Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Gwizdnąłem, wzywając swojego konia. Wskoczyłem na siodło. Ciężka zbroja, która przez ten czas okryła moje ciało, wydawała się czymś naturalnym. A miecz, nie płaszczyznowy, lecz zwykły, z przypominającego brąz stopu, jakby przyrósł mi do ręki.
Smok roześmiał się głośno i powiedział ludzkim głosem Maestra:
– Normalny początek mentalnych pojedynków, co, Siergiej? Ale brązowy miecz jest ciężki, nie możesz go trzymać tak lekko…
Miecz natychmiast zaczął mi ciążyć.
– Nie jest z brązu! – wykrzyknąłem szybko. – To stop tytanu i berylu.
Broń znowu stała się lekka.
Smok wysunął grube pazurzaste łapy i opadł na ziemię. Gdy machnął ogromnymi skrzydłami, huragan omal mnie nie zdmuchnął. A potem smok plunął ogniem z rozwartej paszczy.
Zeskoczyłem z konia i umknąłem w bok przed strugą ciemnego płomienia. Z radością uświadomiłem sobie błąd przeciwnika: płomień zrodził się wewnątrz smoka, nie poza granicą ostrych kłów, lecz w paszczy, w różowej, miękkiej głębi smoczego ciała…
Ryk, jaki wydaje smok poparzony własną ognistą mieszanką, można porównać jedynie do huku startującej rakiety. Zatkałem uszy, żałując, że nie mogę jednocześnie zatkać nosa. Spalony żywcem koń ohydnie śmierdział…
W czasie upadku skręciłem prawą nogę i teraz pospiesznie kuśtykałem byle dalej od potwora. Ale jemu też nie było łatwo: potrząsając ogromną głową, pluł krwistoczarnym śluzem. W końcu zasyczał:
– W tych warunkach mamy niemal równe siły… Zmieniamy otoczenie?
Chyba niepotrzebnie się zgodziłem. Potwór już prawie umierał – moje przewidywania, że smok spali się od wewnątrz, były całkiem logiczne. Maestro o tym nie pomyślał… Ale mimo wszystko skinąłem głową, zgadzając się na zmianę scenerii pojedynku.
Tym razem okolica wyglądał zupełnie inaczej. Porośnięta niskimi, sięgającymi mi do pasa krzewami równina i dwie betonowe dróżki równoległe do siebie. Na ciemnoniebieskim niebie nie było ani jednej chmurki, ogromne białe słońce dławiło nieznośnym żarem.
Stałem na początku jednego z betonowych pasów, Maestro na drugim. Pomiędzy nami były trzy metry kolczastych krzewów.
– Mógłbym zaproponować pojedynek na kosmicznych krążownikach, podwodne polowanie albo trójwymiarowy wariant reversi – wyjaśnił pobłażliwie Maestro. – Ale postąpiłeś szlachetnie, więc wybrałem pojedynek, który da ci szansę. Bieg. Dystans – dziesięć kilometrów. Kto pierwszy dotrze do mety, zostanie zwycięzcą mentalnego pojedynku.
– Ładna mi mentalna walka! – rozzłościłem się. – To sprawdzian dla mięśni! Zresztą ścigając się z fantomem, jestem z góry skazany na klęskę.
– Nie bój się. – Maestro teatralnym gestem rozłożył ręce. – Teraz mam te same fizyczne możliwości co w prawdziwym ciele. A umiejętności mentalne… też będą potrzebne. Biegniemy?
Skinąłem głową. Jakie miałem wyjście? Idiotyczny bieg w iluzorycznym, nieistniejącym świecie decydował o moim losie – i o losie Ziemi.
Suchy trzask wystrzału. Zwykłego wystrzału ze zwykłego pistolet startowego. Maestro runął do przodu; idiotycznie wyglądał w eleganckim garniturze i lakierkach, ale był niesamowicie szybki na starcie.
Ruszyłem za nim, w biegu opracowując swój wygląd. Najpierw nogi. Lekkie, sprężynujące adidasy. Precz z ciężkimi butami kombinezonu bojowego! I ciemnowiśniowy dres Pumy… Stop, przegrzeję się… Dres stał się biały.
Biegliśmy niemal obok siebie i nie wiedziałem, czy nasze siły naprawdę są równe, czy to podstęp Maestra.
– Siergiej, przerwijmy pojedynek! Niszczymy strukturę logiczną Świątyń. Mogą dojść do wniosku, że ich twórcy nie są idealni – wyrzucił z siebie Maestro, ledwo dysząc. – Że nie trzeba im służyć!
