Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Zapadła cisza. Cisza i wilgotna, słona ciemność.
— To minęło — szepnąłem. — Jest tylko teraz, pamiętasz? Ukradziony czas, kiedy nie ma wojny. Tylko ty i ja. Mała chwila, która nie należy ani do wojny, ani Pramatki.
— Tak — odpowiedziała. — Jest tylko teraz... I było tylko „teraz".
Bardzo długo.
Taki koszmar miałem jedynie raz w życiu, w tę noc w czasie suszy, gdy do mojej komnaty przybył skrytobójca. Tej nocy, kiedy zginęła Irissa.
Wtedy widziałem nadchodzącą prorokinię, skrytą w płaszczu utkanym z płomieni. Tym razem widziałem otoczenie obozu. Zupełnie jakbym był szakalem pędzącym przez błotnistą równinę, pełną powykręcanych, czarnych gałęzi obwieszonych wodorostami, wśród smrodu wyschniętego mułu i padliny. Wokół, zamiast granatowej czerni nocy, był rudy półmrok, jakby w oddali żarzyła się cała spalona wioska albo jakby księżyców było dziesięć, nie dwa, i wszystkie krwawiły.
Unosiłem się nad spękanym błotem, sunąłem nad nim zygzakami jak nocny ptak, widziałem trop, świecący lekko niczym rozsypany proszek fosforu w komnacie uzdrowiciela. Nikły poblask wypełniający dwie linie, którymi toczyły się kiedyś koła wózka, osiadający na martwych gałęziach i unoszący się w powietrzu. Świetlista droga prowadząca zakosami ku dziwnej, gładkiej górze — dwóm ściętym stożkom jeden na drugim, pokrytym białymi, kulistymi budowlami, niby kolonia łąkowych grzybów. Wszystko zalane słabym, rudym światłem pod krwawym niebem.
A potem zobaczyłem tego, kim przed chwilą byłem.
Najpierw białą sylwetkę mknącą tak szybko, jak polujący leopard, ale biegnącą na dwóch nogach, tylko przygiętą do ziemi, z ugiętymi ramionami. Kiedy zdołałem jej się wreszcie przyjrzeć, zobaczyłem smukłe nogi, wiotki tułów o krągłych biodrach i skaczące w rytm kroków sterczące piersi.
Widziałem biegnącą kobietę, ale gnającą tak szybko i płynnie, jak nie jest dane żadnemu człowiekowi. Trudno było nadążyć za nią wzrokiem, lecz nie wiedziałem, dlaczego jej widok wydaje mi się przerażający. Zupełnie jakbym patrzył na potwornego demona.
Kobieta o skołtunionych włosach i skórze świetliście białej niczym brzuch piskorza pędziła przed siebie, a ja unosiłem się nad nią na podobieństwo ducha. Przeskoczyła jednym susem zwalone drzewo i przypadła na chwilę do ziemi, węsząc jak pies. A potem zadarła głowę do góry i wydała z siebie przeraźliwy wrzask. Brzmiał jak ryk bawołu, zew skalnego wilka i upiorne zawodzenie morskich stworów naraz.
Zobaczyłem, że jej wygięty grzbiet nagle z trzaskiem porósł rzędem kolców wyglądających niczym bełty strzał wyrastających z każdego kręgu, z palców wystrzeliły zakrzywione w haki szpony, włosy przypominały raczej kolce jeżozwierza. Znowu zawyła, unosząc białosiną, trupią twarz o strasznych, lśniących oczach zatopionych w czerni oczodołów. Spod jej rozciągniętych niemożliwie warg wychyliły się błyskawicznie dwa rzędy krzywych, potężnych zębów,
A potem znów puściła się do biegu, podążając pewnie po migocącym mdłym blaskiem śladzie.
Widziałem, że tuż u podnóża góry znika wśród gęstych, niskich krzaków.
Wartownicy stali przy schodach prowadzących na pierwszy taras. W półpancerzach i hełmach, z wymalowanymi klanowymi znakami bojowymi, między nimi w żelaznym koszu płonęło ognisko.
Chciałem się odezwać, chciałem ich ostrzec, ale nie mogłem. Byłem tylko wzrokiem unoszącym się niby ptak nad wyschłym morzem błota.
