Biały smok [The White Dragon - pl]
- Автор: Маккефри Энн
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-890-6
- Переводчик: Anna Wojtaszczyk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Biały smok [The White Dragon - pl]». Краткое содержание книги:
Robinton zamrugał oczami. F’lar nie siedział już przy stole. Harfiarz rozejrzał się po jaskini, ale nie dojrzał ani śladu po bendeńskim Przywódcy Weyru. Podniósł się chcąc, aby wyglądało na to, że przesuwa się od niechcenia, udało mu się skinąć uprzejmie w stronę D’rama i Warbreta, kiedy powoli posuwał się ku wyjściu. Istański harfiarz stanął mu na drodze.
— F’lar zabrał dwóch najmocniejszych jeźdźców ze sobą, Mistrzu Robintonie. — Mężczyzna wskazał głową kwaterę Władczyni Weyru. — Obawia się, że będą kłopoty.
Robinton skinął głową, oddychając z ulgą, po czym się zatrzymał.
— Jak mu się to udało? Nie widziałem nikogo na schodach.
Baldor szeroko się uśmiechnął.
— W tym Weyrze pełno jest osobliwych tuneli i wejść. Nie byłoby dobrze potęgować problemy — dodał, gestem wskazując na gości w jaskini — czyż nie?
— Na pewno.
— Już niedługo dowiemy się, co się stanie — powiedział Haldor strapiony. — Powiedzą nam nasze jaszczurki ogniste.
— To prawda.
Zair na jego ramieniu zaświergotał do brunatnej jaszczurki Baldora.
Te środki ostrożności uśmierzyły niepokój Robintona, który ruszył z powrotem do stołu. Napełnił ponownie swoją czarkę i czarkę D’rama. Nie było to co prawda bendeńskie wino, ale zupełnie nieźle smakowało, chociaż było odrobinę słodsze, niż lubił. Czemu tak się działo, że szczęśliwe zdarzenia zdawały się przelatywać jak strzała, a takie jak dzisiejsze ciągnęły się bez końca?
Smok — wartownik zatrąbił, pełen lęku i zmartwienia. Ale to nie było żałobne zawodzenie ani złowieszcze obwieszczenie śmierci! Robinton poczuł, jak opuszcza go napięcie. Jednak przedwcześnie się uspokoił, bo oto przez mieszkalne jaskinie niósł się szelest zmartwionych szeptów. Kilku mieszkańców Weyru pospieszyło na zewnątrz, spoglądając w stronę błękitnego smoka — wartownika rozpościerającego skrzydła. Zair coś cicho zanucił, ale Robinton nie wyczuł niczego groźnego. Malutki spiżowy jaszczur wtórował po prostu poplątanym myślom smoka.
— Jeden ze spiżowych musiał opaść z sił — powiedział D’ram, przełykając nerwowo, a jego twarz pod opalenizną przybrała szarawy odcień. Popatrzył przeciągle na Robintona.
— Założyłbym się, że to jeden z tych starszych — powiedział Warbret zadowolony, że potwierdza to jego opinię.
— Prawdopodobnie masz rację — przyznał swobodnie Robinton — ale zadeklarowano, że ten lot jest otwarty, więc trzeba było je przyjąć.
— Czy nie zajmuje im to za dużo czasu? — zapytał Warbret, patrząc ze ściągniętymi brwiami na niebo.
— Och, nie sądzę — odparł Robinton z nadzieją, że mówi jakby od niechcenia — chociaż czasami tak się wydaje. To dlatego że rezultaty tego lotu będą miały takie konsekwencje dla Weyru. Caylith zmusza te spiżowe, do porządnego wysiłku!
— Czy sądzisz, że tym razem złoży jajo królewskie? — zapytał z zapałem Warbret.
— Nigdy nie popełnię takiego błędu, żeby liczyć jaja aż tak wcześnie, Lordzie Warbret — odrzekł Harfiarz, usiłując zachować łagodny wyraz twarzy.
— Och tak, oczywiście. Mam na myśli, że byłoby to wielkie osiągnięcie dla Barnatha, czyż nie? Żeby jego królowa złożyła złote jaja po tym locie?
— Owszem. To jest, jeżeli… Barnathowi uda się ją dogonić.
— Ależ Mistrzu Harfiarzu, oczywiście, że mu się uda. Gdzie jest twoje poczucie sprawiedliwości?
— Tam gdzie zwykle, ale wątpię, czy Caylith jest w tej chwili w sprawiedliwym nastroju.
