Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Na coraz słabiej widocznych twarzach zobaczyłem nieufność. – To technicznie niemożliwe… do Ziemi… – usłyszałem.
– Statek Siewców przerzuci was przez hipertunel – przerwałem. – Dla niego niewiele jest rzeczy niemożliwych.
Ekran znikł i nie usłyszałem odpowiedzi.
Ciekawe, dlaczego właściwie zażądałem ściągnięcia tu raidera? Udowodnić sekciarzom, że omal nie zniszczyli planety swoich bogów, mogłem w inny sposób. Po co zbędne komplikacje, kiedy mogłem triumfalnie wkroczyć na mostek raidera połączonego z malutkim statkiem Siewców?
Dziwny chłód przebiegł po moim ciele. Dzika, niestosowna myśl…
To, co zrobiłem, zostało przewidziane. I było nieuchronne. Posługując się terminologią Siewców, trafiłem do głównego strumienia historii i znowu stałem się marionetką, która mogła robić tylko to, na co pozwalały sprężyste sznurki… Skąd to uczucie? Nie wiem. Gdy po użyciu temporalnego granatu niosło mnie strumieniem wydarzeń, które już miały miejsce, odczuwałem to jako zasłonę – mocną, krępującą ruchy, ale taką, którą można pokonać. Mogłem rozegrać wydarzenia inaczej. Za to teraz ogarnęło mnie dziwne i straszne uczucie nieuchronności. Musiałem dostarczyć księżniczkę na Ziemię, żeby powstrzymać sekciarzy. Musiałem ściągnąć „Białego Raidera” na Ziemię, żeby… Do diabła, przecież mogę odwołać rozkaz!
Stworzono lokalny hipertunel. Raider jest transportowany w stronę Ziemi. Wyłączam się tymczasowo - dotarło do mnie w świadomości.
Nieuchronność? Ale jaka? Nieuchronność czego?
Popatrzyłem na księżniczkę i powiedziałem cicho:
– Masz bardzo ładne imię. Nie będę wymyślał ci innego, Terry…
Dziewczyna uśmiechnęła się.
– Zgodnie z naszymi zwyczajami oznacza to, że dajesz mi pełną swobodę czynów. Aż do…
Zamilkła i zaraz twardo dokończyła:
– Postaram się tego nie nadużywać, ale sam wiesz, jaki mam okropny charakter…
Skinąłem głową. Więc naprawdę chcesz być moją, księżniczko? Jeszcze nie wiedząc, kim jestem i dlaczego słucha mnie ten dziwny statek wiszący nad stopniałym śniegiem?
Przyjaciele stali z boku. Wszyscy razem, w milczeniu, o nic nie pytając, niczego nie proponując. Wydarzenia przytłoczyły ich, pogodzili się z rolą statystów.
Wszyscy prócz Dańki.
– Więc to pani jest księżniczką z planety Tar? – zapytał bezceremonialnie. – To jak, Siergiej udowodnił pani wszystko co trzeba, czy jeszcze nie?
Terry roześmiała się.
– Co niby miał mi udowodnić? Ty jesteś, Dańka, prawda? Lans opisał cię bardzo dokładnie.
Dańka poczerwieniał i cofnął się o krok.
– Witam na Ziemi, księżniczko – powiedział Ernado dziwnie uroczystym tonem. – Cieszę się, że mogę cię widzieć szczęśliwą i triumfującą…
– Daj spokój. – Księżniczka nie miała zamiaru wysłuchiwać długiego, ceremonialnego powitania. – Ja też cieszę się, że cię widzę Ernado. I ciebie, Lans. Twoje meldunki bardzo mi pomogły… Siergiej, mam nadzieję, że Lansowi nie za bardzo dostało się za szpiegostwo?
Uśmiechnąłem się.
– Postanowiliśmy nie stosować najwyższego wymiaru kary. Nieuchronność. Główny strumień historii. Znowu jestem w pułapce? Znowu w roli marionetki? Ale czego tym razem spodziewa się po mnie los-reżyser? Co podpowiadają niewidoczni suflerzy-okoliczności? Jak mogę zepsuć swoją rolę? I dlaczego tak bardzo chcę to zrobić?
– A ty oczywiście jesteś Redrak Sholtry, były pirat?
Terry najwyraźniej postanowiła poznać całą moją załogę.
– Tak, księżniczko. Co prawda, obecnie pracuję jako pilot…
u pani męża.
W głosie Redraka dała się słyszeć wyraźna wątpliwość, czy Siewca potrzebuje pilota. Ale księżniczka tego nie zauważyła.
