Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
Bermúdez spoważniał, popatrzył miękko na majora.
– Może dlatego, że twój wuj dał mi okazję, jakiej nikt przedtem mi nie dał – powiedział wzruszając ramionami. – Może dlatego, że nie znam nikogo, kto by na moim stanowisku potrafił służyć twojemu wujowi tak jak ja. A może dlatego, że ta praca mi odpowiada. Nie wiem.
– Prezydent martwi się o twoje zdrowie, ja też – powiedział major Paredes. – W ciągu trzech lat postarzałeś się o dziesięć. Jak tam twój wrzód żołądka?
– Zaleczony – powiedział. – Na szczęście już nie muszę pić mleka.
Wyciągnął rękę po leżące na biurku papierosy, zapalił i zaniósł się kaszlem.
– Ile palisz na dzień? – powiedział major Paredes.
– Ze dwie, trzy paczki – powiedział. – Ale czarne, nie to świństwo, które ty kupujesz.
– Już naprawdę nie wiem, co cię prędzej wykończy – roześmiał się major Paredes. – Tytoń, wrzód żołądka, proszki, apriści czy jakiś obrażony generał, na przykład Góral. A może twój harem.
Bermúdez uśmiechnął się blado. Ktoś zapukał do drzwi, wszedł kapitan z wąsikiem, niósł teczkę: gotowe, panie majorze. Paredes rozłożył plan na biurku: czerwone i niebieskie znaczki na niektórych skrzyżowaniach, gruba czarna linia biegnąca zygzakiem przez wiele ulic, aż do jakiegoś placu. Przez dłuższy czas tkwili pochyleni nad planem. Punkty newralgiczne, mówił major Paredes, miejsca zakwaterowania wojska, kierunek przesunięcia sił, most, który ma być właśnie otwarty, Bermúdez zapisywał w notesie, palił papierosa, monotonnym głosem zadawał pytania. Znów zasiedli w fotelach.
– Jutro jadę z kapitanem Ríos do Cajamarca, żeby jeszcze rzucić okiem i sprawdzić stan gotowości Służby Bezpieczeństwa – powiedział major Paredes. – Z naszej strony wszystko zagwarantowane, wszystko jak w zegarku. A twoi ludzie?
– O Służbę Bezpieczeństwa jestem spokojny – powiedział – Co innego mnie martwi.
– Jak go przyjmą? – powiedział major Paredes. – Myślisz, że mogą być nieprzychylne nastroje?
– Senator i deputowani przyrzekli, że zapełnią plac – powiedział. – Ale wiesz, jak jest z takimi obietnicami. Dzisiaj będę się widział z komitetem organizacyjnym całej uroczystości. Kazałem im przyjechać do Limy.
– Ci Indianie z gór będą ostatnimi niewdzięcznikami, jeżeli go nie przyjmą tak serdecznie, jak trzeba – powiedział major Paredes. – Wybudował dla nich drogę, zbudował most. Kto przedtem pamiętał, że istnieje coś takiego jak Cajamarca.
– Cajamarca była kiedyś ośrodkiem apristowskim – powiedział Bermúdez. – Zrobiliśmy tam czystkę, ale zawsze może się zdarzyć coś nieprzewidzianego.
– Prezydent sądzi, że ta podróż to będzie jego wielki sukces – powiedział major Paredes. – Podobno go zapewniłeś, że w manifestacji weźmie udział czterdzieści tysięcy ludzi i nie będzie żadnej awantury.
– Właśnie, będzie awantura czy nie będzie – powiedział Bermúdez. – To przez takie sprawy się postarzałem. Nie przez wrzód żołądka, ani papierosy.
Zapłacili, wyszli i kiedy znaleźli się na tym podwórzu, don, odprawa już się dawno zaczęła. Pan Lozano przywitał ich z wściekłą miną i pokazał na zegarek. Było ich tam coś z pięćdziesięciu, wszyscy po cywilnemu, niektórzy śmiali się jak idioci i co za zaduch. Ten jest na etacie, a ten dorywczo, tak jak ja, o, a ten też na etacie, pokazywał im Ludovico, a przemawiał wtedy jakiś major z policji, z brzuszkiem, trochę się jąkał i ciągle powtarzał tak czy inaczej. Tak czy inaczej w pobliżu będzie żandarmeria, tttak czczy inaczej wozy policyjne także, tak czy inaczej kkkonnica uuukkryta obok w garażach i zagrodach. Ludovico i Ambrosio patrzyli na siebie jakby sobie mówiąc ooookropnie zabawne, don, ale Hipólito ciągle miał minę jak na pogrzebie. I wtedy wystąpił pan Lozano, i zaraz zrobiło się cicho, bo wszyscy go słuchali.
