Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
— Nie potrafię na to odpowiedzieć. — Marline najwyraźniej nie zwróciła uwagi na jego ton. Złożywszy ręce na piersi, stała i patrzyła raczej na Perrina niż na Argandę, obrzucając go jednym z tych swoich bacznych spojrzeń, ważąc go w myślach i mierząc, jakby szyła dla niego ubranie albo oceniała czystość jego bielizny. Aybara na pewno poczułby się nieprzyjemnie, gdyby miał czas na zastanowienie. Kiedy Mądra ponownie się odezwała, w jej głosie nie było propozycji ani rady. Koncentrowała się wyłącznie na faktach i sucho je przedstawiała. — Ludzie z bagien, którzy płacą okup, nie postępują zgodnie z naszymi zwyczajami. Gai’shain można komuś przekazać jako prezent albo wymienić za innego gai’shain, nie są oni wszakże zwierzętami, którymi się handluje. Tym niemniej podejrzewam, że Shaido Aiel nie przestrzegają już ji’e’toh. Zmieniają ludzi z bagien w gai’shain i zabierają wszystko, choć wolno im jedynie wziąć co piąty przedmiot. Ustanawiają też prawdopodobnie ceny.
— Moje klejnoty są do twojej dyspozycji, Perrinie — wtrąciła Berelain. Jej ton był stanowczy, mina zdecydowana. — Jeśli trzeba, Grady lub Neald mogą przywieźć więcej z Mayene. Także złoto.
Gallenne odchrząknął.
— Altaranie są przyzwyczajeni do rabusiów, moja pani, gdyż sąsiadują zarówno z panami wielkich rodów, jak i z bandytami — powiedział powoli, uderzając cuglami o dłoń. Chociaż nie chciał się sprzeczać z Berelain, wyraźnie sugerował jej przemyślenie propozycji. — Tak daleko od Ebou Dar nie istnieją żadne ogólne prawa i wszystko zależy od danego miejscowego lorda czy lady. Arystokrata czy przedstawiciel gminy, wszyscy bez różnicy płacą komuś, z kim nie dają rady walczyć. Wydaje się nierozsądne, że żaden z ich nie próbował sobie kupić bezpieczeństwa, jednak na ścieżce tych Shaido widzieliśmy jedynie ruiny, które podobno doszczętnie łupią i bezwzględnie odzierają ze wszystkiego. Może zgodzą się na okup i nawet go przyjmą, ale czy można im zaufać, że oddadzą nam w zamian przetrzymywane osoby? Mamy nad nimi przewagę, póki nie zdają sobie sprawy z naszej tu obecności i tę przewagę stracimy, jeśli oficjalnie wystąpimy z propozycją okupu. — Annoura nieznacznie potrząsnęła głową, ruch był niemal niewidoczny, lecz Gallenne dostrzegł go kątem oka i zmarszczył brwi. — Nie zgadzasz się ze mną, Annoura Sedai? — spytał uprzejmie, choć z nutką zaskoczenia w głosie.
Szara wydawała się czasami nie wierzyć we własne siły, co było dziwne, szczególnie jak na siostrę, nigdy wszakże nie wahała się przemówić, gdy nie zgadzała się z jakąś radą udzielaną Berelain.
Tym razem Annoura wyglądała jednak na niezdecydowaną. Otuliła się szczelniej płaszczem i przez chwilę starannie wygładzała fałdy. Jej zachowanie było tym dziwniejsze, że Aes Sedai, jeśli tylko chciały, potrafiły ignorować gorąco czy zimno, a ich skóra pozostawała sucha, mimo iż ciała wszystkich wokół spływały w danej sytuacji potem albo musieli się powstrzymywać przed szczękaniem zębami. W tej chwili zatem Annoura zwracała uwagę na temperaturę, by zyskać czas na zastanowienie, starając się równocześnie ukryć swoje myśli. Popatrzyła na Marline, lekko marszcząc brwi, lecz w następnej sekundzie podjęła decyzję i jej czoło się wygładziło.
— Negocjacje zawsze są lepsze niż walka — odparła flegmatycznie z taraboniańskim akcentem. — A zaufanie w negocjacjach zawsze łączy się z kwestią środków ostrożności, prawda? Musimy dokładnie rozważyć środki ostrożności, które należy podjąć. Trzeba się zastanowić także nad osobą, którą do nich wyślemy. Może Shaido nie traktują już Mądrych jak święte, ponieważ wzięły one udział w bitwie pod Studniami Dumai. Czyż nie lepiej wysłać siostrę albo nawet grupę sióstr? Tym niemniej... tak czy owak... trzeba ich wyprawę starannie przygotować. Sama mogłabym...
