Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Zamilkł, jakby zorientował się, że za dużo powiedział. A może świadomie podrzucił mi kolejną porcję informacji.
– W jakim celu Ziemia postanowiła kolonizować przeszłość? – Pochwyciłem spojrzenie Maestra, łagodne, mądre, kłamliwe spojrzenie. – Jaki cel miało tworzenie tysięcy zamieszkanych planet? Dlaczego Ziemia jest traktowana jak wyrzutek? Dlaczego Świątynie mają oblicze Ziemi?
– Odpowiem na wszystkie pytania prócz pierwszego – powiedział szybko Maestro. – Ono zresztą nie jest dla pana istotne.
– A więc? – Usiadłem wygodniej w fotelu. Rozkoszowałem się iluzorycznym winem, mocnymi papierosami, nieistniejącą przytulnością pokoju. I prawdziwym, mądrym i silnym przeciwnikiem.
– Statki z innych planet nie mogą przylatywać na Ziemię, ponieważ nie było tego w naszej historii. Dobrze mówię, Siergiej?
– Ale pewien pirat przyleciał…
– Owszem. Kupił pluton, płacąc partią sztucznych brylantów ogromnej wielkości… i zmył się po cichu. Brak precedensów.
– Zgadzam się. – Sięgnąłem do butelki muskata i stwierdziłem, że znowu jest pełna. Czarodziejskie wino z ziemskich bajek.
– Ale galaktyczne cywilizacje muszą wiedzieć o Ziemi, pamiętać ją jak straszną legendę, tworzyć wszelkie możliwe hipotezy. A wszystko po to, by kiedyś, za wiele lat, gdy Świątynie na wszystkich planetach zaczną wirować i zlikwidują wideoblokadę, gdy biliony zdumionych ludzi zobaczą w symbolach swoich religii obraz planety-wyrzutka…
– Rozumiem. Połączą się z Ziemią i jej nielicznymi prawdziwymi koloniami w jedną cywilizację. I Ziemia będzie przewodzić w tym niesłychanym imperium.
– Na prawach planety założycielki. Życie we wszechświecie to rzadkość. A my podarowaliśmy galaktyce miliony form życia.
– Na prawach planety, która umieściła na wszystkich zamieszkanych światach miny o opóźnionym zapłonie. Świątynie najpierw rozwinęły cywilizacje, a teraz powstrzymują ich rozwój. Wszystko po to, by w momencie połączenia Ziemia była najsilniejsza. Żadna planeta nie może pokonać ochrony Świątyni. A mieszkańcy tych światów domyślają się, że Świątynia może zniszczyć ich planetę w każdej chwili. Przemienić ją w plazmę… albo uruchomić urządzenie rozpadu kwarków.
Maestro popatrzył na mnie w zadumie. Spojrzenie nadal miał poczciwe, a twarz spokojną. Mądry, przebaczający fantom.
– Nie pan, przyjacielu… ani nawet nie ja… nie będziemy decydować o przyszłości ziemskiej cywilizacji. Ale mimo wszystko jest pan patriotą ojczystej planety, prawda?
– Byłem patriotą bardzo wielu planet – powiedziałem drwiąco. – Zna pan historię mojego kraju?
– Znam, Siergiej. Cóż, widzę, że rozmowa o sprawach globalnych nam nie wychodzi. Porozmawiajmy o pańskim losie.
Jego ton sprawił, że stałem się czujny. Nie lubię, gdy mówi się o moim losie. W mojej młodości zbyt wielu było chętnych do decydowania o nim.
– Porozmawiajmy, Maestro.
– Jak pan myśli, Siergiej, czy pańskie szczęście było dziełem przypadku?
3. Prawo człowieka
Przypadki, gdy Ziemianie z przeszłości, z mojej przeszłości, trafiali na planety Świątyń, nie są odosobnione – zaczął Maestro tonem wykładowcy. – Czasem wracali, jeśli ich porywacze wydzielili energię na powrotny hipertunel. Najczęściej żyli aż do śmierci na tej czy innej planecie. Zazwyczaj w roli błaznów, egzotycznych zwierząt czy włóczęgów. Rzadko osiągali wysoką pozycję w społeczeństwie. Świątynie obserwowały ich, rejestrowały bieg wydarzeń, ale nie ingerowały. Jeśli człowiek trafił z Ziemi do kosmicznej cywilizacji, był to fakt ziemskiej historii. Wiele tajemniczych zniknięć, podniecających wyobraźnię kryminologów i ufologów, polegało właśnie na tym…
– Swój wkład w takie zniknięcia mieli również Palijczycy – powiedziałem ze złością.
– Niestety, Siergiej… Ale nawet wampiry są naszymi potomkami, naszymi dziećmi. Nawet oni są potrzebni w galaktycznym imperium. Ale mówimy teraz nie o pańskich wrogach, lecz o panu.