– A gdzie Kleń? Zawsze lubiłam ich planetę…
Zapadła niezręczna cisza. W końcu Ernado powiedział sucho:
– Aler-Il z planety Kleń zginął, próbując samotnie zniszczyć „Białego Raidera”.
Terry w milczeniu skinęła głową, przyjmując tę informację do wiadomości. Mimo wszystko była księżniczką. Odwróciła się do mnie i błyskawicznie zmieniając ton, zapytała:
– Siergiej, co zrobimy z sekciarzami? Dostałeś statek Siewców, prawda? A gdybyśmy tak przekonali ich, że Ziemia znajduje się pod szczególną opieką?
– Księżniczko – niezbyt dyplomatycznie, ale z wyraźną radością przerwał jej Dańka – Ziemia to właśnie planeta Siewców! Za sto lat Ziemianie postanowią zasiedlić całą galaktykę ludźmi i zorganizują ekspedycję w przeszłość. Tam wybudują Świątynie, zaludnią wszystkie planety i wymyślą legendy o sobie. I schowają się. Więc wcale nie musimy okłamywać sekciarzy. Powiemy im prawdę, a oni się powieszą.
– To prawda, Siergiej?
Wzruszyłem ramionami.
– W ogólnych zarysach… Myślę, że twoi rodzice mogą z czystym sumieniem zostawić sektę.
– Jesteś Siewcą?
– Tak. A raczej ich przodkiem…
Nie zdążyłem wytłumaczyć subtelności drzewa genealogicznego. W niebie nad nami rozległ się głośny trzask i mignęło tęczowe światło. Potem niebo poszarzało to goniec ustawił ekran ochronny, by ukryć nas przed amerykańskimi, rosyjskimi, chińskimi i innymi satelitami. A pod szarym jak popiół baldachimem nieba spadał na nas stożek „Białego Raidera”.
Nazwać go teraz białym mógłby tylko optymista. Gigantyczny kadłub raidera był szaroczarny, zwęglony, poryty wgnieceniami, i dziurami. Tylko miejscami wyzierały resztki białego przeciwlaserowego pancerza, który nadał kiedyś nazwę statkowi.
Raider opadał powoli i niespiesznie, jak listek herbaty w filiżance, jak nasiąknięty deszczem szary liść na jesienną alejkę.
– Nieźle nam to wyszło – powiedział ze zdumieniem Redrak. – Myślałem, że mniej ich uszkodziliśmy… na Wielkich Siewców, i w takim stanie wyruszyli na poszukiwania!
Wyruszyli i znaleźli Ziemię – od pierwszej próby. Los. Nieuchronność, niech ją diabli. Czego chcesz ode mnie teraz?
– Jaki on wielki – powiedział drżącym głosem Dańka. – W razie czego damy mu radę, jak myślisz, Siergiej?
Przysunął się do mnie i złapał za rękę. Tylko z dotyku dłoni dorosłego mógł czerpać siłę, by znowu poczuć pewność, poczuć się człowiekiem, a nie mrówką pod gigantycznym szarym butem.
– Wszystko w porządku, Dańka – zapewniłem – nie bój się. Nasz statek może zmienić tę ruinę w kupę złomu w ciągu pół sekundy. Nie bój się.
– Nie boję się…
Automatyka raidera została ustawiona na lądowanie. Imperatorowa Tara nadal trzymała w rękach wszystkie nici. Z podstawy statku bezgłośnie wysunęły się szerokie podpory – siedem albo osiem. Dysze były zimne, raider opadał podtrzymywany polem siłowym gońca.
Dobrze by było zastosować krótką hipnozę, żeby sekciarzom łatwiej było przyjąć informację o Ziemi. Jasne?
Odpowiedzi nie było… i nie mogło być.
Wykorzystuję wszystkie rezerwy. Tymczasowo się wyłączam – uprzedził statek.
Cóż, poradzę sobie sam.
Podpory dotknęły ziemi. Tysiąctonowa masa wbiła się w rozmiękły grunt. To nic, pod cienką warstwą gliny są granitowe płyty…
Poczułem w ręku kamień – ten sam, którym rozbiłem kryształ pierścionka. Skrzywiłem się z irytacją, zamachnąłem się, żeby go wyrzucić… i osłupiałem. Na dłoni mienił się duży, nieoszlifowany, a raczej na wpół oszlifowany diament. Co najmniej dziesięć karatów…
Księżniczka pochwyciła moje spojrzenie i zmarszczyła brwi.
– Rozbiłeś energokryształ tym kamieniem?
– Tak… Ale on wtedy nie był taki… ładny.
– Uboczny efekt hipertunelu. Widocznie nadmiar energii wytłumiono syntezą diamentu.
Zabawne. Hipertunel „wydał mi resztę”.