Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 116
Перейти на страницу:

Zapadła cisza. Cisza i wilgotna, słona ciemność.

— To minęło — szepnąłem. — Jest tylko teraz, pamiętasz? Ukradziony czas, kiedy nie ma wojny. Tylko ty i ja. Mała chwila, która nie należy ani do wojny, ani Pramatki.

— Tak — odpowiedziała. — Jest tylko teraz... I było tylko „teraz".

Bardzo długo.

Taki koszmar miałem jedynie raz w życiu, w tę noc w czasie suszy, gdy do mojej komnaty przybył skrytobójca. Tej nocy, kiedy zginęła Irissa.

Wtedy widziałem nadchodzącą prorokinię, skrytą w płaszczu utkanym z płomieni. Tym razem widziałem otoczenie obozu. Zupełnie jakbym był szakalem pędzącym przez błotnistą równinę, pełną powykręcanych, czarnych gałęzi obwieszonych wodorostami, wśród smrodu wyschniętego mułu i padliny. Wokół, zamiast granatowej czerni nocy, był rudy półmrok, jakby w oddali żarzyła się cała spalona wioska albo jakby księżyców było dziesięć, nie dwa, i wszystkie krwawiły.

Unosiłem się nad spękanym błotem, sunąłem nad nim zygzakami jak nocny ptak, widziałem trop, świecący lekko niczym rozsypany proszek fosforu w komnacie uzdrowiciela. Nikły poblask wypełniający dwie linie, którymi toczyły się kiedyś koła wózka, osiadający na martwych gałęziach i unoszący się w powietrzu. Świetlista droga prowadząca zakosami ku dziwnej, gładkiej górze — dwóm ściętym stożkom jeden na drugim, pokrytym białymi, kulistymi budowlami, niby kolonia łąkowych grzybów. Wszystko zalane słabym, rudym światłem pod krwawym niebem.

A potem zobaczyłem tego, kim przed chwilą byłem.

Najpierw białą sylwetkę mknącą tak szybko, jak polujący leopard, ale biegnącą na dwóch nogach, tylko przygiętą do ziemi, z ugiętymi ramionami. Kiedy zdołałem jej się wreszcie przyjrzeć, zobaczyłem smukłe nogi, wiotki tułów o krągłych biodrach i skaczące w rytm kroków sterczące piersi.

Widziałem biegnącą kobietę, ale gnającą tak szybko i płynnie, jak nie jest dane żadnemu człowiekowi. Trudno było nadążyć za nią wzrokiem, lecz nie wiedziałem, dlaczego jej widok wydaje mi się przerażający. Zupełnie jakbym patrzył na potwornego demona.

Kobieta o skołtunionych włosach i skórze świetliście białej niczym brzuch piskorza pędziła przed siebie, a ja unosiłem się nad nią na podobieństwo ducha. Przeskoczyła jednym susem zwalone drzewo i przypadła na chwilę do ziemi, węsząc jak pies. A potem zadarła głowę do góry i wydała z siebie przeraźliwy wrzask. Brzmiał jak ryk bawołu, zew skalnego wilka i upiorne zawodzenie morskich stworów naraz.

Zobaczyłem, że jej wygięty grzbiet nagle z trzaskiem porósł rzędem kolców wyglądających niczym bełty strzał wyrastających z każdego kręgu, z palców wystrzeliły zakrzywione w haki szpony, włosy przypominały raczej kolce jeżozwierza. Znowu zawyła, unosząc białosiną, trupią twarz o strasznych, lśniących oczach zatopionych w czerni oczodołów. Spod jej rozciągniętych niemożliwie warg wychyliły się błyskawicznie dwa rzędy krzywych, potężnych zębów,

A potem znów puściła się do biegu, podążając pewnie po migocącym mdłym blaskiem śladzie.

Widziałem, że tuż u podnóża góry znika wśród gęstych, niskich krzaków.

Wartownicy stali przy schodach prowadzących na pierwszy taras. W półpancerzach i hełmach, z wymalowanymi klanowymi znakami bojowymi, między nimi w żelaznym koszu płonęło ognisko.

Chciałem się odezwać, chciałem ich ostrzec, ale nie mogłem. Byłem tylko wzrokiem unoszącym się niby ptak nad wyschłym morzem błota.