– Słucham z uwagą, Maestro.
– Okazał się pan rzadkim okazem, Siergiej. Pańskie pojawienie się na Tarze w charakterze ceremonialnego narzeczonego było absolutnym przypadkiem. Jednak aby zachować stabilność, należało zachować władzę imperatorską na Tarze i zniszczyć Shorreya Manhema. Dlatego udzielono panu pomocy, najpierw wysadzając pana w pobliżu schronu Ernada i kierując właśnie do niego. Potem zastosowaliśmy drobną ingerencję w psychikę sierżanta imperatorskich wojsk. To on „poznał” zaręczynowy pierścień na pańskiej ręce. Fenomenalna pamięć, nieprawdaż? Nie zastanawiał się pan, jak Ernado rozpoznał w panu lorda?
– Nie miałem do tego głowy…
– Na to właśnie liczyliśmy. Sam Ernado jest przekonany, że doznał olśnienia. Potem były drobne kłopoty, które zdenerwowały pana i skłoniły do wymyślenia nowego rodzaju płaszczyznowej broni. A Ernado przygotował ją, jak na warunki polowe, w zbyt krótkim czasie.
– Wszystko, co wymyśliłem, to pod waszym wpływem?
Maestro pokręcił głową i powiedział twardo:
– Psychika i życie każdego Ziemianina są nietykalne. To prawo Świątyń. Inna sprawa, że w interesach Ziemi i jej planów Świątynie mogą wpływać na otoczenie Ziemian. Ale nawet w tych przypadkach są posłuszne bezpośrednim rozkazom, zwłaszcza tym dobrze umotywowanym. Skorzystaliśmy z tego, przenikając do Świątyni na Shedmonie.
– Maestro, dwa pytania… Gdy docierałem do pałacu imperatorskiego, Ernado przyszedł mi z pomocą. Czy także pod wpływem Świątyń?
– Nie. To była jego osobista decyzja. Ale Ernado osłaniałby pana nawet wbrew swojej woli, Świątynia Tara była gotowa do ingerencji.
– A moje zwycięstwo nad Manhemem? Czy spowolniono jego reakcje? Zmuszono do błędnej taktyki?
– Spowolniono jedynie cios w pojedynku w bazie wojsk powietrznych Taru. W przeciwnym razie lord nie zdążyłby aktywizować granatu. Zwycięstwo w Świątyni było uczciwe, dokonał pan tego samodzielnie. Ten bohaterski czyn był jednak zbędny. Wystarczyło, żeby wydał pan rozkaz. Świątynia nie musi ochraniać życia pojedynczego Ziemianina, ale musi posłuchać rozkazu. Manhem zostałby błyskawicznie zlikwidowany.
…Przypomniałem sobie Świątynię Tara, Shorreya umierającego na czarnej podłodze sali pojedynków w purpurowym świetle plazmowych pochodni i jego szept: „Zrozumiałem twoją tajemnicę, ale zbyt późno. Nie należało walczyć z tobą… tutaj”.
– On zrozumiał związek pomiędzy Ziemią a Świątyniami, Maestro. Ale dopiero w chwili śmierci.
Maestro skinął głową.
– Właśnie dlatego należało go zniszczyć. Nadludzie nie są nam potrzebni.
Nie spierałem się. Na pewno różnie pojmowaliśmy, ale i tak nie czułem współczucia dla „nadczłowieka” Shorreya. Za to poczułem szacunek. To on sprzeciwił się Siewcom-Ziemianom. Chociaż sam o tym nie wiedział.
– To, co zrobił pan później, nie było zbyt rozsądne. Mógł pan zdobyć miłość księżniczki… i pozostałby pan w pamięci wielu cywilizacji jako uchodźca z przeklętej planety, który udowodnił swoją wyższość nad zwykłym ludźmi. W przyszłości sprzyjałoby to przyjęciu prawdy na wszystkich planetach. Ale pan zaczął szukać Ziemi i drogi do niej ze zwykłej przestrzeni. Pańskie motywy są oczywiste. Ale i tak nie zdoła pan znaleźć swojej planety.
– Dlaczego? – spytałem wściekły.
– Przeszłość już się dokonała, Siergieju. Pan nie znalazł drogi, a sekta… – Maestro uśmiechnął się kpiąco. – Sekta nie mogła zniszczyć Ziemi. W przeciwnym razie nie powstałaby cywilizacja przyszłości, wielka cywilizacja, która pokonała czas, stworzyła Świątynie i tysiące sojuszniczych planet…
Maestro rzucał okruchy informacji niczym skąpiec rozdający miedziaki przed kościołem. Ale mnie wystarczały te drobinki.