Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Nevarin potrząsnęła głową z oburzeniem, a Carelle zaśmiała się niczym w reakcji na jakiś wspaniały żart. Wszystkie Mądre najwyraźniej uznały, że więcej słów nie potrzeba. Otrzymały polecenie słuchania Perrina, ale ich pojęcie posłuszeństwa bardzo się różniło od jego poglądów na tę kwestię. Prędzej jednak świniom wyrosną skrzydła, niż Aybara otrzyma lepszą odpowiedź od Mądrych.
Mógłby to przerwać. Wiedział, że powinien. Bez względu na to, co zaplanowały Mądre, spotkanie tak daleko od obozu Masemy, który zapewne do tej pory wiedział już, kto ukradł mu seanchański dokument, przypominało nadzieję wyrwania ręki z kowadła, zanim opadnie na nią młot. Berelain niemal z równą niechęcią, co Mądre, podchodziła do wypełniania rozkazów. Perrin sądził jednak, że kobieta prawdopodobnie go posłucha, gdy wprost wyda jej polecenie wycofania się do obozowiska. Tak uważał, ponieważ mimo zapachów, które wydzielała, była osóbką upartą. Pozostanie w tym miejscu łączyło się z nonsensownym ryzykiem i Aybara był przekonany, że potrafiłby przekonać o tym Pierwszą z Mayene. Z drugiej strony nie chciał uciekać przed tym człowiekiem. Coś mu mówiło, że zachowuje się jak głupiec. Miał w sobie wprawdzie sporo gniewu, starał się jednak nad nim zapanować. Aram stanął przy nim, groźnie łypiąc, ale przynajmniej nie wyciągnął miecza. Wymachiwanie mieczem mogłoby się okazać zarzewiem konfliktu, a przecież czas na konfrontację z Masemą jeszcze nie nadszedł. Perrin położył dłoń na toporku. Nie, jeszcze nie.
Mimo ostrych promieni światła, które przebijały się przez gęste korony drzew, cały las spowijały przyćmione, wczesnoporanne cienie. Zresztą było tu ciemnawo nawet w południowej godzinie. Najpierw Aybara usłyszał dźwięki — stłumiony w śniegu odgłos galopujących kopyt, ciężki oddech popędzanych koni — dopiero później pojawiła się grupka jeźdźców: niezorganizowany tłumek, mimo śniegu i zmarzniętej ziemi sunący niemal cwałem na północ wśród ogromnych drzew. Liczba kawalerzystów zdecydowanie przekraczała wspomnianą setkę, a mogło być ich nawet dwa lub trzy razy tyle. Jeden z koni upadł właśnie z rżeniem, przyduszając dosiadającego go mężczyznę, jednak żaden z pozostałych wierzchowców nawet nie zwolnił. Dopiero mniej więcej siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt kroków dalej prowadzący grupę jeździec podniósł rękę i nagle wszyscy ściągnęli wodze spienionych, dyszących ciężko i wyrzucających z pysków kłęby pary koni, których kopyta wzbijały w powietrze obłoki wirujących drobin śnieżnych. Ten i ów żołnierz uniósł lancę do pionu. Większość nie nosiła żadnej zbroi, jedynie napierśnik czy hełm, a jednak z ich siodeł zwisały miecze, topory i maczugi. Snopy słonecznego światła rozjaśniły niektóre twarze ponurych mężczyzn o stanowczych spojrzeniach. Ci ludzie wyglądali, jakby nigdy się nie uśmiechali i nie potrafili tego robić.
Perrinowi przemknęło przez myśl, że może popełnił błąd, gdy nie zabronił Berelain wycieczki. Nieprzemyślane decyzje wyzwalały w nim wściekłość. Wszyscy wiedzieli, że Pierwsza z Mayene często wyjeżdża na poranne przejażdżki, Masema zaś mógł zdecydować się na próbę odzyskania swojego seanchańskiego dokumentu. A walka w tym lesie — nawet z pomocą Aes Sedai i Mądrych — może się szybko zmienić w zwykłą, krwawą jatkę, podczas której mężczyźni i kobiety zginą, nie widząc nawet, kto ich zabił. Jeśli ataku nie przeżyje żaden świadek, zawsze można zrzucić wówczas winę na anonimowych bandytów lub nawet na Shaido Aiel. Bywało już tak wcześniej. Jeżeli zaś zostaną świadkowie, Masema chętnie powywiesza kilka tuzinów własnych ludzi, twierdząc, że ukarał winnych. Prawdopodobnie pragnął wszakże pochwycić jego, Perrina Aybarę, żywcem i przez jakiś czas zachować go przy życiu, może zatem nie spodziewał się obecności Mądrych albo większej liczby Aes Sedai. Życie ponad pięćdziesięciu osób zawisło nagle na cieniutkim włosku. A życie Faile na jeszcze cieńszym. Perrin chwycił toporek przy pasie. Stojąca obok Aybary Berelain wydzielała zapach chłodnego spokoju i lodowatej determinacji. Nie było w niej strachu. Dziwne! Zupełnie żadnego strachu. Aram natomiast pachniał... ekscytacją.
