Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Lord z planety Ziemia
Lord z planety Ziemia - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lord z planety Ziemia

Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:

Były żołnierz wyrusza w galaktyczną wyprawę w nieznany świat. I staje do pojedynku o władzę nad planetą, na której nikt nie wie o istnieniu Ziemi – dobrze ukrytej przed wzrokiem innych przez wszechpotężną rasę. Żeby wrócić na Ziemię, Siergiej musi ją najpierw odnaleźć. Ale naszej planety szuka także ktoś, kto chce ją zniszczyć…
1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 135
Перейти на страницу:

Nadal prowadził. Odległość powiększała się coraz bardziej, a ołów z nóg spływał rozpalonymi kroplami na drogę. Gdy upadnie ostatnia kropla, upadnę i ja. Bo jedyne, co jeszcze trzyma mnie na nogach, to zmęczenie…

Postacie pod białą ścianą rozstąpiły się i zobaczyłem Klena – Aler-Ila z planety Kleń. Jego kombinezon bojowy pokrywały czarne plamy spalenizny, w kilku miejscach widać były otwory na wylot. Twarz przypominała krwawą miazgę ze strzępami mięśni. Jedno oko wypłynęło, drugie zalał szary „przylepiec”. Więc najpierw próbowali wziąć go żywcem? Przykleić do ściany korytarza twardniejącym błyskawicznie plastikiem?… Idiotyczny pomysł. Klenijczycy nie idą do niewoli.

Witam, kapitanie – powiedziały nieruchome wargi Alera-Ila.

Witaj, taktyku, powiedziałem w myślach. Pozwól, że będę nazywał cię Kleń, przywykłem do tego imienia.

Zmasakrowana twarz zaprezentowała uśmiech.

Oczywiście, kapitanie.

Dobrze walczyłeś, Kleń.

Nie kapitanie. Źle walczyłem. Nie zdołałem przedrzeć się do arsenału i aktywizować bomby kwarkowej. Będzie pan musiał walczyć o Ziemię beze mnie.

Zdobyłeś przebaczenie dla swojej rodziny, Kleń?

Okaleczona postać zaczęła się rozpływać.

Nie wiem, kapitanie. O tym zadecyduje rada rodzin. Taką mam nadzieją… Zginąłem w walce… Niech pan zniszczy raidera, kapitanie. Umie pan kochać swoją planetę. Niech ją pan uratuje. Ale w tym celu musi pan dobiec pierwszy. Niech pan biegnie. To świat iluzji, kapitanie. To impulsy elektroniczne w logicznych układach komputera. Jeśli Świątynia pozwala panu nas widzieć, to znaczy, że już pana uznała. Niech pan biegnie. Niech pan nie myśli o zmęczeniu, niech pan biegnie…

Nabrałem rozpędu. Nie było już betonowej ścieżki i białej ściany na końcu. Była tylko szybkość i krzyk, chyba Dańki: „Siergiej!” A potem wilgotna mgła i bezcielesny głos:

Mentalny pojedynek zakończono. Przejawił pan większą wiarę w cel i większą stanowczość w pokonywaniu przeszkód. Otrzymuje pan prawo do sterowania zachowaniem Świątyń w granicach zadania podstawowego.

A więc znowu znaleźliśmy się w punkcie podejmowania decyzji. Stół był tak samo elegancko nakryty. Jedyna różnica, że Maestro siedział nienaturalnie wyprostowany, absolutnie nieruchomy, jakby zamrożony w bryle lodu. W jakimś sensie tak właśnie było.

Pański oponent został temporalnie zakapsułowany – poinformowała uprzejmie Świątynia. – Proszę wyznaczyć czas kapsulacji.

– Dwie sekundy – burknąłem.

Maestro poruszył się i poprawił okulary.

– O dziwo, Siergiej, wygrał pan w naszym małej sporze – westchnął. – Jakby dźgnęła pana ostrogą jakaś siła… Tuż przed metą.

– Mam wielu przyjaciół, Maestro, którzy bardzo pragnęli mojego zwycięstwa. A pan był sam… z całą swoją wiedzą o logice Świątyń. Pan walczył o swoją hipotezę naukową, a ja o naszą planetę.

– Ona i tak jest bezpieczna – powiedział ze znużeniem Maestro.

– Nie byłbym tego taki pewien! Świątynio, gdzie teraz znajduje się „Biały Raider”?

Oddala się od planety Ziemia z maksymalną prędkością. W chwili obecnej…

– Gdzie przeprowadzono lądowanie?! – wrzasnąłem. – Jest pan głupcem, Maestro Staś! Raider zostawił na Ziemi bombę kwarkową!

