Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Niech pan mu nie wierzy – powiedziała Amalia. – Tylko się przyjaźnimy i tyle.
– Siadajcie – rzekł Ludovico. – Stawiam piwo.
– Bo wiesz, Amalio, kiedyś pracowaliśmy razem u don Cayo – powiedział Ambrosio. – Ja prowadziłem wóz, a on był za obstawę. Aleśmy wtedy zarywali noce, nie, Ludovico?
W restauracji byli sami mężczyźni, niektórzy już dobrze podgazowani, i Amalia czuła się nieswojo. Ty głupia, myślała, co ty tu robisz. Popatrywali na nią kątem oka, ale nic nie mówili. Pewno się bali, siedziała przecież razem z takimi dwoma chłopakami jak się patrzy, bo Ludovico był tak samo wysoki i mocno zbudowany jak Ambrosio. Tylko okropnie brzydki, twarz miał ospowatą i szpary między zębami. Opowiadali sobie z Ambrosiem różne różności, wypytywali o wspólnych znajomych, a ona się nudziła. Ale nagle Ludovico palnął dłonią w stół: on coś wymyślił, pójdą do Acho, on ich wprowadzi. I wprowadził ich, nie przez wejście dla publiczności, ale od strony takiej małej uliczki, gdzie policjanci pozdrawiali Ludovica jak kumpla. Usiedli po zacienionej stronie, wysoko, ale że było mało ludzi, więc przy drugim byku zeszli do czwartego rzędu. Walczyło trzech, ale gwiazdą programu był Santa Gruz, to było niezwykłe widzieć Murzyna w stroju matadora. Trzymasz z nim, bo to twój krewniak, ta sama rasa, Ambrosio, żartował Ludovico, a Ambrosio tak, a poza tym dlatego, że jest odważny. I był: rzucał się na ziemię, przyklękał, odwracał się do byka plecami. Amalia tylko w kinie widziała corridę, więc zamykała oczy, piszczała, kiedy byk przewracał któregoś z peonów, mówiła ci pikadorzy to barbarzyńcy, ale przy ostatnim byku, którego zabił Santa Cruz, i ona również, jak Ambrosio, machała chusteczką i razem z wszystkimi żądała ucha dla zwycięzcy. Wyszła z Acho zadowolona, przynajmniej zobaczyła coś nowego. Było głupotą marnować wychodne i pomagać pani Rosario przy rozwieszaniu bielizny albo znów wysłuchiwać, jak ciotki skarży się na swoich pensjonariuszy, albo kręcić się po mieście z Anduvia i Marią nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Wypił: różową cziczę przy bramie Acho i Ludovico się pożegnał Poszli pieszo aż do Paseo de Aguas.
– Podobało ci się? – powiedział Ambrosio.
– Tak – powiedziała Amalia. – Ale co za okrucieństwo, biedne stworzenia, prawda?
– Jeżeli ci się podobało, to jeszcze tu przyjdziemy – powiedział Ambrosio.