Dwie grupy stały, obserwując się nawzajem w milczeniu, aż w końcu wyjechał naprzód Masema w towarzystwie zaledwie dwóch mężczyzn; wszyscy trzej odrzucili kaptury z głów. Żaden nie nosił hełmu ani jakiejkolwiek części zbroi. Jadący obok Proroka Nengar i Bartu podobnie jak on byli Shienaranami, ale tak jak i on całkowicie zgolili czuby, a ich łyse głowy przywodziły na myśl trupie czaszki. Przybycie Smoka Odrodzonego złamało wszelkie więzi, łącznie z tymi, które zobowiązywały tych ludzi do walki z Cieniem na terenach wzdłuż Ugoru. I Nengar, i Bartu nosili jeden miecz na plecach, drugi zaś zawieszony przy łęku siodła, a Bartu, niższy od swoich towarzyszy, wiózł także przy siodle krótki łuk w futerale i kołczan ze strzałami. U Masemy Perrin nie dostrzegł żadnej broni. Prorok Lorda Smoka Odrodzonego żadnej nie potrzebował. Aybara ucieszył się, widząc, że Gallenne przypatruje się pozostawionym przez Masemę ludziom, ponieważ było coś w Proroku, co przyciągało spojrzenia wszystkich. Może wystarczała sama wiedza, kim ten człowiek jest.
Masema zatrzymał swego smukłego, cisawego wierzchowca kilka kroków od Perrina. Prorok był średniego wzrostu mężczyzną o ciemnawej cerze, na czole zawsze miał marsa i wyblakłą, białą bliznę w kształcie strzały. Nosił zniszczony brązowy, wełniany płaszcz i ciemny kaftan o postrzępionych brzegach, nie dbał bowiem o wygląd, przynajmniej o własny. Idący za nim Nengar i Bartu popatrywali rozpalonymi oczyma, jednak przy ich głęboko osadzonych, prawie czarne oczy Masemy wydawały się gorące jak węgle w kuźni, które za moment wiatr rozdmucha w ogień, zapach Proroka zaś był wyraźnie metaliczny i kojarzył się prawie z obłąkaniem. Masema z nieukrywaną pogardą zignorował Mądre i Aes Sedai. Mądre uważał za istoty jeszcze gorsze od Aes Sedai, gdyż nie tylko bluźniły, przenosząc Jedyną Moc, lecz w dodatku wywodziły się spośród dzikiego narodu Aielów, więc grzeszyły podwójnie. Żołnierzy Skrzydlatej Gwardii z kolei traktował z lekceważeniem, niczym rzucane przez drzewa cienie.
— Urządziliście sobie piknik? — spytał, zerkając na koszyk wiszący u siodła Perrina. Zazwyczaj głos Proroka dorównywał intensywnością jego spojrzeniu, teraz wszakże brzmiała w nim lekka drwina, a mężczyzna wydął wargi, gdy przeniósł wzrok na Berelain. Słyszał oczywiście pogłoski.
Fala wściekłości ogarnęła ciało Aybary, jednak powstrzymał się przed wybuchem i narzucił sobie spokój. Zdusił złość, mocno ją zdławił. Jego gniew miał bowiem jeden tylko cel i Perrin nie powinien go zmarnować na innych przeciwników. Stepper pojął nastrój swego jeźdźca i obnażył zęby, patrząc na wałacha Masemy. Aybara szybko zapanował nad koniem.
— W nocy biegły tędy Psy Czarnego — oznajmił nieco jeszcze nerwowym, lecz już niemal opanowanym tonem. — Odeszły i Masuri twierdzi, że nie wrócą, więc nie ma potrzeby się martwić.
Masema nie wydzielał zapachu przywodzącego na myśl zmartwienie. Nigdy zresztą nie pachniał niczym oprócz wściekłości. Cisawy szarpnął ostro głową w stronę Steppera, na szczęście Prorok powstrzymał zwierzę natychmiastowym szarpnięciem. Był dobrym jeźdźcem, chociaż konie traktował z tą samą szorstkością co ludzi.
Po raz pierwszy popatrzył na Masuri. Jego spojrzenie stało się chyba jeszcze gorętsze, o ile było to w ogóle możliwe.
— Cień można znaleźć wszędzie — oznajmił, wypowiadając podnieconym głosem tę bezsporną prawdę. — Nikt nie musi bać się Cienia, który podąża za Lordem Smokiem Odrodzonym, niech Światłość opromienia jego imię. Nawet w śmierci znajdą oni ostateczne zwycięstwo Światłości.