Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
– Więc?
– Ja, Genno Laskolnyk – zaczął cichą recytację – generał Pierwszej Armii Konnej, przysięgam, że znajdę im inną drogę na Wyżynę Lytherańską. Taką, której nikt się nie spodziewa. Dla kobiety, która marzyła, żeby znów pojechać w karawanie i która z garnkiem zupy stanęła przeciw pięciu uzbrojonym bandytom. Przysięgam na grzywę Laal Czarnej Klaczy. Słyszałaś, Kailean? Jesteś Meekhanką i na wpół adoptowaną córką Verdanno. Nikt nie byłby lepszy na świadka.
– Słyszałam, kha-dar.
– Dobrze. Więc zostało usłyszane.
Laskolnyk odwrócił się i odszedł. Dopiero po chwili poczuła ciągnący się za nim swąd krwi i spalonego mięsa.
Każdy sam niesie swój kamień.
I wszystko, co się z nim wiąże.
Oto nasza zasługa
Niebo było jeszcze ciemne, a od gór wiał zimny, przenikliwy wiatr, gdy Derwan wyszedł przed zajazd. Poprawił półkożuszek, chuchnął w zgrabiałe dłonie, roztarł je energicznie. Marzł. Zima wciąż jeszcze nie chciała odejść, przypominała o sobie zwłaszcza w noce takie jak ta, srebrzące szronem okolicę, a ten stary sknera Omeral nie pozwalał palić w piecu częściej niż raz dziennie, więc wygrzebanie się z łóżka bladym świtem zawsze było sporym wyzwaniem.
Rankiem obowiązki miał proste – nakarmić zwierzęta w oborze, przynieść drew z szopy, rozpalić w kuchennym piecu i nastawić wodę na kaszę. Wszystko musiało być gotowe, zanim reszta mieszkańców wstanie. Taki już los najmłodszego parobka w zajeździe.
Dwie krowy i cztery kozy nie wymagały zbyt wiele pracy, trochę siana i wiadro wody w zupełności im wystarczały, drewno było narąbane, a studnia niezbyt głęboka. Zazwyczaj wszystko zajmowało mu niespełna kwadrans.
Podniósł wzrok, lustrując uważnie ścianę gęstego lasu, który mimo że oddalony o ponad pół mili, bez przerwy budził w nim nieokreślony niepokój. Derwan nie lubił tego lasu, unikał go w dzień, bał się nocą, a największy lęk odczuwał zawsze o tej właśnie godzinie, tuż przed wschodem słońca. Może dlatego, że wtedy las wyglądał szczególnie groźnie, niczym wielka, mroczna bestia, która rozłożyła się u stóp potężnych olbrzymów, gotowa w każdej chwili rzucić mu się do gardła.
Nad lasem – wydawało się, że ledwo o rzut kamieniem – wisiały Olekady. Wisiały pochylone w przód, mroczne i niedostępne. Dzikie szczyty, czarne na tle różowiejącego nieba, wyglądały jak fragment dekoracji w wielkim teatrze cieni. Za godzinę, gdy zrobi się jaśniej, objawią swoje kształty, pogrożą światu popękanymi, skalnymi obliczami, zadrwią z wiosny białymi czapami, pokażą szczerby przełęczy, niby łagodnych, a równie nieprzebytych jak pionowe urwiska.
Ziewnął szeroko. Właściwie lubił te poranne chwile. Żadnego pokrzykiwania, poszturchiwania i ciągłego gonienia do roboty. Mógł pracować w takim tempie, jak mu było wygodnie, i nikt nie robił mu z tego powodu wyrzutów. Mógł zatrzymać się, kiedy chciał, rozejrzeć po jaśniejącym niebie, ogrzać dłonie przy rozpalanym piecu. Przez chwilę mógł sobie wyobrażać, że tylko on został w zajeździe, że trójka pozostałych parobków, stary Omeral oraz jego mrukliwa, złośliwa żona znikli, wynieśli się, zostawiając go samego. Wtedy mógłby być szczęśliwy i nawet zatęchła kasza omaszczona kilkoma skwarkami lepiej by mu smakowała.