Już miała mu odpowiedzieć ani mi się śni, ale zrobiło jej się żal i zamknęła usta, i pomyślała głupia. Przypomniała sobie, ż«minęło więcej niż trzy lata, prawie cztery, odkąd spotykała się z Ambrosiem, i nagle zrobiło jej się smutno. Co teraz? zapyta-Ambrosio. Muszę iść do ciotki, do Limoncillo. Co też on mógł robić przez te wszystkie lata? Pójdziesz kiedy indziej, powiedział Ambrosio, lepiej chodźmy do kina. Poszli do kina, m taki film o piratach, i w ciemności Amalia poczuła, że łzy je; napływają do oczu. Ty głupia, przypomniałaś sobie, jak chodziłaś do kina razem z Trinidadem? Jak mieszkałaś w Mirones i całymi dniami, całymi miesiącami nic nie robiłaś, nawet nie mówiłaś do nikogo, nawet nie myślałaś? Nie. przyszły jej na pamięć czasy jeszcze dawniejsze, te niedziele, kiedy się widywali w Surquillo, i potajemne nocne spotkania w pokoiku przy garażu, i to, co się wtedy stało. Znów poczuła gniew, jeśli mnie dotknie, to go podrapię, to go zabiję. Ale Ambrosio nawet nie próbował jej dotknąć, a po kinie zaprosi) ją na kolację. Szli aż do Placu Broni, rozmawiając o wszystkim, tylko nie o tym, co było kiedyś. Dopiero jak już stali na przystanku tramwajowym, wziął ją za ramię: nie jestem taki. jak myślisz, Amalio. Ty też nie jesteś taki, jak sam myślisz, powiedziała Queta, liczy się to, co robisz, i właśnie taki jesteś, biedna Amalia, żal mi jej. Puść mnie, bo zacznę krzyczeć, powiedziała Amalia, i Ambrosio puścił jej ramię. Nie kłóćmy się, Amalio, ja cię tylko proszę, żebyś zapomniała. To było tak dawno, Amalio. Przyszedł tramwaj i milcząc jechali razem dc San Miguel. Wysiedli na przystanku przy szkole Sióstr Kanoniczek, było już całkiem ciemno. Ty miałaś innego mężczyznę, tego robotnika z fabryki włókienniczej, powiedział Ambrosio, a ja nie miałem kobiety. A w chwilę później, już na rogu ulicy, bardzo przez ciebie cierpiałem, Amalio. ‘Nie odpowiedziała, tylko pobiegła do domu. W drzwiach odwróciła się i spojrzała na niego: stał tam ledwie widoczny w cieniu ogołoconych z gałęzi drzewek. Poszła do swojego pokoju walcząc z własnym wzruszeniem, wściekła na siebie o to wzruszenie.
– I co z tą oficerską lożą w Cuzco? – powiedział Bermúdez.
– Teraz, kiedy w Kongresie przedstawia się ich do awansu, pułkownik Idiáquez też zostanie awansowany – powiedział major Paredes. – Jako generał nie będzie mógł dłużej zostać w Cuzco, a bez niego wszystko się rozleci. Jeszcze nic takiego nie robią; zbierają się, gadają.
– Odejście Idiáqueza to mało – powiedział Bermúdez. – A major, a kapitanowie? Nie rozumiem, czemu ich jeszcze nie rozdzielili. Minister Wojny zapewniał, że w tym tygodniu zaczną się przesunięcia.
– Dziesięć razy mu to mówiłem, pokazywałem raporty – powiedział major Paredes. – Ponieważ tu chodzi o oficerów, którzy mają prestiż, chce ich mocno wziąć w garść.
– Wobec tego powinien się tym zainteresować sam prezydent – powiedział. – Od czasu podróży do Cajamarca najważniejszą sprawą jest rozbić tę klikę. Czy są dobrze pilnowani?
– Możesz być spokojny – powiedział major Paredes. – Wiem nawet, co jedzą.
– Któregoś dnia, kiedy najmniej będziemy się tego spodziewali, ktoś im wyłoży na stół milion solów i rewolucja gotowa – powiedział. – Trzeba ich jak najprędzej porozsyłać do najbardziej oddalonych garnizonów.
– Idiáquez wiele zawdzięcza ustrojowi – powiedział major Paredes. – Prezydent często rozczarowuje się co do ludzi i bardzo nad tym cierpi. Zaboli go wiadomość, że Idiáquez jest osią spisku oficerów skierowanego przeciw niemu.
– Zaboli go bardziej, jeżeli bunt wybuchnie – powiedział Bermúdez; wstał, wyciągnął z teczki plik papierów i podał je Paredesowi. – Przejrzyj to i zobacz, czy ci ludzie są u nas notowani.
Paredes odprowadził go do drzwi, na progu przytrzymał go za ramię:
– A ta dzisiejsza wiadomość z Argentyny? Zapomniałeś o tym?
