Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Człowiek dowodzący lansjerami dotknął nagle stopami boków swego konia i podjechał. Ten niewysoki, szczupły mężczyzna w posrebrzanym napierśniku, hełmie z kratowaną przyłbicą i trzema krótkimi, białymi piórami, nosił nazwisko Gerard Arganda i był twardym żołnierzem, który wbrew wszelkim przeciwnościom utorował sobie drogę na szczyt i obecnie pełnił funkcję Pierwszego Kapitana straży przybocznej Alliandre. Nie przepadał za Perrinem, który bez powodu przywiózł jego królową na południe i pozwolił ją porwać, jednak Aybara miał nadzieję, że Arganda zatrzyma się i złoży uszanowanie Berelain, a może naradzi się też z Gallenne’em. Arganda żywił sporo szacunku dla Gallenne’a i często spędzał z nim czas, popalając fajkę. Tym razem wszakże deresz Pierwszego Kapitana przemknął obok Perrina i pozostałych. Arganda wbijał pięty w boki zwierzęcia, zachęcając je do przyspieszenia. Gdy Aybara zobaczył, dokąd mężczyzna zdąża, zrozumiał jego zachowanie. Pojedynczy jeździec na ciemnosiwym wierzchowcu nadjeżdżał kłusem od wschodu, obok konia sunął zaś na śnieżnych rakietach niewiadomej płci przedstawiciel nacji Aielów.
8
Zawirowania koloru
Przylgnąwszy do karku Steppera, Perrin pędził za Argandą. Śnieg był tu nie mniej głęboki, podłoże równie zmarznięte, jak wszędzie, światło bynajmniej nie lepsze, a jednak Stepper galopował wśród cieni, gdyż wyraźnie nie miał ochoty pozwolić dereszowi na prowadzenie, a i Aybara dodatkowo go popędzał do szybszego biegu. Nadjeżdżającym jeźdźcem okazał się Elyas, mężczyzna o gęstej, smaganej wiatrem, sięgającej piersi brodzie, w kapeluszu o szerokim, zacieniającym mu twarz rondzie i długim do ud, obszytym futrem płaszczu. Jego towarzyszką okazała się jedna z aielskich Panien Włóczni, z ciemną shoufą spowijającą głowę i w białym płaszczu, dzięki któremu stawała się niemal niewidoczna na tle śniegu. Pod płaszczem nosiła kaftan i spodnie w odcieniach szarości, brązu i zieleni. Przybycie tych dwojga — Elyasa i jednej tylko Panny — oznaczało odnalezienie Faile. Musiało to oznaczać!
Arganda odważnie poganiał konia, nie dbając ani o kark deresza, ani o własny. Przeskakiwał kamienne odkrywki, rozpryskując śnieg niemal w galopie, Stepper wszakże dogonił go, jeszcze zanim Pierwszy Kapitan dotarł do Elyasa. Choć to Arganda spytał gromkim głosem:
— Widziałeś królową, Machera? Czy żyje? Odpowiedz mi, człowieku!
Panna Włóczni, imieniem Elienda, kobieta o ogorzałej od słońca, pozbawionej wyrazu twarzy, wyciągnęła rękę do Perrina. Gest ten mógł oznaczać pozdrowienie lub sympatię, jednak kobieta ani na chwilę się nie zatrzymała. Skoro Elyas miał przedłożyć sprawozdanie Perrinowi, ona swoje przedstawi Mądrym.
— Znalazłeś ją? — Nagle Aybarze straszliwie zaschło w gardle. Tak długo na to czekał. Arganda warknął bezgłośnie przez stalowe pręty przyłbicy swego hełmu; wiedział, że Perrin nie pyta o Alliandre.
— Znaleźliśmy Shaido, za którym podążamy — odparł Elyas rozważnie, obie ręce trzymając na łęku swojego siodła. Nawet Elyas Machera, sławny Długi Kieł, który żył i biegał z wilkami, wyglądał na zmęczonego z powodu przebytych mil i niedostatecznej ilości snu. Od znużenia obwisła mężczyźnie skóra policzków, a jego zły stan podkreślały złotożółte błyski w oczach widocznych pod rondem kapelusza. Siwizna pstrzyła jego gęstą brodę i włosy, które wisiały mu aż do talii, związane przy karku skórzanym rzemieniem, i po raz pierwszy, odkąd Perrin go znał, Elyas wyglądał naprawdę staro. — Rozbili się obozem wokół miasta sporego rozmiaru, które przejęli, na wyżynie blisko czterdzieści mil stąd. Nie mają tam wartowników, przynajmniej nie ma ich nigdzie w pobliżu, a ci dalsi jawnie pilnują więźniów, którzy zapewne niejeden raz starali się uciec, więc udało nam się podejść na tyle blisko, by im się dobrze przyjrzeć. Ale, Perrinie, Shaido Aiel jest tam więcej, niż sądziliśmy. Co najmniej dziewięć albo dziesięć szczepów, jak twierdzą Panny Włóczni. W każdym razie, licząc gai’shain — ludzi w bieli — w tym obozie może być nawet tyle osób, co w Mayene albo w Ebou Dar. Nie wiem, ilu jest włóczników, ale wydaje mi się, że widziałem z dziesięć tysięcy wojowników.
