Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
— To akurat wyjdzie na to samo. — Roześmiała się. — Już lepiej wylej sobie ten hyszmysz na głowę. Co robiłeś przed przewrotem?
— Byłem dworzaninem w cesarskim pałacu — odparłem wymijająco. — To było tak dawno, że wydaje się jakby minęły lata. A ty, co robiłaś?
Umilkła na długo.
— Mieliśmy piękny klanowy dom wśród skał i jezior. Nasza rodzina hodowała wierzchowce. Wieczorami grałam na cintarze, a całe życie spędziłam w stajni. Żyliśmy jak w Kirenenie. Mieliśmy meble, obrazy, dawne pieśni i zwoje. Każdy uprawiał święte rzemiosło. Mój ojciec, matka, moi bracia. Wuj był kowalem, matka tkaczką, ojciec bednarzem, jeden brat był rybakiem, drugi uczył jeździectwa. W naszym stylu, nie po amitrajsku. A jakie ty miałeś rzemiosło?
— Snycerstwo. Ale nie zdążyłem się porządnie wyuczyć. W pałacu było dużo innej pracy.
— Wiem. Cesarz był zdrajcą. Żył jak Amitraj.
Zacisnąłem szczęki. Nie przypuszczałem, że słowa Wody tak mnie zabolą. Przed oczami zobaczyłem mojego ojca w klanowej kurcie, z nożem u boku, śpiewającego nam bajki w jak najbardziej kireneńskim wnętrzu jego pawilonu w Wiosce Chmur. Ojciec w swoim warsztacie, w skórzanym fartuchu, robiący najpiękniejsze, niechybne oszczepy.
Policzyłem oddechy. Rozluźniłem mięśnie, ale czułem, że trzęsą mi się ręce.
Wypiłem łyk wina.
— Cesarz nie był zdrajcą — powiedziałem drżącym głosem, choć powoli i spokojnie. — Gdyby nie jego ród, który nazywasz zdradzieckim, nie byłoby już śladu po Kirenenach. Nikt nie znałby języka. Bylibyśmy bezimiennymi niewolnikami z najniższych kast albo mięsem dla Podziemnej Matki!
Umilkłem, bo zrozumiałem, że krzyczę.
— Nie mów tak więcej w mojej obecności, bo cię zabiję — zacząłem jeszcze raz szeptem. — Zwłaszcza jeśli uważasz się za wojowniczkę i przyjęłaś wojenne agiru. Cesarz rządził całym krajem. Wszystkimi narodami imperium, nie tylko nami. Ale kiedy opuszczał pałac, zakładał kurtę i wieszał u pasa nóż. Na wielkim dziedzińcu zbudował kireneński dwór. Tam też był dom. Z pawilonami stojącymi wśród skał i krzewów, otwarty na jezioro. Cesarz był Kirenenem i wszystko, co robił, robił w zgodzie z kodeksami i obyczajem. Nawet w polityce. Nigdy nie znałem lepszego człowieka. Mosu kando! Powiedziałem wszystko!
— Usłyszałam, co powiedziałeś — odparła gniewnie, a potem zapadła cisza.
Milczała. Ja również. Opróżniłem czarkę i patrzyłem w płomyk lampy.
Uspokoiłem się. Mój gniew zapłonął i wygasł, niczym ogień trawiący słomianego chochoła. Czułem jedynie żal i poczucie niesprawiedliwości. Resztki gniewu tliły się gdzieś pod spodem.
Nagle Woda wyciągnęła rękę i lekko dotknęła mojej dłoni.
— Przepraszam — szepnęła.
— Łatwo rzucać oskarżenia, jeśli nie wie się wszystkiego. Tamten czas minął i wszyscy zginęli. Zostały tylko popiół i pamięć. Nie ma już ani mojego pałacu, ani twojego domu.
Opuściła głowę.
— Zbudujemy nowe domy. Znajdziemy miejsce, które będzie daleko od Amitrajów i ich szalonej Pramatki. Takie, które będziemy w stanie obronić. A tam postawimy nowe domy, zasadzimy pola i spłodzimy dzieci. Przywołamy swoje nadaku. Zobaczysz. Kirenen odrodzi się naprawdę.
— Ja chyba nie zobaczę — powiedziałem. — Podążę tą swoją drogą w nieznane. Jestem Nosicielem Losu, pamiętasz?
— Kiedy masz odejść?
— Wkrótce. Nie wiem kiedy. Gdy tylko mój przyboczny będzie w stanie iść dalej.
Sięgnąłem po dzban, nalałem wina i podałem jej czarkę. Wzięła ją z wahaniem i obróciła w dłoni.
— Kiedyś myślałam, że będę tak robić w dniu mojego ślubu. Palmowe wino z jednej czarki, dwie drzazgi odpalone od jednej lampy, jego nóż w mojej pochwie, a mój w jego. Dwie dłonie związane świętą szarfą z modlitwą do Stworzyciela, a potem wspólne przejście przez mostek na Wyspę Oblubieńców. Ramię w ramię, z kimś, z kim chcę wędrować wspólnie. A teraz wszystko spłonęło. Podziemna Matka wróciła. Wszystko ma spłynąć krwią na jej chwałę, a potem stać się jednym.
