Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
„A u nas ooo taki!”,A u nas — jeszcze większy!” i chcąc wstrząsnąć przyjaciółmi aż do głębi duszy, rozkładali ręce szeroko, jak najszerzej, ile komu starczało…
Kto z kim i jak — tego jakby mniej. Starzejemy się. Temperamentu nie starcza, żeby naprawdę dać powód do plotek, a ssanie z palca nie bardzo wychodziło. Niektóre kobiety się starały, uczciwie się starały, ale choćbyś pękł, nieprzekonujące to było i dlatego nieciekawe. Zapewne cały instytut dużo by dał temu, kto wyciąłby jakiś dobry numer: jakiś huczny rozwód czy namiętne cudzołóstwo w pracy, pod sklepieniem starych spektroskopów; byliby wdzięczni do grobowej deski — ale niestety. A młodzieży w instytucie nie przybywało, utalentowana młodzież dzisiaj rozsiadła się w szczękach.
Oczywiście, że niecała, Malanów rozumiał to i czasem rzeczywistość to udowadniała — ale nie przynosiło to ulgi. Kiedyś zaniosło go służbowo do specjalnej szkoły przy pewnym międzynarodowym związku sprzyjania rozwojowi profesjonalnych nawyków. Na oko była to niczym nie wyróżniająca się szkoła ze stalinowskich czasów, nad Kanałem Gribojedowa. Wpadł tam i zupełnie zgłupiał — jakby wrócił do domu. Inteligentni, wyluzowani, przyjaźni nauczyciele — po prostu starsi koledzy, a nie nauczyciele. Młodzież jak z jakiegoś Dożyjemy do poniedziałku czy z Rozkładu na jutro, czy, powiedzmy, z Brzydkich łabędzi Strugackich — nie słychać plugawego słówka „baks”, mówi się więcej o duchowym, o mądrym, wszyscy utalentowani, wszyscy z poczuciem godności, ale bez pretensji… Słodkie oszołomienie trwało dokładnie do chwili, kiedy okazało się, że nawet w klasach komputerowych dla maluchów nie ma rosyj-skojęzycznych wersji programów; angielskie czy hebrajskie — proszę bardzo. Od razu stało się jasne, że te niemal z całego miasta wybrane utalentowane dzieciaki już tutaj przygotowywane są do życia i pracy tam. Młodzież z zapałem dyskutowała o ciekłych kryształach, o pokonaniu bariery dźwięku, o tym, że miłość wyrachowana to nie miłość, i nie rozumiała jeszcze, że kraj, w którym się urodziła, sprzedał ją, sprzedał już od pieluch, i to za bezcen. Takie dzieci takiemu krajowi za cholerę nie są potrzebne, więc pchnął je pierwszemu lepszemu hurtownikowi za cenę innych surowców naturalnych. Malanów nigdy nie miał nic przeciwko hebrajskiemu w szczególności, ani ogólnie, przeciwko ludziom pragnącym tam wyjechać; ale straszne przeczucie — że za pięć, dziesięć lat nie zostanie tu nikt prócz zrozpaczonych mało obrotnych pracusiów z czerwonymi sztandarami i spasionych szczękowych mercojadów i vol— vodziei; pozostali albo wymrą, albo zwieją — ogarnęło go z taką siłą, że przez kilka dni chciało mu się ni to płakać, ni to strzelać.
Najczęściej chyba plotkowali o tym, kto i jak przyssał się do jakichś grantów i funduszy; góra instytutowej administracji trzymała te tajemncie pod siedmioma zamkami, przez co jeszcze intensywniej cyrkulowały wersje i domysły. Tu, rzecz jasna, też funkcjonowało ogólne prawio: kto sprzeda ohydniej-szą wersję, temu wierzą. Ale tak to wyglądało: często przy sąsiednich biurkach siedzieli ludzie w tym samym wieku, z tym samym doktoratem — ale jeden teraz dostawał sto siedemdziesiąt tysięcy, a drugi osiemset. Otrzymujący osiemset przejawiali szaloną aktywność: biegali jak oparzeni w te i nazad, wykładali i nie sprzątali tygodniami, a czasem nawet nie otwierali jakichś zagranicznych listów do siebie; ci, co dostawali sto siedemdziesiąt, pili herbatę i integrowali się.
Mózgi zarastały pierzem.
Czasem, gdy nikt nie widział, Malanów wyjmował z szuflad swoje papiery — ale nie te z czymś genialnym, tylko po prostu nie dokończone planowe bazgroły, które jeszcze pięć lat temu wydawały się nudną rutyną i nagle stały się w jakiś niejasny sposób szczytem marzeń. Dopisywał jedną, dwie cyferki, ale natychmiast uświadamiał sobie: pora do domu, inaczej, gdy minie godzina szczytu, autobusy-trolejbusy przestaną jeździć i do północy nie dojedziesz na miejsce. Chowając papierki z powrotem, czuł, że nigdy… już nigdy… Co nigdy? Nawet nie próbował sprecyzować. Wszystko nigdy.