Ziewnął raz jeszcze i ruszył do obory. Stojąc w jej drzwiach i ignorując niecierpliwe pomrukiwanie krów, rzucił okiem na drogę, do której przytulił się zajazd.
Dwadzieścia cztery stopy szerokości i czterysta dwanaście mil długości. Tyle liczył trakt zaczynający się u stóp Gór Krzemiennych, przecinający Wyżynę Godeńską, Loven, Law-Onee, by skończyć się w Dulewey, u wschodniego krańca Ansar Kirreh. Praca, włożona w zbudowanie tej drogi, przekraczała ludzkie pojęcie, Meekhańczycy nie uznawali bowiem istnienia czegoś takiego jak przeszkody naturalne. Gdyby ktoś wytyczył linię wzdłuż traktu, okazałoby się, że na całej swojej długości droga odbija od idealnej prostej o mniej niż pół mili. I to raczej z powodu błędu pomiarów niż ustępstw na rzecz natury. Wzgórza, jeśli uznano, że są zbyt strome, przekopywano, rzeki przeskakiwano mostami, osuszano bagna, zasypywano jeziora i przerąbywano się przez mroczne lasy.
Derwan wiedział, od kupców wędrujących wzdłuż wschodnich prowincji, jak wygląda cały trakt, wiedział też, jak go budowano, ale i tak ledwo potrafił sobie to wyobrazić. Olbrzymie armie robotników, ryjących niczym mrówki bliznę na obliczu świata. I to całymi latami. Ale zanim tu trafił, mieszkał w pobliżu kamieniołomu, skąd czerpano budulec, i na własne oczy widział, że wszystkie opowieści o uporze południowców były prawdą. Tylko oni mogli coś takiego zrobić – wyrwać, wydrapać połowę góry, a potem przenieść ją na nowe miejsce i położyć na ziemi w postaci kamiennych płyt. Zawsze, gdy wchodził na drogę, doznawał niemal mistycznego uczucia, że oto stąpa po górach, ludzką mocą sprowadzonych do poziomu gruntu. I to tylko po to, żeby mogli handlować.
Bo handel był krwią Imperium, a drogi – jego żyłami. Kiedy nadchodziła późna wiosna, późne lato i jesień, gdy sady i winnice uginały się od owoców i gdy tradycyjnie zbliżał się czas bicia zwierząt, na drogach Meekhanu pojawiały się dziesiątki tysięcy kupieckich wozów. Zima i wczesna wiosna, tak jak teraz, były okresem spowolnienia, gdy mniej kół turkotało po drogach. To wtedy, w takich małych zajazdach jak ich, przychodził czas zaciskania pasa. Kupcy zajeżdżali teraz nieregularnie albo wcale.
Krowy powitały go łagodnym muczeniem. Napełnił im żłób, rzucił trochę siana niecierpliwie meczącym kozom i uzupełnił wodę w poidłach. Siano też się kończyło. Jeden z pachołków, pracujący tu dłużej od niego, twierdził, że zajazd od początku wybudowano bez pomyślunku. Do znajdującego się na południu Blercg było dziewięć mil, do leżącego na północy Valener – dziesięć. Kupiecki wóz, jadąc po imperialnym trakcie, bez problemów robił dwadzieścia mil dziennie. Jak łatwo wyliczyć, większość przemierzała drogę między dwoma największymi miastami Law-Onee bez konieczności zatrzymywania się na nocleg. W ich zajeździe stawali zatem ci kupcy, których stać było tylko na jednego konia, woleli więc nie ryzykować, że padnie im po drodze, lub wędrujący pieszo drobni rzemieślnicy, handlarze taszczący na grzbiecie dorobek całego życia, kuglarze i artyści czy inna hołota. Mimo wszystko było ich przez większość roku tak dużo, że nikt w zajeździe nie głodował ani nie narzekał na brak pracy.