Wartownicy coś usłyszeli, bo jeden z nich sięgnął po pochodnię, którą odpalił w koszu, drugi odłożył włócznię i ujął łuk. Nie odezwali się ani słowem, porozumieli się samym wzrokiem. Zaskrzypiała cięciwa, a potem zapadła cisza, której nie zburzył nawet najlżejszy szelest. Strażnik uniósł huczącą pochodnię w górę, później do przodu, drugą ręką ujmując rękojeść. Ostrożnie wszedł między krzaki, przesuwając na boki ramię z płonącym łuczywem. Drugi wartownik kierował strzałę tam, gdzie padało światło. Obaj poruszali się ostrożnie i cicho, nie wchodząc sobie w paradę i pilnując nawzajem swoich pleców.

Krzyczałem w tym śnie, ale to był niemy krzyk. Krzyk kamienia.

Nikt go nie słyszał.

Upiorna kobieta wystrzeliła z krzaków jak tygrys. Prosto w ich twarze. Ostre, wściekłe bzyknięcie strzały, huk lecącej w górę pochodni i zgrzyt dobywanego miecza zlały się w jeden dźwięk.

A potem rozległ się jeszcze stłumiony krzyk i chrupot kości. Na białe, gładkie zbocze wzgórza bryznęła krew, zanim pochodnia spadła na ziemię.

Kobieta-demon o wyszczerzonych, rekinich szczękach i włosach jak kolce jeżozwierza zwróciła swoją półtrupią twarz prosto na mnie. Białą twarz z iskrami w oczach i zapadniętych policzkach. Twarz, którą znałem.

Twarz martwej Mirah.

Obudziłem się gwałtownie, dławiąc się okrzykiem tłukącym się w gardle niczym ptak.

Nadchodził świt. Niebo szarzało. Widziałem to przez niesamowite, lśniące ściany kopuły. Woda klęczała w wejściu, ukazując mi splecione stopy, okrągłe pośladki i wciętą kibic, a potem niemal trójkątną linię pleców.

— Miałeś koszmar? — spytała.

— Chyba tak — odpowiedziałem, usiłując oprzytomnieć.

— Coś tam się chyba stało na dole — szepnęła. — Obudziły mnie jakieś krzyki.

Kiedy wskakiwałem w ubranie i drżącymi palcami usiłowałem zawiązać taśmy butów, czułem, jakby moje gardło zmieniało się w kamień.

Lazaret otaczał zwarty krąg ludzi. Milczeli, czasem tylko w tłumie rozlegał się stłumiony szloch. Brzmiało to znacznie gorzej niż chóralny lament. W powietrzu wisiała groza, a ja miałem wrażenie, że przeciskając się przez tłum, po prostu kamienieję.

Leżeli rzędem przed lazaretem. Nakryci płaszczami, które powoli nasiąkały krwią. Jak krwawe, przygotowane do długiej podróży tobołki.

Sześć tobołków.

— Nic więcej nie można zrobić — powiedział Mrok, stojący nad nimi w swojej zakrywającej całe ciało kolczudze, oparty na glewii. — Nie można im pomóc, a zabójca uciekł. Nasi bracia odeszli już Drogą Pod Górę na spotkanie Stworzyciela. Wystawiliśmy dodatkowe warty, zresztą w dzień nie powróci. Teraz odejdźcie. Pochowamy ich o zachodzie słońca. W milczeniu.

A potem zwrócił ku mnie zasłonę ze splecionych kółek i uniósł lekko klapę namiotu.

— Wejdź do środka, synu Oszczepnika.

Nie pozostało mi nic innego, jak podążyć za nim. Tobołki leżały w okropnym bezruchu, chodziły po nich muchy, a z jednego z nich wystawała dłoń.

Dłoń, której brakowało trzech palców.

Brus nie siedział już pośrodku namiotu, tylko na macie leżącej na ziemi i patrzył na mnie zupełnie przytomnym wzrokiem.

— Jestem głodny jak leopard, Ardżuk. Długo spałem? Gdzie jesteśmy? Skąd tu Patrzący Na Stworzyciela? Naprawdę widzę wędrownego mnicha-wojownika, czy jeszcze się nie obudziłem?

1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)