Biały smok [The White Dragon - pl]
- Автор: Маккефри Энн
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-890-6
- Переводчик: Anna Wojtaszczyk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Biały smok [The White Dragon - pl]». Краткое содержание книги:
To był dobry Opad! Ruth był pełen triumfu, a następnie buntu. Ale nie mamy go ścigać. Canth i Tiroth mówią, że jak już się znajdzie za rzeką, to nie ma tam nic poza kamienistym pustkowiem i że jest głupotą tracić płomień nad czymś, czemu Nici nie mogą wyrządzić krzywdy. Ooooch!
Sharra i Jaxom roześmieli się, kiedy mały biały smok wyrzucił z siebie strumyk ognia, niemalże osmalając sobie pysk, ponieważ ustawił się pod niewłaściwym kątem lotu. Natychmiast naprawił swój błąd, ześlizgując się dalej w dół już we właściwej płaszczyźnie.
W chwili kiedy wylądowały duże smoki, woda wygładziła się. Ruth przechwalał się, że ani razu nie musiał uzupełniać swojego ognia, że teraz już wie, ile mu trzeba smoczego kamienia, żeby wystarczyło na cały Opad. Canth odwrócił głowę w stronę małego bialaska z pełną rozbawienia tolerancją.
Tiroth parsknął i uwolniony od swego worka po smoczym kamieniu skinął raz D’ramowi głową, a następnie ruszył do wody. Nagle powietrze zaroiło się od jaszczurek ognistych, unoszących się ochoczo nad Tirothem. Stary spiżowy smok wyrzucił głowę w górę, ponownie parsknął i z westchnieniem przewrócił się w wodzie na bok. Jaszczurki ogniste opuściły się w dół i zanim zabrały się do jego skóry wszystkimi czterema łapkami, pełnymi pyszczkami naniosły na niego piasek. Oczy Tirotha, zakryte wewnętrznymi powiekami dla ochrony przed wodą, lśniły pod powierzchnią jak niesamowita podmorska tęcza.
Canth ryknął i połowa chmary opuściła Tirotha, żeby zadbać o niego, kiedy chlapał się w wodzie. Ruth przyglądał się tej scenie, wreszcie zamrugał, otrzepał się z lekka i potulnie wszedł do wody w pewnej odległości od spiżowego i brunatnego. Cztery jaszczurki ogniste, te z paskami, oderwały się od dużych smoków i zaczęty szorować białego.
— Pomogę ci, Jaxomie — powiedziała Sharra.
Wyszorowanie smoczej skóry tak, żeby pozbyć się z niej smrodu smoczego kamienia, to męczące zajęcie w każdych warunkach i chociaż przypadł mu tylko jeden bok Rutha, musiał zacisnąć zęby, żeby się nie skarżyć przed zakończeniem pracy.
— Miałeś się nie forsować, Jaxomie — powiedział Sharra ostrym głosem, kiedy wyprostowała się po wyszorowaniu rozwidlenia na ogonie Rutha i zauważyła, jak Jaxom opiera się o jego zad. Władczym gestem wskazała mu plażę. — Wychodź! Przyniosę ci coś do jedzenia. Jesteś bielszy od niego!
— Nigdy nie dojdę do siebie, jak nie będę się starał!
— Przestań mamrotać do mnie półgłosem…
— I nie mów mi, że robisz to tylko dla mojego dobra…
— Nie, robię to tylko dla siebie! Nie mam ochoty pielęgnować cię, jak będziesz miał nawrót choroby!
Spiorunowała go wzrokiem tak ostrym, że zebrał się w sobie, wyprostował i majestatycznym krokiem wyszedł z wody. Chociaż do jego prywatnego posłania pod drzewami nie było daleko, nogi ciążyły mu jak z ołowiu, kiedy wlókł się do brzegu. Położył się, wydając westchnienie ulgi i zamknął oczy.
Kiedy je znowu otworzył, ktoś nim potrząsał i okazało się, że Brekke przygląda mu się figlarnie.
— Jak się teraz czujesz?
— Znowu coś mi się śniło?
— Hmmm. Znowu koszmary?
— Nie, jakieś dziwne sny. Tylko, że wszystkie nieostre.
Jaxom potrząsnął głową, żeby uwolnić się od miazmatów koszmaru. Zdał sobie sprawę, że jest południe. Ruth chrapiąc spał po jego lewej ręce. Daleko po prawej widać było D’rama, który odpoczywał oparty o jedną z przednich nóg Tirotha. Nie było śladu po F’norze i Canthu.
— Pewnie jesteś głodny — powiedział Brekke, wyciągając ku niemu talerz z jedzeniem i kubek, które ze sobą przyniosła.
