem. Państwo nie zna innej monety prócz siły i samo tę monetę wypuszcza.
Dostrzegał teraz — wyraźnie, krok po kroku — że przybywając na Urras, popełnił błąd; swój pierwszy poważny błąd — i to taki, którego skutki będzie zapewne odczuwał do końca życia. Gdy zdał sobie z tego sprawę, gdy wyliczył sobie wszystkie świadczące o nim dowody, które od miesięcy odpychał od siebie i którym zaprzeczał (a dużo mu zajęło czasu, zanim — znieruchomiały za biurkiem — uczynił to odkrycie) aż do tej ostatniej, absurdalnej i ohydnej sceny z Veą, która mu ponownie stanęła przed oczami, aż jęła go palić twarz i zadzwoniło mu w uszach, już się z błędu tego wyzwolił. Nawet w tej dolinie łez po przepiciu nie odczuwał już winy.
Tamto już się stało, teraz należało myśleć o tym, co robić dalej. Zamknąwszy się w więzieniu, jakże ma działać jako człowiek wolny?
Nie będzie uprawiał fizyki dla polityków. To już było dlań oczywiste.
Lecz jeśli przestanie pracować, czy pozwolą mu stąd wyjechać?
Zastanowiwszy się nad tym, westchnął głęboko, uniósł głowę i wpatrzył się nie widzącymi oczami w zielony, skąpany w słońcu krajobraz za oknem. Pierwszy raz dopuścił do siebie myśl o powrocie do domu jako realnej możliwości. Ta myśl groziła przerwaniem tam i zalaniem go falą bezbrzeżnej tęsknoty. Móc mówić po Prawieku, rozmawiać z przyjaciółmi, zobaczyć Takver, Pilun, Sadik, dotknąć kurzu Anarres…