– Chodzi jednak o to, aby policja nie musiała interweniować – powiedział. – To jest specjalne polecenie señora Bermúdeza. A także, aby obeszło się bez strzelaniny.
– Podlizuje się szefowi, bo ty tu jesteś – powiedział wtedy Ludovico do Ambrosia. – Żebyś zaraz poleciał i mu opowiedział.
– Tak czy inaczej nie dostaniecie pistoletów, tylko pppałki i inną bbbroń tttego rodzaju.
Podniósł się szmer, chrząkanie, szuranie nogami, wszyscy protestowali, ale nikt nic głośno nie mówił, don. Cisza, powiedział major, ale dopiero pan Lozano potrafił sprytnie uratować sytuację.
– Wy jesteście w pierwszej linii i nie potrzebujecie amunicji, żeby rozpędzić garstkę wariatów; jeżeli sprawa okaże się poważna, wkroczy żandarmeria. – Jaki mądry, jeszcze nawet puścił dowcip: – Kto się boi, niech podniesie rękę. – Nikt. A on na to: – Tym lepiej, bo musiałbym kazać wam zwracać, coście wypili. – Śmiech. A on: – Proszę dalej, majorze.
– Tttak czy inaczej, zanim pójdziecie do magazynu, przyjrzyjcie się sobie nawzajem, żebyście się potem przez pomyłkę nie tłukli między sobą.
Śmiali się przez grzeczność, nie dlatego, żeby to był dobry żart, a w magazynie musieli podpisać pokwitowanie. Dano im pałki, kastety i łańcuchy od rowerów. Wrócili na podwórze, wmieszali się w tłum innych, niektórzy byli tacy zalani, że ledwo mogli mówić. Ambrosio wyciągał ich na rozmowy, a skąd są, a czy ich wyznaczono przez losowanie. Nie, don, wszyscy byli ochotnikami. Cieszyli się, że mogą zarobić parę groszy ekstra, ale byli i tacy, co mieli stracha, bo nie wiadomo, co mogło ich spotkać. Palili, dowcipkowali, dla żartu walili się pałkami. Tak im zeszło chyba do szóstej, aż zjawił się major i powiedział tam stoi wasz autokar. Na placu Porvenir połowa została, razem z Ludovikiem i Ambrosiem, na samym środku, pomiędzy huśtawkami. Drugą połowę Hipólito zaprowadził pod kino. Podzielili się na małe grupki, po trzech, po czterech, i wmieszali się w świąteczny tłum. Ludovico i Ambrosio patrzyli na karuzelę, taki cwaniak z ciebie, podglądałeś dziewczyny, co? Nie, don, on nic nie widział, już było ciemno. Inni kupowali słodycze, słodkie kartofle, kilku zabrało coś do wypicia i teraz płukali sobie gardła. Wygląda, jakby temu Lozano podali fałszywe instrukcje, powiedział Ludovico. Pokręcili się tam z pół godziny i ciągle spokój, nic się nie działo.
W tramwaju usiedli koło siebie i Ambrosio za nią zapłacił. Była okropnie zła, że jednak przyszła, więc nawet na niego nie spojrzała. Nie bądź taka pamiętliwa, mówił Ambrosio. Z twarzą przy samej szybie Amalia śledziła wzrokiem aleję Brasil, samochody, kino „Beverly”. Och, wy kobiety, dobre serce i zła pamięć, mówił Ambrosio, ale u ciebie, Amalio, jest akurat na odwrót. Bo tego dnia, kiedy się spotkali na ulicy i on jej powiedział znam takie miejsce, gdzie szukają dziewczyny do posług, tego dnia przecież rozmawiali całkiem przyjaźnie, prawda? Amalia patrzyła na szpital policyjny, na owalny zarys placu Magdalena Vieja. A znowu wtedy, w drzwiach, czy nie gadali ze sobą jak dwoje przyjaciół? Szkoła O.O. Salezjanów, plac Bolognesi. Powiedz, Amalio, miałaś jeszcze kogoś? I wtedy wsiadły dwie babki, ulokowały się naprzeciwko nich, wyglądały nieszczególnie, patrzyły bezczelnie na Ambrosia. Dlaczego nie mieliby raz gdzieś pójść razem, jak para dobrych znajomych? Ach, czysty śmiech z takim facetem, a z przeciwka spojrzenia, a z przeciwka zalotne minki, i nagle, nie wiadomo czemu, powiedziała głośno, patrząc na te dwie, nie na niego: no niech już będzie, to dokąd idziemy? Ambrosio spojrzał zdziwiony, podrapał się w głowę i zarechotał: ach, kobiety. Pojechali nad Rimac, bo Ambrosio musiał się spotkać z kumplem. Znaleźli go w małej restauracyjce na ulicy Chiclayo, jadł kurczaka z ryżem.
– Poznajcie się, to moja narzeczona, Ludovico – powiedział Ambrosio.