Ledwie te słowa wyszły z jego ust, a już Zair z oczami jaskrawożółtymi ze strapienia, wydał z siebie przestraszony, bełkotliwy pisk. W powietrzu, tuż nad terenem Niecki pojawił się nagle Mnemeth, trąbiąc na trwogę.
Robinton już był na nogach i biegł rozglądając się za Baldorem. Istański harfiarz był również zaniepokojony niebezpieczeństwem.
— Co się dzieje? — zapytał Warbret.
— Zostań tutaj — zawołał Robinton.
Nagle powietrze zapełniło się smokami. Trąbiły i zawodziły żałobnie, z trudem unikały zderzeń, zataczając szerokie łuki, zaniepokojone. Robinton przebierał swoimi długimi nogami najszybciej jak mógł, ignorując ostry ból w boku, który wydawało się nieco uśmierzać mocne wbicie ręki w ciało. Ten ciężar na jego piersi chyba się zwiększył; brakowało mu oddechu, który był potrzebny do biegu.
Nad głową Robintona Zair zaczął piszczeć, nadając obraz spadającego smoka i walczących mężczyzn. Niestety malutki spiżowy jaszczur nie potrafił przekazać informacji, o jaką Robintonowi najbardziej chodziło — który to smok, którzy mężczyźni! Musi chodzić o F’lara albo nie byłoby tu Mnemetha.
Olbrzymi spiżowy smok wylądował na skalnym progu Weyru królowej, nie pozwalając ludziom Baldora wejść do środka. Rozpłaszczyli się przy ścianie, starając się uniknąć oszalałych wymachów jego szerokich skrzydeł.
— Mnemeth! Posłuchaj mnie! Pozwól nam przejść! Idziemy do F’lara. Posłuchaj mnie!
Robinton rzucił się w górę po schodach, minął Baldora i jego ludzi i złapał za czubek skrzydła. Niemalże zbiło go z nóg, gdy Mnemeth wyrwał mu je, opuszczając łeb, by syknąć na Harfiarza. Ogromne oczy były dziko żółte.
— Posłuchaj mnie, Mnemeth! — ryknął Harfiarz. — Pozwól nam przejść!
Zair podfrunął do spiżowego smoka wrzeszcząc z całych swoich sił.
Ja słucham. Saltha już nie ma. Pomóż F’larowi!
Olbrzymi spiżowy smok złożył skrzydła, podniósł głowę, a Robinton z wdzięcznością machnął na Baldora i jego ludzi, by szli dalej. On musiał złapać oddech.
Kiedy Robinton odwracał się, chcąc wejść do korytarza, Zair śmignął przed niego, a jego krzyki były teraz pełne zachęty. Harfiarz przelotnie zastanowił się, czy to maleńkie stworzonko wyobrażało sobie, że to tylko on przekonał wielkiego spiżowego smoka. Robinton był wdzięczny, że spiżowy w ogóle zechciał go słuchać.
Kiedy Mistrz wchodził do Weyru, doszły do niego odgłosy walki w pokojach sypialnych Władczyni Weyru. Zasłona wisząca w poprzek wejścia została nagle zerwana ze swojego drążka, kiedy dwie zmagające się ze sobą postacie zataczając się wpadły do większego pokoju. F’lar i T’kul! Baldor i jego dwaj pomocnicy byli o krok za nimi, próbując rozdzielić walczących mężczyzn. W pokoju pozostała reszta spiżowych jeźdźców i Władczyni Weyru, sprzężeni ze swoimi smokami w locie godowym, niepomni na walkę. Ktoś upadł na podłogę. Prawdopodobnie B’zon, pomyślał Harfiarz, kiedy w ułamku sekundy ta scena zapisywała mu się w myśli.
Robinton ze zgrozą zwrócił uwagę na fakt, że F’lar nie miał noża. Swoją lewą dłoń zamknął na prawym przegubie T’kula, usiłując utrzymać jego długi sztylet — nie żadne krótkie ostrze, ale narzędzie do obdzierania ze skóry — z dala od swego obojczyka. Jego palce zaczęły zagłębiać się w ścięgna przegubu T’kula, próbował siłą rozewrzeć palce przeciwnika lub pozbawić go czucia. Prawą dłonią trzymał lewą rękę T’kula i odsuwał ją w dół, a zarazem w bok. T’kul wił się dziko: oszalały błysk w jego zaczerwienionych oczach zdradził Robintonowi, że człowiek ten stał się niepoczytalny. Zgodnie ze swoim zamiarem.