— Jak długo spałem? — Jaxom czuł obrzydzenie do siebie. Wyprostował ramiona i pomacał mięśnie, zesztywniałe od szorowania smoka.
— Kilka godzin. Dobrze ci to zrobiło.
— Ostatnio strasznie dużo mi się śni. Czy to pozostałości po płomiennej grypie?
Brekke zamrugała, a następnie z namysłem zmarszczyła czoło.
— Właściwie to i ja śnię tutaj dużo więcej niż normalnie. Może to od nadmiaru słońca.
W tym momencie obudził się Tiroth, ryknął, z trudem wstał na nogi, obsypał swojego jeźdźca piaskiem. Brekke krzyknęła cicho, ze spojrzeniem utkwionym w starym spiżowym smoku, który otrzepywał się z piasku i rozpościerał skrzydła.
— Brekke, muszę lecieć! — zawołał D’ram. — Czy słyszałaś?
— Tak słyszałam. Leć szybko! — zawołała w odpowiedzi, podnosząc na pożegnanie rękę.
To coś, co obudziło Tirotha, podnieciło jaszczurki ogniste, które zaczęły krążyć, pikować, ochryple trajkotać. Ruth podniósł głowę, popatrzył na nie sennie, potem z powrotem opadł na piasek, obojętny na to całe podniecenie. Brekke odwróciła się, by popatrzeć na białego smoka z osobliwym wyrazem twarzy.
— Co się stało, Brekke?
— Spiżowe smoki w Weyrze Ista wykrwawiają swoją zdobycz.
— Och, na Skorupy i ich Odłamki! — Początkowe zaskoczenie Jaxoma przeszło w pełen rozczarowania niesmak do własnej słabości.
Miał nadzieję, ze pozwolą mu wziąć udział w tym locie godowym. Chciał zachęcać okrzykami G’deneda i Barnatha.
— Wiem — powiedziała uspokajająco Brekke. — Będzie tam Canth, i Tiroth też. Oni mi wszystko opowiadają. A teraz jedz!
Jaxom posłuchał, wciąż jeszcze przeklinając swój niefortunny sen, kiedy zauważył, że Brekke ponownie wpatruje się w Rutha.
— Czy coś nie w porządku z Ruthem?
— Z Ruthem? Nie, nic. Biedaczysko, taki był dumny, że może dla ciebie wyprawić się na Nici, a teraz jest za bardzo zmęczony, żeby się przejmować czymkolwiek innym.
14.
Wczesny poranek w siedzibie Cechu Harfiarzy, przedpołudnie w Weyrze Ista, popołudnie w zatoczce Jaxoma, 15.8.28
W ciemnościach przedświtu Robintona obudziła Silvina.
— Mistrzu Robintonie, przyszła wiadomość z. Weyru Ista. Spiżowe smoki wykrwawiają swoją zdobycz. Caylith niedługo wzniesie się do lotu. Jesteś tam potrzebny.
— O, tak, dziękuję ci Silvino. — Zamrugał od blasku żarów, które odsłoniła. — Nie przyniosłaś mi przypadkiem… — Zobaczył parujący kubek przy swoim łóżku. — Och, dobra z ciebie kobieta! Masz moją dozgonną wdzięczność!
— Zawsze to mówisz — odparła Silvina i chichocząc opuściła go, żeby mógł dalej budzić się w swój normalny sposób. Robinton ubrał się szybko, żeby uniknąć przenikliwego chłodu poranka. Zair przycupnął na swoim zwykłym miejscu na jego ramieniu, popiskując z cicha, kiedy Harfiarz kroczył w dół korytarzem.
Przy masywnych, żelaznych wrotach czekała na niego Silvina z pochodnią żarową, żeby rzucić nieco światła na ciemną, dolną salę. Zakręciła zwalniającym kołem i wielka sztaba wysunęła się z sufitu i podłogi. Robinton szarpnął mocno, co było konieczne, żeby otworzyć te olbrzymie wrota i zdziwiła go nagła kolka w boku. Potem Silvina podała mu jego gitarę, porządnie zabezpieczoną przed dojmującym zimnem pomiędzy.
— Tak bardzo bym chciała, żeby to Barnath dopadł Caylith w locie — powiedziała. — Patrz, Drenth już przylegał.
Harfiarz zobaczył, jak brązowy smok hamuje skrzydłami przy lądowaniu, i zbiegł po schodach siedziby Cechu. Drenth był podniecony, jego oczy lśniły w ciemności na pomarańczowo i czerwono. Robinton pozdrowił smoczego jeźdźca, zatrzymał się, by zarzucić sobie gitarę na plecy, a następnie, sięgając po rękę D’fio, wspiął się na grzbiet brunatnego smoka.