Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Tak. - Głos płynął zewsząd. Ściany, podłoga, sufit, stolik z resztkami napojów rezonowały niczym ogromne membrany. To odpowiadała Świątynia.
– Jestem Ziemianinem z XX wieku – przedstawiłem się, rozumiejąc zbędność tych słów. – Wy, Świątynie, próbowałyście mnie zabić. Usiłowałyście zatrzymać drobnymi kłopotami…
Świątynia nie może bezpośrednio zabić człowieka.
– A pośrednio? Rzucić Ziemianina obok szalupy, która może wybuchnąć w każdej chwili?
Taki byłby rzeczywisty bieg wydarzeń, gdybyśmy nie wmieszały się w psychikę Klenijczyka.
– Dobrze, dajmy temu spokój. Czy teraz, gdy jestem w Świątyni, gdy rozumiem was i wasze cele, mam ten sam autorytet co Maestro?
Tak - rzekł głos z pewnym wahaniem. – W definicji Siewcy brak ustaleń co do daty narodzin.
– To był mój błąd – powiedział ponuro Maestro. – Zbyt nieprawdopodobne było założenie… Do diabła!
– Żądam, żeby wydać mi statek zdolny dokonać natychmiastowego skoku na Ziemię.
Kurs zakazany - zareagowała natychmiast Świątynia. Maestro uśmiechnął się.
– Ziemia jest w niebezpieczeństwie. Ona jest ponad wszystko! – krzyknąłem na chybił trafił.
Postulat numer 1 – potwierdziła Świątynia. – Statek jest niezakonserwowany.
– Żądam odwołania rozkazu – zaprotestował Maestro. – Niebezpieczeństwa nie ma.
Logiczna sprzeczność – zauważyła Świątynia z ledwie zauważalną ironią. – Twoje słowo, Staś, przeciwko słowu Siergieja. Proszą uzasadnić swoje wystąpienie.
– Statek sekciarzy chce zrzucić na Ziemię bombę kwarkową. Powstrzymanie rozpadu kwarków jest niemożliwe…
Argument przyjęty, odpowiada pierwszemu prawu. Statek nie jest zakonserwowany.
– Sekciarze nie dotrą do Ziemi – zaprotestował uparcie Maestro. – Sprawdź bloki pamięci historycznej, czy jest w nich świadectwo o pojawieniu się statku sekciarzy pod koniec XX wieku?
Argument przyjęty. Przejęcie sekciarzy jest niebezpieczne i niecelowe. Statek został zakonserwowany.
– Siergieja z planety Ziemia należy odizolować w chronokapsule. – Maestro wyraźnie kuł żelazo póki gorące. – Jego towarzyszy wyrzucić na powierzchnię planety.
Wszystkich nie zdołam. – Teraz drwina była już wyraźnie słyszalna. – Wpływ na Ziemianina Daniiła jest niedopuszczalny. Kapsulacja księcia Siergieja nie jest konieczna. Książę nie przejawia agresji.
– Świątynio! – zacisnąłem zęby i spiąłem się, szykując do ostatecznego starcia. – Jak dalece dopracowana jest teoria czasu? Czy istniejąca rzeczywistość może zniknąć i zostać zastąpiona inną, bez planety Ziemia, ze Świątyniami, które pojawiły się niewiadomo skąd?
Niektóre teorie dopuszczają coś podobnego – przyznała Świątynia.
– Musisz chronić Ziemię – powiedziałem cicho. – Nawet jeśli jedna szansa na miliard zakłada jej śmierć, musisz stanąć po mojej stronie.
Tak - powiedziała niezbyt pewnie Świątynia.
– Ziemia XX wieku nie może dowiedzieć się o istnieniu galaktycznej cywilizacji! – powiedział Maestro zwany Stasem. – Nie słuchaj go! Wylicz rzeczywiste prawdopodobieństwo teorii dopuszczających zagładę Ziemi.
Cztery i pół procenta.
– To wystarczająco dużo – powiedziałem uparcie.
Zgadzam się. – Świątynia wyraźnie przechodziła na moją stronę. – Staś, przyznaje pan rację człowiekowi z przeszłości?
– Nie – powiedział twardo Maestro. – Zbyt duże jest niebezpieczeństwo, że Ziemianie zauważą statek kosmiczny na niebie swojej planety. Oba warianty wychodzą poza ramy praw.
Ani chybi coś wymyślił. To dziwne, że los znowu zaprowadził mnie do Świątyni na decydujące starcie… Tylko teraz nie będzie to walka na miecze.