Instytut tonął i jak to z tonącymi bywa, miotał się, puszczał bańki nosem. Ni z tego, ni z owego nad głównym wejściem, na wielkoksiążęcych drzwiach wychodzących na dumne wybrzeże, niegdyś Angielskie, później Czerwonej Floty, a teraz pewnie znowu Angielskie, pojawił się, zasłaniając nazwę instytutu, szyld „Selton”. Firma, która, jak od razu zaczęli kpić ogłupiali astronomowie, bajeruje nie łatwo, lecz bardzo łatwo. Zresztą dyrektor natychmiast ogłosił na uczciwie zwołanym po kilku dniach zebraniu, że tylko dzięki wynajęciu lokali administracja może wypłacać pracownikom pobory, bez tego — koniec; państwowe dofinansowanie pokrywa w tym roku dwadzieścia osiem procent zapotrzebowania i nie starcza nawet pieniędzy, aby instytut zapłacił kasie miejskiej za dzierżawy budynku.
Przez jakiś czas przez mercedesy i volva nie dało się przepchnąć do drzwi. Po korytarzach, z obliczami wyraźnie różniącymi się od wesołych podstarzałych dzieci ze stopniami naukowymi, godnie, ale bez krzątaniny, nigdy się nie uśmiechając, chodzili ludzie twardzi i rzeczowi, wszyscy przed trzydziestką. Na korytarzach, które od razu upodobniły się do mrocznego i zagadkowego jak brazylijska selwa komunalnego mieszkania, nie wiadomo jak pojawiały się importowane pudła z najprzeróżniejszą elektroniką, aparaturą biurową, diabli wiedzą z czym jeszcze; od czasu od czasu pojawiały się słuchy, że część z tych drogocennych dla każdego uczonego rzeczy pójdzie do instytutu, ale skrzynki, postawszy tydzień lub dwa, znikały nie rozpakowane. Następnego dnia na ich miejscu pojawiały się inne.
Potem dla tych innych zaczęło brakować miejsca; zaczęły pojawiać się i w gabinetach roboczych, i w muzealnym gabinecie wielkiego Wasilija Struwe, założyciela obserwatorium w Puł-kowie. Pudła te wypychały z gabinetów przestarzały, ale jedyny, a więc niezbędny sprzęt, jak na przykład słynne mahoniowe biurko, olbrzymie jak kort, z antykwarycznymi przyborami biurowymi. Uważano, że właśnie przy tym biurku pracował wielki przed wyjazdem do Pułkowa. Wierni akademickim tradycjom uczniowie uratowali te biurko wraz z resztą zarówno podczas rewolucji, jak i blokady Leningradu — ale w końcu trafiło ono pod koła postępu. Właściwie nie pod, lecz na.
Nie wiadomo, dokąd je te koła zawiozły; Malanów nie usłyszał najmniejszej wiarygodnej wersji. Ale w końcu to był detal — generalnie rzecz biorąc, było jasne, że instytut stał się przeładunkową bazą czegoś intensywnie rozkradanego. Trwało to niedługo. Kiedyś w nocy nie rozpakowane pudła wyparowały kolejny raz, a następnego dnia wyparowały także kotłujące się przed wejściem mercedesy. Dzierżawa padła, pozostał tylko szybko płowiejący szyld. Nikomu nie chciało się go zerwać…
Ostatni bąbel nazywał się „Walka z niebezpieczeństwem komet i asteroidów”. Ludzie podzielili się co do tego, jaki So-ros-Szmoros rzucił kilkadziesiąt milionów dolarów na to wariactwo, albo jaka mafia prała w ten sposób swoje krewne — czy też krwawe — pieniądze. Z całą pewnością udało się wyjaśnić tylko to, że w międzynarodowym programie dotyczącym opracowania metodyki przewidywania i zapobiegania upadku komet i asteroidów uczestniczy nie tylko Rosja, tak więc błysnęły zagraniczne delegacje na koszt stron zapraszających… Nie udało się też wyjaśnić — choć krążyły niezliczone wersje — kto wyczaił tę fuchę i na dodatek potrafił szczęśliwie się do niej przyssać. Podnieceni pracownicy zaczęli z rechotem wymyślać i nawet trochę inscenizować, jak zacznie się walka z asteroidami, gdyby rzeczywiście miały one zamiar taranować Ziemię. „Wiceprzewodniczący do spraw administracyjno- gospodarczych w pelerynie z wzorem w skorpiony wylezie na górę Synaj i powie…” „Nie na Synaj, lecz na Sumrę!” „Właśnie! I prosto z Szambały jak nie ryknie: Władzą daną mi przez spółki z nader ograniczoną odpowiedzialnością, rozkazuję ci, żelazoniklowa paskudo: przepadnij!” „A ja mogę tańczyć obok z bębnem!” „Po co z bębnem? Zatańcz z Eweliną Markowną, i to już! Dźwięczy lepiej niż jakikolwiek bęben…”