Statek zwany Białym Raiderem „dokonał lądowania w trybie elektronicznej niewidzialności na przedgórzu Tien-Szanu. Współrzędne lądowania…

– Statek, Świątynio! Natychmiast statek! Muszę znaleźć się ze swoją załogą na Ziemi w rejonie lądowania „Białego Raidera”.

Co zrobić z…

– Zakapsułować aż do odwołania!

Uchylone wargi Maestra zastygły jak skamieniałe.

Wilgotne objęcia pól siłowych przeciągnęły mnie przez ściany Świątyni. Ale już się nie bałem tych lekkich muśnięć. To były maszyny mojej rasy, ziemskie automaty.

A walka, do której stanę, jest prowadzona także w ich imieniu. W imieniu tysięcy Świątyń, które zrodziły życie we wszechświecie. W imieniu Klena, Lansa, Ernada… i księżniczki.

W imię Ziemi.

5. Miłość i śmierć

Statek Siewców przypominał galaktyczne jednostki w tym samym stopniu, co kamienne topory neandertalczyków płaszczyznowe miecze. Wisieliśmy w migoczącym błękitnym obłoku nieskończenie daleko i nieprawdopodobnie blisko siebie. Ja, Dańka, Redrak, Ernado, Lans… Nie było foteli ani pulpitów.

Tylko świetlista chmura przypominająca iluzoryczną rzeczywistość mentalnego pojedynku.

Masz rację, Siergiej - słowa wpływały do świadomości jak czuły szept. Czyj? Statku? Świątyni? – Znajdujecie się w module pasażerskim standardowego statku Świątyni typu Goniec. Blok mentalnego przyjmowania i przekazywania informacji pozwala na pilotowanie z maksymalną efektywnością przy minimalnych stratach przestrzeni. Mostek sterowania może być…

Nie zdążyłem niczego zażądać. Zdążyłem tylko zrozumieć sens słowa.

Mgła pociemniała i rozpłynęła się, zmieniając w ściany mostka bojowego „Terry”. Wokół, na swoich zwykłych miejscach stały fotele załogi. Ernado i Lans rozglądali się nerwowo, Redrak wczepił dłonie w podłokietniki. Zobaczył mnie i zapytał ochryple:

– Co się dzieje, Serge?

– A ja wszystko słyszałem! – wrzasnął radośnie Dańka. – I zrozumiałem!

Szybko się o tym przekonaliśmy.

Sztorm rozszalał się nie na żarty i statkiem rzucało z burty na burtę. Zza szarej zasłony chmur próbowało wyjrzeć małe żółte słońce – słońce Ziemi. Strugi spienionej wody zalewały drewniany pokład. Chcąc utrzymać równowagę, chwyciłem ogromny rzeźbiony ster, przed którym w miedzianym naczyniu kołysała się strzałka. Po pokładzie kuśtykał Redrak w pstrokatym stroju pirata, z niezginającą się drewnianą nogą. Za pasem miał starodawny pistolet z długą, półmetrową lufą.

– Dańka! – wrzasnąłem.

– Jestem, kapitanie! – chłopiec wyskoczył zza moich pleców w nieprawdopodobnie egzotycznym, skórzano-dżinsowo-aksamitnym stroju. Za pasem miał co najmniej pół tuzina pistoletów i noży. Najwyraźniej jego zdaniem tak ubierali się jungowie na korsarskich fregatach.

– Przestań – zakomenderowałem, skoncentrowany. – Naczytałeś się Sabatiniego i Juliusza Verne’a? Nie mamy czasu na zabawy!

Iluzoryczny ocean i statek znikły, rozpłynęły się jak błękitna mgiełka. Z Dańki warstwami opadała piracka skóra, został tylko kombinezon. Wisząc tuż przed moją twarzą, chłopiec powiedział urażony:

– Ale przecież tak byłoby ciekawiej! Wprowadzać i przekazywać dane możemy w dowolny sposób.

Może Maestro miał rację co do Dańki? Westchnąłem, z przerażeniem wyobrażając sobie jeszcze jeden mentalny pojedynek.

– Dańka, będzie tak, jak postanowię. Jasne?

Skinął głową.

– Mostek „Terry”! – zakomenderowałem i znalazłem się w fotelu dowódcy, na mostku statku, który już dawno stał się złomem.

Oszołomiony Redrak pokręcił głową. Twarz miał nadal mokrą, a na szyi kolorową piracką chustkę. Pochylił się, podejrzliwie obejrzał swoją nogę i zapytał:

– Kapitanie, jaki jest następny punkt programu? Konno przez kosmos?

1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 135
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)