Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 87
Перейти на страницу:

Jeden ze strażników skinął Colonowi głową.

— Niezły pokaz — pochwalił. — Zwłaszcza ten kawałek, kiedy wasza asystentka nie zdjęła żadnego welonu…

Odskoczył za swego towarzysza, gdyż Nobby odwrócił się w miejscu niczym anioł zemsty.

— Sierżancie — szepnął Vetinari. — Najważniejsze jest teraz, byśmy dowiedzieli się, gdzie aktualnie przebywa książę Cadram. Rozumie pan? W tawernach ludzie dużo gadają. Miejmy uszy otwarte.

Tawerna nie pasowała do wyobrażeń Colona o pubach. Przede wszystkim większa jej część nie miała dachu — po prostu mury otaczały dziedziniec. Winorośl wyrastała z wielkiej pękniętej urny, umocowana w górze do altanowego sklepienia. Delikatnie pluskała płynąca woda, i nie dlatego że — jak w Załatanym Bębnie — bar przylegał ścianą do wychodków, ale z powodu niewielkiej fontanny pośrodku dziedzińca. Było tu chłodno, o wiele chłodniej niż na ulicy, chociaż liście winorośli ledwie skrywały niebo.

— Nie wiedziałem, że umie pan żonglować, sir — szepnął Colon do Vetinariego.

— Pan tego nie potrafi, sierżancie?

— Nie, sir.

— To dziwne. Przecież to żadna sztuka, prawda? Trzeba tylko wiedzieć, jakie są obiekty i dokąd chcemy, żeby poleciały. Potem wystarczy tylko pozwolić, by zajmowały właściwe pozycje w czasie i przestrzeni.

— Jest pan w tym znakomity, sir. Pewnie często pan ćwiczy?

— Aż do dzisiaj nigdy nie próbowałem. — Vetinari zauważył oszołomioną minę Colona. — Po Ankh-Morpork, sierżancie, parę latających melonów to naprawdę całkiem niewielki problem.

— Jestem zdumiony, sir.

— A w polityce, sierżancie, zawsze należy wiedzieć, gdzie schował się kurczak.

Colon uchylił fezu.

— Czy dalej mam go na głowie?

— Wydaje się, że zasnął. Na pańskim miejscu bym mu nie przeszkadzał.

— Hej tam, żonglerze! Ona nie może tu wejść!

Obejrzeli się. Ktoś, kogo twarz i fartuch głosiły „barman” w siedmiuset językach, stał nad nimi, trzymając w obu rękach po dzbanie wina.

— Kobietom nie wolno tu przebywać — oznajmił.

— A dlaczego? — spytał Nobby.

— I nie wolno zadawać pytań.

— A dlaczego?

— Bo tak jest napisane, dlatego.

— No to niby gdzie mam się podziać?

Barman wzruszył ramionami.

— Kto tam wie, gdzie się podziewają kobiety.

— Idź stąd, Beti — polecił Vetinari. — I… pilnie zbieraj wszystkie informacje.

Nobby porwał stojący przed Colonem kubek wina i wychylił go jednym haustem.

— Nie wiem… — mruknął z irytacją. — Od dziesięciu minut jestem kobietą, a już nienawidzę tych drani samców!

— Nie rozumiem, co w niego wstąpiło, sir — szepnął Colon, gdy Nobby wyszedł zagniewany. — Normalnie się tak nie zachowuje. Wydawało mi się, że klatchiańskie kobiety robią, co im się powie.

— A czy pańska żona robi to, co pan jej powie, sierżancie?

— No… tak, to jasne. Mężczyzna musi być panem we własnym domu, zawsze to powtarzam…

— W takim razie dlaczego, jak słyszałem, ciągle składa pan kuchenne meble?

— To oczywiste, trzeba słuchać…

— Warto jednak zauważyć, że w historii Klatchu wiele jest przykładów sławnych kobiet, które nawet wyruszały na wojnę ze swymi mężczyznami — stwierdził Patrycjusz.

— Naprawdę? Po tej samej stronie?

— Tistam, żona księcia Arkvena, jechała do bitwy obok swego męża i, według legendy, zabiła dziesięć tysięcy tysięcy mężczyzn.

— To bardzo dużo mężczyzn.

— Legendy często się rozrastają. Jednakże wydaje się, że istnieją solidne historyczne dowody, iż królowa Sowawondra z Sumtri podczas swego panowania skazała na śmierć ponad trzydzieści tysięcy ludzi. Podobno była drażliwa.

