Biały smok [The White Dragon - pl]
- Автор: Маккефри Энн
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-890-6
- Переводчик: Anna Wojtaszczyk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Biały smok [The White Dragon - pl]». Краткое содержание книги:
— Jak stoją zakłady? — zapytał jeźdźca.
— Ach, Harfiarzu, z tego Barnatha to wspaniała bestia. Dogoni Caylith w locie. Chociaż — i tu w głosie mężczyzny pojawiła się pewna wątpliwość — te cztery spiżowe smoki, którym N’ton pozwala próbować, to dobre, mocne, młode bestie i strasznie rwą się do tego lotu. Może być najniższa stawka. Gdzie tylko postawisz swoje marki, dostaniesz dobrą cenę.
— Żałuję, że nie mogę się zakładać, nie powinienem tego robić…
— No, Mistrzu Robintonie, gdybyś miał mi przekazać te marki, przysięgałbym na skorupę Drentha, że są moje!
— Po locie tak samo jak przed? — zapytał Robinton, w którym rozbawienie walczyło z nieprofesjonalną namiętnością do hazardu.
— Jestem smoczym jeźdźcem, Mistrzu Robintonie — powiedział burkliwie D’fio — a nie jednym z tych zdradzieckich Południowców.
— A jestem Mistrzem Harfiarzy Pernu — powiedział Robinton. Ale oparł się o plecy mężczyzny, wciskając mu dwumarkową monetę do ręki. — Na Barnatha oczywiście, i proszę, żeby nikt się o tym nie dowiedział.
— Jak sobie życzysz, Mistrzu Robintonie. — D’fio wyglądał na zadowolonego.
Wznieśli się ponad czarny cień skalnych ścian Warowni Fort; tylko nieco jaśniejsze niebo, bezksiężycowe o tej godzinie i porze roku, z trudem dawało się od nich odróżnić. Wyczuł napięcie D’fio, ostro wciągnął powietrze, kiedy przechodzili w pomiędzy i oto raptownie wynurzyli się między niebem a ziemią, a D’renth meldował swoje imię smokowi — wartownikowi Weyru Ista.
Robinton osłonił oczy przed blaskiem słońca, ukosem od bijającego się od wody. Kiedy zerknął w dół, zobaczył malowniczy, obłamany szczyt Weyru Ista, którego czarne skały jak gigantyczne połamane palce, wycelowane były w jasne, niebieskie niebo. Ista była najmniejszym z Weyrów, niektóre smoki z kontyngentu zakładały sobie Weyry w lesie otaczającym jego podstawę. Ale szeroki płaskowyż stożka zatłoczony był spiżowymi bestiami, a ich jeźdźcy zebrali się w grupkę w pobliżu złocistej królowej, która przycupnęła nad swoją zdobyczą, wysysając z jej ciała krew. Trochę dalej przyglądała się temu duża grupa ludzi, stojąc w bezpiecznym oddaleniu. Drenth szybował w tamtą stronę.
Zair uniósł się z ramienia Robintona w powietrze, żeby dołączyć do innych jaszczurek ognistych w ich pełnych podniecenia napowietrznych popisach. Robinton zauważył, że te małe stworzonka trzymały się z daleka od smoków. Ale przynajmniej znowu zaczęły się pojawiać w Weyrach.
D’fio również zsiadł i odesłał swojego brunatnego towarzysza, żeby popływał w ciepłych wodach zatoki poniżej płaskowyżu Weyru. Inne smoki, niebiorące udziału w tym locie, korzystały już z kąpieli przy Wyspie Ista.
Caylith skoczyła w stronę stada zwierząt w okólniku Weyru. Cosira poszła kawałeczek za nią, trzymając swoją młodą królową pod ścisłą kontrolą, żeby nie opchała się mięsem i nie była za ciężka na ten najważniejszy lot godowy. Robintan naliczył dwadzieścia sześć spiżowych smoków otaczających pierścieniem teren polowań, lśniących w surowym świetle słońca, z oczami wirującymi czerwono, poruszonych rują, ze skrzydła na wpół złożonymi, z ciałami przygotowanymi do skoku, by móc wystrzelić w niebo, jak tylko królowa się wzniesie. Wszystkie były młode, tak jak zalecał F’lar, niemal równej wielkości i wszystkie czekały nie spuszczając połyskujących oczu z obiektu swojego zainteresowania.
Caylith zacharczało gdzieś głęboko w gardle, kiedy wysysała krew z ciała intrusia. Podniosła głowę, żeby pogardliwie warknąć na spiżowy pierścień.
Nagle smok — wartownik zaryczał w wyzwaniu i nawet Caylith odwróciła się, żeby popatrzeć. Z południa, mknąc jak strzały tuż nad morzem, nadlatywały dwa spiżowe smoki.