– Nie zapomniałem – odparł. – Apriści obrzucają kamieniami ambasadę peruwiańską, całkiem niezła nowina. Rozmawiałem z prezydentem i uzgodniliśmy, że się to opublikuje.
– Jasne – powiedział major Paredes. – Moi oficerowie, którzy to czytali, byli oburzeni.
– Więc widzisz, ja o wszystkim myślę – powiedział Bermúdez. – Do jutra.
Ale zaraz przyłączył się do nich Hipólito, z okropnie przegraną gębą, don: już są, niosą te swoje transparenty i w ogóle. Cały pochód posuwał się jedną z ulic w stronę placu, a oni ruszyli za nim. Cztery osoby niosły transparent z czerwonymi literami, za nimi szła mała grupka, to te, co im przewodzą, powiedział Ludovico; to one wznosiły okrzyki i kazały krzyczeć innym, a reszta ciągnęła trochę dalej za nimi. Ludzie z jarmarku też podeszli, żeby się pogapić. Krzyczały, zwłaszcza te na przedzie, nie można było zrozumieć, były tam stare baby i młode, i dzieciaki, ale ani jednego mężczyzny, tak jak mówił pan Lozano, powiedział Hipólito. Warkocze, szerokie spódnice, kapelusze. One myślą, że idą w procesji, powiedział Ludovico: tam były takie trzy, co miały ręce złożone jak do modlitwy, don. Było ich ze dwieście albo trzysta, albo czterysta, no i wreszcie dotarły do placu.
– Chlebek z masłem, nie? – powiedział Ludovico.
– Chlebek twardy, a masło zjełczałe – powiedział Hipólito.
– Ładujemy się w środek i przecinamy to na pół – powiedział Ludovico. – My będziemy przy głowie, a tobie zostawimy ogon.
– Może te z ogona będą słabsze niż te od głowy – powiedział Hipólito, silił się na dowcip, don, ale mu nie wychodziło. Podniósł kołnierz i poszedł do swojej grupy. Kobiety zawróciły na plac, a oni za nimi, z tyłu, każdy osobno. Kiedy byli przed diabelskim młynem, znów się zjawił Hipólito: ja się rozmyśliłem, ja chcę stąd iść. Dobra, dobra, a mnie najmilsza moja własna skóra, powiedział Ludovico, uprzedzam, że cię rozpieprzę, ty zgniłku. Jak nim potrząsnął, to mu podniósł morale, don: spojrzał ze złością i już go nie było. A właśnie mieli zbierać ludzi, mieli z nimi pogadać, i nieznacznie przyłączyli się do manifestacji. Kobiety skupiły się wokół diabelskiego młyna, te od transparentu stały twarzą do całej reszty. Nagle jedna z tych, co były na czele, weszła na małe podwyższenie z desek i zaczęła przemawiać. Tłum zgęstniał, kobiety stały ciasno stłoczone, ktoś wyłączył muzykę dochodzącą z młyna, ale i tak nie było słychać, co ona mówi. Klaszcząc wmieszali się między kobiety, te idiotki nam robią przejście, mówił Ludovico, a z drugiej strony szedł Hipólito ze swoją grupą. Klaskali, ściskali je, jakie dzielne, brawo, niektóre na nich patrzyły, ale inne tylko proszę przechodzić, proszę przechodzić, podawały im ręce, nie jesteśmy same. Ambrosio i Ludovico patrzyli na siebie, jakby mówili tylko się nie rozłączajmy, koleś, w tej ciżbie. Już przecięli tłum na dwie części. Tworzyli ciasno wbity klin w samym środku stłoczonej ludzkiej masy. Wyciągnęli kołatki, gwizdki, Hipólito wyjął tubę: Precz z tą podżegaczką! Niech żyje generał Odrla! Śmierć wrogom ludu! pałki i kastety, niech żyje Odria! Straszne