— Powinien pan posłuchać mojej żony, kiedy nie odłożę talerzy na miejsce — westchnął ciężko sierżant Colon.

Patrycjusz zmienił temat.

— Teraz, kiedy zintegrowaliśmy się już z miejscową ludnością, sierżancie, musimy wykryć, co się właściwie dzieje. Wprawdzie najwyraźniej szykuje się inwazja, ale jestem przekonany, że książę Cadram zostawił część wojsk w odwodzie, na wypadek ataku lądowego. Dobrze byłoby wiedzieć, gdzie się znajdują, bo i on tam z pewnością będzie.

— Słusznie.

— Myśli pan, że da pan sobie z tym radę?

— Pewno, sir. Znam Klatchian. Nie ma obawy.

— Tu ma pan trochę pieniędzy. Niech pan postawi ludziom coś do picia. Wmiesza się między nich.

— Dobrze.

— Nie za dużo do picia, ale tyle wmieszania, ile tylko pan potrafi.

— Jestem dobrym wmieszywaczem, sir.

— Więc proszę ruszać.

— Sir?

— Słucham.

— Trochę się martwię o… Beti, sir. Tak sobie wyszła… Coś może się mu… jej przytrafić. — Colon mówił jednak z pewnym wahaniem. Nie potrafił sobie wyobrazić, co złego mogłoby się przytrafić kapralowi Nobbsowi.

— Na pewno usłyszymy, jeśli będzie miał kłopoty — uspokoił go Patrycjusz.

— Ma pan rację, sir.

Colon zbliżył się ostrożnie do grupy mężczyzn, którzy siedzieli w nierównym kręgu na podłodze, rozmawiali i jedli z wielkiej misy.

Usiadł. Jedzący po obu stronach rozsunęli się uprzejmie.

No więc jak się… Co tam… Każdy przecież wie, jak rozmawiają Klatchianie…

— Bądźcie pozdrowieni, bracia pustyni — powiedział. — Nie wiem, jak wy, ale ja mam ochotę na talerz baranich oczu. Założę się, chłopaki, że nie możecie się doczekać, by znowu wskoczyć na swoje wielbłądy. Bo ja nie mogę. Pluję na te nieczyste psy z Ankh-Morpork. Ktoś miał ostatnio bakszysz? Możecie mi mówić Al.

— Przepraszam bardzo, czy jesteś tą damą, która towarzyszy klaunom?

Kapral Nobbs, który wlókł się smętnie ulicą, obejrzał się zaskoczony. Zwracała się do niego młoda kobieta o ładnej twarzy. Kobieta odzywająca się do niego z własnej inicjatywy była czymś nowym. To, że się przy tym uśmiechała, było zjawiskiem niesłychanym.

— E… tak. Zgadza się. To ja. — Przełknął ślinę. — Beti.

— Nazywam się Bana. Czy zechciałabyś podejść i porozmawiać z nami?

Nobby spojrzał ponad jej ramieniem. Kobiety w różnym wieku siedziały wokół studni. Któraś pomachała do niego nieśmiało.

Zamrugał niepewnie. Znalazł się na niezbadanych terytoriach. Spojrzał na swoje ubranie, wyglądające na mocno znoszone. Jego rzeczy zawsze wyglądały na znoszone już po pięciu minutach od włożenia.

— Nie martw się — powiedziała dziewczyna. — Wiemy, jak to jest. Ale wydawałaś się taka samotna. I może potrafisz nam pomóc…

Dotarły już do grupy przy studni. Były tu kobiety w każdym możliwym kształcie i rozmiarze, a jak dotąd żadna nie powiedziała „fuj!” — doświadczenie nienotowane w kronikach osobistej historii Nobby’ego. Poczuł jakby zawrót głowy. Miał wrażenie, że wkracza do raju — i tylko nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności wkraczał tam niewłaściwymi drzwiami.

— Staramy się pocieszyć Netal — wyjaśniła dziewczyna. — Jej narzeczony nie ożeni się z nią jutro.

— To świnia — stwierdził Nobby.

Jedna z dziewcząt, z oczami zaczerwienionymi od płaczu, gwałtownie uniosła głowę.

— On chciał — zaszlochała. — Ale zabrali go, żeby walczył w Gebrze! Wszystko z powodu jakiejś wyspy, o której nikt nawet nie słyszał! A cała moja rodzina jest tutaj!

— Kto go zabrał? — spytał Nobby.

1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)