Aybarę ogarnęła desperacja, a jego żołądek skręcił się i ścisnął. W ustach miał tak sucho, że nie potrafiłby się odezwać, nawet gdyby Faile w cudowny sposób zjawiła się właśnie przed nim. Dziesięć tysięcy algai’d’siswai, a nawet tkacze, złotnicy i starcy, którzy spędzali dni w cieniu na wspomnieniach, w razie ataku podnieśliby włócznie. Perrinowi towarzyszyło jedynie niecałe dwa tysiące lansjerów, którzy mieliby małe szanse nawet przeciw dwóm tysiącom Aielów. Mniej niż trzystu ludzi z Dwu Rzek, którzy mogliby w pewnej odległości zrobić małe spustoszenie strzałami ze swoich łuków, jednak nie powstrzymaliby dziesięciu tysięcy przeciwników. Tak wielu Shaido poszatkowałoby morderczą hałastrę Masemy niczym kot rozbijający w pył mysie gniazdo. Nawet licząc Asha’manów, Mądre i Aes Sedai... Edarra i inne Mądre nie były zbyt hojne w swoich opowieściach o Mądrych, Aybara wiedział wszak, iż w dziesięciu szczepach może być z pięćdziesiąt kobiet potrafiących przenosić Moc, a może nawet więcej. Chociaż może i mniej — nie istniała ustalona liczba — lecz na pewno było ich sporo.
Perrin z wysiłkiem zdławił i ścisnął szarpiącą go rozpacz, aż niemal całkowicie zniknęła, a jej miejsce znów zastąpił gniew. Gniewem można było pokonać nawet rozpacz. Dziesięć szczepów czy cały klan Shaido, ci ludzie mieli Faile, więc Aybara musiał znaleźć sposób jej odbicia.
— Jakie znaczenie ma ich liczba? — spytał Aram. — Kiedy do Dwóch Rzek przyszły trolloki, były ich tysiące, dziesiątki tysięcy, a my ich pozabijaliśmy. Shaido na pewno nie są gorsi od trolloków.
Perrin zamrugał, zaskoczony, że ten mężczyzna znajduje się tuż za nim. Przybyli też Berelain, Gallenne i Aes Sedai. Pragnąc jak najszybciej dotrzeć do Elyasa, Aybara zupełnie nie zważał na innych. Ledwie widoczni wśród drzew, ludzie sprowadzeni przez Argandę na konfrontację z Masemą nadal stali w nierównych szeregach, jednak straż przyboczna Pierwszej z Mayene utworzyła luźny krąg wokół Elyasa. Twarzami ludzie ci zwrócili się na zewnątrz. Mądre stały poza kręgiem i z poważnymi obliczami słuchały Eliendy, która przemawiała niegłośnym szeptem, co rusz potrząsając głową. Najwyraźniej, podobnie jak Elyas, oceniała sprawy jako beznadziejne. W pośpiechu Aybara najprawdopodobniej zgubił kosz lub go odrzucił, gdyż zwisał on teraz z siodła Berelain. A na twarzy Pierwszej z Mayene dostrzegł osobliwe spojrzenie... Czy mogło oznaczać sympatię? Niech sczeźnie, z powodu zmęczenia nie myślał logicznie. A przecież właśnie teraz bardziej niż kiedykolwiek powinien się skupić i wymyślić coś sensownego. Jego następna pomyłka może być ostatnią — dla Faile.
— Z tego, co słyszałem, Druciarzu — odparł cicho Elyas — trolloki przyszły do was, do Dwu Rzek, a wy zdołaliście je wyłapać podstępem. Przychodzi ci do głowy jakaś cudowna pułapka w związku z Shaido Aiel?
Aram popatrzył na niego posępnie. Elyas poznał Arama, zanim tamten zaczął władać mieczem i choć nadal nosił jaskrawe ubrania, nie lubił, by mu przypominać tamte czasy.
— Dziesięć szczepów czy pięćdziesiąt — warknął Arganda — musi istnieć sposób uwolnienia Królowej. I innych... ma się rozumieć. Innych także. — Jego zawzięta twarz zmarszczyła się w gniewną, nachmurzoną minę, jednak mężczyzna przede wszystkim wydzielał zapach szaleństwa, przywodzący na myśl lisa, który gotów jest odgryźć sobie łapę, byle tylko wyrwać się z sideł. — Czy oni... czy przyjmą okup? — Ghealdanin rozglądał się przez moment, aż dostrzegł Marline, przechodzącą między żołnierzami Skrzydlatej Gwardii. Mimo śniegu kobieta stawiała wielkie kroki, ani na moment nie tracąc równowagi. Innych Mądrych nie było już widać wśród drzew, zniknęła również Elienda. — Czy ci Shaido przyjmą okup... Odpowiedz, Mądra? — Grzecznościowy ton Argandy brzmiał nieco sztucznie. Mężczyzna nie wierzył już, że towarzyszący im Aielowie wiedzieli cokolwiek o porwaniu, lecz zachowywał jeszcze resztki szacunku.