Wartownicy coś usłyszeli, bo jeden z nich sięgnął po pochodnię, którą odpalił w koszu, drugi odłożył włócznię i ujął łuk. Nie odezwali się ani słowem, porozumieli się samym wzrokiem. Zaskrzypiała cięciwa, a potem zapadła cisza, której nie zburzył nawet najlżejszy szelest. Strażnik uniósł huczącą pochodnię w górę, później do przodu, drugą ręką ujmując rękojeść. Ostrożnie wszedł między krzaki, przesuwając na boki ramię z płonącym łuczywem. Drugi wartownik kierował strzałę tam, gdzie padało światło. Obaj poruszali się ostrożnie i cicho, nie wchodząc sobie w paradę i pilnując nawzajem swoich pleców.
Krzyczałem w tym śnie, ale to był niemy krzyk. Krzyk kamienia.
Nikt go nie słyszał.
Upiorna kobieta wystrzeliła z krzaków jak tygrys. Prosto w ich twarze. Ostre, wściekłe bzyknięcie strzały, huk lecącej w górę pochodni i zgrzyt dobywanego miecza zlały się w jeden dźwięk.
A potem rozległ się jeszcze stłumiony krzyk i chrupot kości. Na białe, gładkie zbocze wzgórza bryznęła krew, zanim pochodnia spadła na ziemię.
Kobieta-demon o wyszczerzonych, rekinich szczękach i włosach jak kolce jeżozwierza zwróciła swoją półtrupią twarz prosto na mnie. Białą twarz z iskrami w oczach i zapadniętych policzkach. Twarz, którą znałem.
Twarz martwej Mirah.
Obudziłem się gwałtownie, dławiąc się okrzykiem tłukącym się w gardle niczym ptak.
Nadchodził świt. Niebo szarzało. Widziałem to przez niesamowite, lśniące ściany kopuły. Woda klęczała w wejściu, ukazując mi splecione stopy, okrągłe pośladki i wciętą kibic, a potem niemal trójkątną linię pleców.
— Miałeś koszmar? — spytała.
— Chyba tak — odpowiedziałem, usiłując oprzytomnieć.
— Coś tam się chyba stało na dole — szepnęła. — Obudziły mnie jakieś krzyki.
Kiedy wskakiwałem w ubranie i drżącymi palcami usiłowałem zawiązać taśmy butów, czułem, jakby moje gardło zmieniało się w kamień.
Lazaret otaczał zwarty krąg ludzi. Milczeli, czasem tylko w tłumie rozlegał się stłumiony szloch. Brzmiało to znacznie gorzej niż chóralny lament. W powietrzu wisiała groza, a ja miałem wrażenie, że przeciskając się przez tłum, po prostu kamienieję.
Leżeli rzędem przed lazaretem. Nakryci płaszczami, które powoli nasiąkały krwią. Jak krwawe, przygotowane do długiej podróży tobołki.
Sześć tobołków.
— Nic więcej nie można zrobić — powiedział Mrok, stojący nad nimi w swojej zakrywającej całe ciało kolczudze, oparty na glewii. — Nie można im pomóc, a zabójca uciekł. Nasi bracia odeszli już Drogą Pod Górę na spotkanie Stworzyciela. Wystawiliśmy dodatkowe warty, zresztą w dzień nie powróci. Teraz odejdźcie. Pochowamy ich o zachodzie słońca. W milczeniu.
A potem zwrócił ku mnie zasłonę ze splecionych kółek i uniósł lekko klapę namiotu.
— Wejdź do środka, synu Oszczepnika.
Nie pozostało mi nic innego, jak podążyć za nim. Tobołki leżały w okropnym bezruchu, chodziły po nich muchy, a z jednego z nich wystawała dłoń.
Dłoń, której brakowało trzech palców.
Brus nie siedział już pośrodku namiotu, tylko na macie leżącej na ziemi i patrzył na mnie zupełnie przytomnym wzrokiem.
— Jestem głodny jak leopard, Ardżuk. Długo spałem? Gdzie jesteśmy? Skąd tu Patrzący Na Stworzyciela? Naprawdę widzę wędrownego mnicha-wojownika, czy jeszcze się nie obudziłem?