— Nie będzie okupu — przerwał jej Perrin, a gdy wszyscy zagapili się na niego, większość w konsternacji, Annoura z nieodgadnionym wyrazem twarzy, Aybara odezwał się jeszcze raz, tym razem twardszym głosem: — Żadnego okupu! — Nie zapłaci tym Shaido Aiel za to, że przez nich Faile cierpiała. Faile po powrocie będzie zalękniona i w jakimś sensie na pewno zapłacą za jej strach, bez wątpienia nie czerpiąc z niego żadnych korzyści. Poza tym Gallenne miał rację. Nic, co Aybara widział w Altarze, Amadicii lub wcześniej w Cairhien, nie sugerowało w żaden sposób, że Shaido Aiel można obdarzyć zaufaniem. Ci ludzie z pewnością nie dotrzymują umów. Równie dobrze można wpuścić szczury do koszy z ziarnem albo gąsienice między plony. — Elyasie, chcę zobaczyć ich obóz. — Kiedy Perrin był chłopcem, poznał pewnego ślepca, starego Nata Torfinna o pomarszczonym obliczu i cienkich białych włosach. Ten człowiek jednym dotknięciem potrafił rozwiązać każdą kowalską łamigłówkę. Przez lata Aybara usiłował się dowiedzieć, jak powtórzyć wyczyn tamtego, nigdy mu się wszakże to nie udało. Musiał zrozumieć, w jaki sposób pasują do siebie kawałki łamigłówki, zanim pojmie ich ogólny sens. — Aramie, znajdź Grady’ego i każ mu się ze mną spotkać jak najszybciej, w miejscu Podróżowania. — Chodziło o miejsce, do którego przybywali po każdym skoku i z którego rozpoczynali następny. Asha’manowi łatwiej było skonstruować bramę w miejscu już wcześniej dotkniętym w tym samym celu przez innego Asha’mana.
Aram odpowiedział jednym krótkim, zdecydowanym kiwnięciem głowy, po czym zawrócił siwka i popędził do obozu, jednak Perrin zgadywał z twarzy otaczających go osób, że ludzie nie zgadzają się z nim i mają do niego wiele pytań. Marline nadal przypatrywała mu się z uwagą, jakby nagle zwątpiła, z kim ma do czynienia, Gallenne, marszcząc brwi, przyglądał się trzymanym w rękach cuglom, bez wątpienia uważając, że obojętnie, co Perrin postanowi, wszystko i tak skończy się źle, Berelain z kolei patrzyła wzrokiem wskazującym na niepokój i szereg wątpliwości, Annoura zaś zacisnęła usta w cienką linię. Aes Sedai nie lubiły, gdy im przerywano, toteż nawet jeśli Annoura przedtem nie była pewna swych racji, teraz wydawała się gotowa dać upust swojemu niezadowoleniu. Policzki kapitana Argandy coraz bardziej czerwieniały, a on sam otwierał właśnie usta do krzyku. Ten mężczyzna często krzyczał, odkąd porwano jego królową. Aybara nie widział sensu w czekaniu na ten krzyk, a później słuchaniu go.
Uderzywszy piętami w boki Steppera, popędził konia między rzędy Skrzydlatej Gwardii. Kierował się ku niższym drzewom. Nie galopował, ale też nie szedł stępa — raczej przemierzał wielki las w szybkim kłusie. Ręce mocno zaciskał na cuglach, spojrzeniem już przeszukiwał pstrokaty mrok, w którym usiłował dojrzeć Grady’ego. Elyas bez słowa podążał za nim na swoim wałachu. Perrin był pewien, że w sercu Machery nie ma miejsca nawet na uncję lęku, jednak cisza ciążyła mu. Temu mężczyźnie zazwyczaj niestraszne były żadne przeszkody, więc Aybara odnosił teraz wrażenie, że milczenie tamtego krzyczy o niemożliwych do przebycia górach. Niemniej jednak musiał istnieć sposób odbicia Faile, musiał jakiś istnieć! Gdy dotarli do gładkiej kamiennej odkrywki, Perrin przejechał w tę i z powrotem przez ukośne promienie światła, objechał i te przewrócone, i te stojące drzewa. Nie potrafił się zatrzymać. Coś kazało mu stale pozostawać w ruchu. Tak, musiał istnieć jakiś sposób, musiał! Aybara myślał tak intensywnie, że jego umysł szalał niczym zamknięty w klatce szczur.