— Kirenen wróci — szepnąłem. — Sama mówiłaś. Trzeba w to wierzyć. Ale jeśli do tego dojdzie, znajdziecie jakiś kraj, najlepiej na morskim brzegu, gdzie są skały i drzewa silniejsze od sztormów, które gną się, lecz nie łamią. Zbudujecie tam klanowe siedziby, osady i świątynie Stworzyciela. Zaśpiewacie pieśń do Kamarassu i w pierwszy dzień wiosny będziecie puszczać latawce. Wtedy znajdziesz kogoś, z kim przejdziesz przez mostek. I jeśli tak się stanie, pomyśl o mnie. Dlatego, że to może oznaczać, iż znalazłem te przeklęte linie losu i coś to pomogło. Chciałbym wierzyć, że tak będzie. Cokolwiek mnie spotka, to pomyślę sobie, że dzieje się tak po to, żebyś związała z kimś dłonie szarfą i zamieniła noże. Będzie mi łatwiej. Los jednego ocalonego człowieka to konkretny cel. Coś, co przynajmniej mogę sobie wyobrazić.
— Sam powiedziałeś, że tylko szaleniec chciałby ze mną żyć — odparła, cofając twarz od blasku lampy i kryjąc się w cieniu.
— Wojna rodzi szaleńców — zapewniłem. — Znajdziesz jakiegoś, Wodo, córko Tkaczki.
Podała mi czarkę.
Napiłem się i to rzeczywiście było jak pocałunek.
— Jeśli kiedyś tak się stanie, pomyślę o tobie. Niech ci będzie — szepnęła.
Dolałem wina i oddałem jej czarkę.
— Taka tu cisza — powiedziała. — Zupełnie jakby nie było wojny. Daleko. Nie słychać huku płomieni, bębnów sygnałowych, rogów zaganiaczy, krzyków ani zawodzenia Czerwonych Wież. Nic. Jedynie ptaki i wiatr. Ale my też wkrótce stąd odejdziemy. Kiedy ranni trochę wydobrzeją. Znowu zacznie się marsz, potyczki i bitwy. Znajdą nas. Nie spoczną, póki nas nie znajdą.
— Jest tylko teraz — odparłem. — To, co było, już zniknęło. Została tylko pamięć. Jutro jeszcze nie nadeszło i jest zakryte. Trzeba żyć tym, co mamy w zasięgu ręki. Tak, żeby pamiętać potem każdą chwilę. Nie wiadomo, ile ich mamy.
Wypiła łyk, a kiedy oddawała mi czarkę, nasze dłonie spotkały się w ciemności.
— Tak — powiedziała cicho. — Jest tylko teraz...
A potem, gdy prowadziłem ją do kopuły, czułem przez cienkie płótno kurty, jak wali jej serce. A może to było moje serce?
— Jak mogłeś mi to zrobić — wyszeptała dużo później w ciemności. Nadal byliśmy ciasno spleceni ze sobą, cali mokrzy od wspólnego potu, mimo że noc była chłodna.
— Chciałem, żebyś mnie zapamiętała.
— I tak bym cię zapamiętała. Jednego dnia biłeś się ze mną i zwyciężyłeś. A potem kochałeś mnie i też zwyciężyłeś. A powinieneś być nieporadny i nieśmiały. To powinno zostać miłym, lecz błahym wspomnieniem. Nie miałeś prawa sprawiać, żebym przeżyła coś takiego.
— To jak gra na cintarze — powiedziałem. — Ty grasz na mnie, a ja na tobie.
— Nazywał się Hak, syn Bednarza. Kochałam go, bo był pierwszym prawdziwym Kirenenem, jakiego spotkałam.
— A twoja rodzina?
— Och, przestań już. Okłamałam cię. Moi rodzice byli zdrajcami. Matka była Kirenenką, ale nienawidziła naszego ludu i obyczaju. Służyła Pramatce odkąd pamiętam. Przez kilka lat musiałam mieszkać z nią w Domu Kobiet przy Czerwonej Wieży. Ojciec był cesarskim urzędnikiem i nawet nie znał swojego prawdziwego imienia. Używał tylko amitrajskiego. Dowiedziałam się, kim jestem, kiedy miałam dziesięć lat. Gdy miałam czternaście, nie było dnia, żebym nie pokłóciła się z matką. Ona chciała zrobić ze mnie wyznawczynię Pramatki, a ja chciałam być Kirenenką. Wreszcie w wieku szesnastu lat wyjechałam do wuja na wieś. Wuj był uczciwym Kirenenem. Wykuł mi nóż i nauczył wszystkiego. Ciotka nauczyła mnie znaków i wiedzy kobiet. To ciotka była tkaczką, nie moja matka. To tam spotkałam Haka. Mieszkał niedaleko, był myśliwym i przypadkiem spotkaliśmy się kiedyś w lesie pod kwitnącymi śliwami. Byłam pewna, że się pobierzemy, choć miał prawie dwadzieścia pięć lat. Ale gdy powróciła Pramatka, napadli na nasze domy. Chłopi z okolicznego kiszłaku. Byłam wtedy w ciąży, jednak potem poroniłam. A Haka zabrali do wieży, tak samo jak mojego wuja i ciotkę. Tylko mnie zabrali do Domu Kobiet, stąd wiem, że to wszystko zdarzyło się przez moją matkę.