– Czy mogę wezwać intelektualne matryce innych Świątyń? – zapytał nagle Staś.
Nie – podjęła decyzję Świątynia. – Człowiek z Ziemi o imieniu Siergiej działa w ramach swojej logiki, w imię tego samego celu co ty. Wezwanie intelektualnych matryc byłoby równoznaczne ze zdławieniem osobowości Siergieja poprzez kolektywne myślenie, a jego błąd nie został udowodniony.
Przez sekundę panowała cisza. Następnie głos Świątyni dodał:
Proponuję mentalny pojedynek. Przegrany zostanie umieszczony w temporalnej kapsule, gdzie będzie przebywał aż do decyzji zwycięzcy. Zgadzacie się na te warunki?
Skinąłem głową. Spieranie się nie miało sensu; jeśli zaproponuję walkę na miecze płaszczyznowe, fantom znajdzie masę argumentów przeciw. A on może doskonale władać każdym rodzajem broni…
– Jestem gotów do mentalnego pojedynku – oznajmił sucho Staś. Poprawił ubranie, zdjął i odłożył na stolik swoje okulary. Jakby szykował się do zwykłej bójki… Mimo woli przesunąłem dłonią po broni: blaster, miecz płaszczyznowy, pistolet…
– W tym pojedynku broń ci nie pomoże – rzekł obojętnie Staś. – Tylko to, co sam stworzysz. Zaczynamy!
Znowu otoczyła nas wilgotna, zimna mgła. Przenosiliśmy się do miejsca, które Świątynia wybrała na mentalny pojedynek.
4. Umysł i emocje
Tłuste błoto bagna sięgało mi do kostek. Było ciepło, wiał lekki wietrzyk niedający ochłody. Na niebie rozpalonym węgielkiem tliło się małe, umierające słońce.
Na horyzoncie czerniał pasek dalekiego lasu.
Więc to ma być ten mentalny pojedynek? Wyrzucić mnie i Maestra na pustkowie i obserwować, który pierwszy załatwi przeciwnika? Co to właściwie za planeta? Nie czułem hiperprzejścia, ale w świecie, w którym nawet twórca Świątyń nie miał fizycznego ciała, miejsce pojedynku powinno być równie… iluzoryczne.
Obejrzałem swój kombinezon. Zabrano mi wszystko – płaszczyznowy miecz, blaster i płaszczyznowy pistolet. Nawet mały jednorazowy paralizator – cienką metalową pałkę, którą zawsze nosiłem w wewnętrznej kieszeni. Znikł również tak niezbędny przedmiot jak wibronóż. Baterie stroju bojowego okazały się wyładowane. Tryb ochrony nie działał, ale z tym jeszcze mogłem się pogodzić. Za to niedziałający tryb medyczny to już było za wiele…
Przerwałem bezcelowe poszukiwania nieistniejącej broi i rozejrzałem się. Nic nadzwyczajnego. Nagi, równy step… niemal taki jak w Kazachstanie. Daleki las też wyglądał całkiem zwyczajnie. A ciemny punkt lecącego nad lasem ptaka wnosił pewne ożywienie do tej bezludnej krainy.
Punkt się zbliżał. Najpierw pomyślałem, że to bardzo duży ptak, potem – że flaer albo kuter bojowy. Rzekomy ptak chwilami mienił się szarym błękitem, chwilami srebrzycie połyskiwał.
Wreszcie zrozumiałem, kto leci.
Smok. Długi na jakieś piętnaście metrów, pod białym i na pozór bezbronnym brzuchem miał dwie albo trzy pary krótkich łap. Skrzydła obciągnięte szarą skórą wydawały się zbyt małe dla tak potężnego cielska. Jakim cudem toto się utrzymuje w powietrzu?
Smok szarpnął się i zaczął spadać, kurczowo młócąc skrzydełkami.
To na tym polega istota mentalnego pojedynku? Walka logiki, intelektu i zimnej krwi?
Skrzydła smoka szybko rosły, co spowolniło upadek, pozwoliło mu szybować. Uśmiechnąłem się złośliwie i poczułem, że ciało ogarnia przyjemna lekkość. Na iluzorycznej planecie zmniejszyło się ciążenie.
Smok leciał teraz bardziej pewnie, mocno wymachując skrzydłami. Na pokrytym kościanymi płytkami pysku wyraźnie widać było duże złożone oczy. Pod nimi rozwierała się szeroka paszcza usiana długimi, ostrymi zębami…