Milczałem. Oszczędzałem oddech. W końcu nie byłem iluzorycznym fantomem, który może wygłaszać tyrady podczas biegu maratońskiego…
Maestro zaczął ciężko oddychać i został w tyle. Znowu przyłapałem go na logicznym błędzie. Musiał działać w ramach rzeczywistych, ludzkich sił, w przeciwnym razie następowała kara. Mentalny pojedynek! Świat wokół nas był niczym mgła, którą nasza świadomość może dowolnie formować…
Pas pod moimi nogami stał się bardziej szorstki, żeby zapewnić najlepszą przyczepność podeszwom adidasów… Wiatr wiał z tyłu, stopniowo się nasilając. Ołowiane chmury zasłoniły mnie od niemiłosiernego słońca.
Doganiający mnie Maestro wybuchnął śmiechem. W ołowianych chmurach pojawiły się białe zygzaki błyskawic, w beton zabębniły ukośne strumienie ulewy. Zabawne… dróżka Maestra była kompletnie sucha…
Proszę bardzo.
Huknął piorun. W ścieżkę, po której biegł Maestro, uderzyła oślepiająca błyskawica. Maestro skoczył w krzaki, chroniąc się przed zsunięciem w szkliście zielony krater, z którego sączył się lekki dym. Usłyszałem krzyk bólu – krzewy miały kolce. W chwilę później błyskawice zaczęły walić w mój pas. Za późno. Wzdłuż niego szeregiem wyrosły sosny czterdziestometrowej wysokości. Błyskawice waliły w ich wierzchołki, a po chwili wzdłuż drogi żółtym ogniem płonęły drzewne pochodnie.
Maestro znowu mnie dogonił. Krzyczał ochryple, zdzierając gardło:
– Może przerwiemy te eksperymenty pogodowe? Zagrajmy uczciwie, co, Siergiej? Doprowadźmy wszystko do normy!
W milczeniu skinąłem głową, pozwalając, by sam zaprowadził porządek w fantomowym świecie. Chmury się rozwiały, słońce znowu opuściło na nas swój ognisty ciężar, drzewa wzdłuż drogi rozwiały się w kłęby zielonej mgły.
Pozostał tylko bieg, niekończące się betonowe taśmy. A na nich ja i Maestro szturmujący nieistniejącą odległość Wyrywając się przede mnie, Maestro wysapał:
– Mnie też doskwiera upał… też jestem zmęczony. Wszystko uczciwie.
Wierzyłem mu, temu dalekiemu potomkowi moich współczesnych. Nie zgadzał się z moimi celami, nie chciał rozmawiać jak równy z równym… ale grał uczciwie. Fair play… Po co wprawiliście w ruch tę potworną karuzelę śmierci, moi dalecy potomkowie, tak lubiący uczciwą grę?
Straciłem poczucie czasu. Był tylko szorstki beton i głośny oddech biegnącego obok Maestra. Było gorące powietrze, rozpalonym ołowiem wlewające się do płuc, i narastające zawroty głowy. I coś w rodzaju białej ściany na końcu drogi. I ciemne sylwetki na niej.
Poznałem wszystkich. Ernado – pierwsze narzędzie użyte przez Siewców do oddziaływania na moją psychikę… Ale do diabła, przecież z własnej woli zdecydował się na manewr odciągający! Lans, któremu dwa razy uratowałem życie podczas uwalniania księżniczki… i który nawet nie podejrzewał, co mi zawdzięcza! To prawda, szpiegował, meldował księżniczce o locie „Terry”. Ale przecież Tar to jego ojczyzną a księżniczka – potajemna, nieosiągalna miłość. Redrak, pirat i pijaczyna, szuler i złodziej… Człowiek, który wyciągnął mnie z szalupy tuż przed jej wybuchem, i to po zlikwidowaniu psychokodu!
Ich spojrzenia ponaglały, ale ja nadal szukałem sylwetki chłopca. Gdy znalazłem twarz Dańki, uśmiechnąłem się. Dobiegnę pierwszy. Muszę… dla ciebie i pozostałych Ziemian. Chłopców i dziewcząt, starców i nowożeńców, kapłanów i zabójców, geniuszy i debilów, łajdaków i altruistów, napakowanych atletów i wymoczkowatych okularników. Będę pierwszy.
Ale ołowiany ciężar, skoncentrowany w mojej głowie, już się roztopił i powoli spływał do nóg. Upadnę… albo pokonam ostatnie metry na czworakach. Za mało treningów… za dużo kontuzji…
Maestro przegonił mnie o pięć metrów. Jego elegancki garnitur już dawno znikł. Krótkie szorty, biała koszulka, na nogach stare, zdeptane trampki… Ciekawe, skąd wytrzasnął taki kostium gimnastyczny? Piłkarz z lat pięćdziesiątych… Ale pod zwykłym białym podkoszulkiem na chudym grzbiecie inteligenta napinały się nabite mięśnie, a gołe nogi były muskularne. Jeśli to jego prawdziwa postać, to moi potomkowie nie wyrodzili się w superintelektualnych cherlaków.