zamieszanie, don. Ta z mównicy wrzeszczała prowokatorzy, ale hałas wszystko zagłuszał, a koło Ambrosia kobiety pchały się i piszczały. Idźcie stąd, mówił do nich Ludovico, oszukali was, wracajcie do domu, a na to czyjaś ręka złapała go znienacka, i poczułem, że jej pazury wyrwały mi kawał ciała z karku, tak opowiadał potem Ludovico, don. Teraz poszły w ruch pałki i łańcuchy od rowerów, walili po twarzach, walili pięściami, a ta ogromna rzesza kobiet zaczęła wtedy wyć i tupać. Ambrosio i Ludovico stali koło siebie, jak jeden się zachwiał, to drugi go podtrzymywał, jak jeden upadł, to drugi go podnosił. To nie żadne domowe kurki, to prawdziwe koguty, powiedział wtedy Ludovico, skurczybyk Hipólito miał rację. Bo one się broniły, don. Przewracali je i leżały na ziemi jak nieżywe, ale jeszcze leżąc łapały ich za nogi, tak że padali jak podcięci. Musieli kopać i przeskakiwać nad nimi, wszędzie wrzask, wyzwiska i wymyślanie, tak jakby strzelano z karabinów. Za mało nas, powiedział któryś, niechby przyszła żandarmeria, ale Ludovico nie, do cholery! Znowu na nie naparli tak, że się cofnęły. Koło diabelskiego młyna zjechało niżej, a razem z nim cała gromada tych wariatek. Niektóre wyczołgiwały się stamtąd i uciekały, a wtedy zamiast Niech Żyje Odria! krzyczeli na nie kurwy jedne, taka wasza mać, i wreszcie czoło manifestacji zostało rozbite w małe grupki i szkoda było czasu, żeby się za nimi uganiać. Po dwóch, po trzech, chwytali jedną i dawali jej wycisk, potem drugą i znowu, aż Ambrosio i Ludovico śmiali się z ich spoconych twarzy. Nagle w tym wszystkim usłyszeli strzał, don, ale im zasunął, powiedział Ludovico. To nie było przy nich, tylko gdzieś z tyłu. Ten cały ogon był nietknięty, don, i okropnie się rzucał. Poszli im pomóc i rozproszyli te baby. Strzelał taki jeden, co się nazywał Soldevilla, chyba z dziesięć się do mnie zbiegło, chciały mi wydrzeć oczy, nikogo nie zabiłem, strzelałem w powietrze. Ale Ludovica zaraz poniosło: kto ci dał rewolwer, gówniarzu? A Soldevilla: to nie z magazynu, to moja prywatna broń. Nie pieprz mi tu, bo to na jedno wychodzi, powiedział Ludovico, złożę raport i nie dostaniesz premii. Plac jarmarczny opustoszał, faceci od karuzeli, diabelskiego młyna i od sztucznych ogni trzęśli się ze strachu w swoich budach i tak samo Cyganki w swoich namiotach. Policzyli się i jednego brakowało. Znaleźli go nieprzytomnego obok jednej płaczącej facetki. Wpadli w złość, coś ty mu zrobiła, kurwo, i dali jej wycisk. Nazywał się Iglesias, pochodził z Ayacucho, rozcięły mu gębę, podniósł się jak lunatyk, co, co takiego. No dobrze, starczy, powiedział Ludovico do tych, co się rozprawiali z tą babą, już po wszystkim. Ledwie żywi wsiedli do autobusu, który czekał na nich w pustym zaułku, nikt nic nie mówił. Dopiero w drodze zaczęli palić” patrzeć na siebie, o, tu mnie boli, śmiać się, moja żona nie uwierzy, że to zadrapanie to wypadek w pracy. Dobrze, doskonale, powiedział pan Lozano, zrobiliście, co trzeba, a teraz się podreperujcie. No i tak mniej więcej wyglądały te dorywcze roboty, don.