Jak tylko Robinton zdał sobie sprawę, że te bestie musiały lecieć tuż nad powierzchnią morza, by mogły dolecieć tak blisko nie zauważone, doszło do niego również, że były one starsze, miały siwiejące pyski i zgrubiałe szyje. Południowcy. Dwa ze spiżowych smoków jeźdźców z przeszłości. To musiał być T’kul z Salthem i prawdopodobnie B’zon z Ranilthem. Robinton ruszył biegiem w stronę terenu polowań, w stronę ewentualnych partnerów królowej, ponieważ to tam w oczywisty sposób kierowały się te dwa spiżowe smoki, które niespodziewanie nadleciały z Południa.
Moment wybrali sobie idealnie, pomyślał Robinton, kiedy zobaczył, jak w stronę lądujących spiżowych smoków rusza jeszcze dwóch innych ludzi — krępy D’ram i chudy F’lar. T’kuł i B’zon zeskoczyli ze swoich bestii. Ich smoki wykonały ostatni skok i ustawiły się w szeregu z pozostałymi spiżowymi, które syczały i warczały na nowo przybyłych. Robinton półszeptem modlił się, żeby żaden ze spiżowych jeźdźców nie zareagował, zanim zdąży pomyśleć. Większość z nich była tak młoda, że pewnie nie poznali ani T’kula, ani B’zona. Ale D’ram i F’lar znali ich dobrze.
Robinton czuł, jak mu serce wali w piersi i jak coś zaczyna go boleć w całkowicie obcy mu sposób, tak że skrzywił się i na chwilę zwolnił biegu. B’zon stał odwrócony do niego twarzą; zastygł na niej ponury uśmiech. Dotknął ręki T’kula i dawny Przywódca Weyru Dalekich Rubieży rzucił na Harfiarza przelotne spojrzenie. T’kul uznał, że nie stanowi on żadnego zagrożenia i z powrotem odwrócił się do obydwu Przywódców Weyrów.
D’ram pierwszy dotarł do T’kula.
— Ty głupcze, to jest dla młodych bestii. Zabijesz Saltha.
— A czy zostawiliście nam jakąś inną możliwość? — zapytał B’zon w momencie, kiedy F’lar i Robinton wyhamowali po obydwu stronach Południowców. W głosie mężczyzny pobrzmiewała histeryczna nuta. — Nasze królowe są za stare, by wznieść się do lotu godowego: nie ma zielonych, które mogłyby przynieść ulgę samcom. Musimy…
Caylith zatrąbiła, pozostawiając wyssane z krwi ciało samca intrusia i na wpół pofrunęła, na wpół pobiegła rozpraszając stado, jednym machnięciem łapy przebiła bok następnej ofiary i przyciągnęła ją do siebie.
— D’ram zdecydowałeś, że to będzie lot otwarty, prawda? — zapytał T’kul szorstkim głosem; twarz miał wymizerowaną, pomimo opalenizny. Powiódł oczami od D’rama do F’lara.
— Tak, ale wasze spiżowe smoki są za stare, T’kulu. — Gestem wskazał ochocze, młode smoki. Różnica między nimi a tymi dwoma starszymi była oczywista.
— Salth i tak umiera. Niech zgaśnie w locie. Dokonałem wyboru, D’ramie, kiedy przywiodłem go tutaj. — T’kul twardo wpatrzył się we F’lara, jego rozgoryczenie i nienawiść były tak jaskrawe, że aż Robinton wciągnął powietrze. — Dlaczego odebraliście to jajo? Jak je znaleźliście? — Poprzez zimną dumę i arogancję T’kula przebiła się na krótki moment rozpacz.
— Gdybyś się do nas zwrócił, to byśmy ci pomogli — powiedział spokojnie F’lar.
— Albo do mnie — powiedział D’ram, przygnębiony wobec ciężkiego położenia dawnego znajomego.
Całkowicie ignorując F’lara, T’kul obrzucił Władcę Weyru Ista przeciągłym, pogardliwym spojrzeniem i ostrym ruchem głowy wskazał B’zonowi, by ruszał do przodu. F’lar stał na drodze tych dwóch spiżowych jeźdźców. Przywódca Weyru Benden otworzył usta, żeby coś powiedzieć, potrząsnął z żalem głową i zszedł im z drogi. Jeźdźcy z Południowego przeszli te parę kroków akurat na czas. Caylith, podnosząc swój zakrwawiony pysk, wydawała się pulsować bardziej złociście niż przedtem. Jej oczy wirowały, mieniąc się jak dwa opale. Z dzikim wrzaskiem skoczyła w górę. Barnath był pierwszym smokiem, który poderwał się za nią z ziemi, a ku zdumieniu Robintona, Salth T’kula nie pozostał daleko w tyle za istańskim spiżowym smokiem.