Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 152
Перейти на страницу:

Szarpnęła wodze jeszcze raz, ostrzej, i wyprowadziła konia na brzeg. Strumyk ciurkał dnem niewielkiej dolinki, zaraz za nim zaczynał się las. Gęstszy niż poprzedni. Jak tak dalej pójdzie, będą musiały wędrować pieszo.

Do tej pory jakoś udawało im się utrzymywać kierunek. Laiwa zdawała się znać w okolicy każde przejście, wskazywała im czasem trasę, jakiej samej z pewnością by nie wybrały, jakiś parów, wąwóz, koryto strumienia, ścieżkę wydeptaną przez zwierzęta, które wyprowadzały je na kolejny odcinek utwardzonej drogi. Lecz im bardziej oddalały się od zamku, tym bardziej ich wędrówka stawała się chaotyczna. Przez ostatnią godzinę wędrowały na północ, zamiast na północny wschód, w pewnej chwili nawet zawróciły w stronę, z której przyjechały. To nie wróżyło dobrze.

Kailean odwróciła się w siodle i spojrzała na arystokratkę, która siedziała ze spuszczoną głową.

– Gdzie teraz?

Blada ręka uniosła się, wskazując północ. Nadal północ.

– Jeszcze z pół mili i będziemy musiały się zatrzymać. Nie zaryzykuję nocnej wędrówki po tym lesie.

– Ścieżka – ochrypły szept był ledwo zrozumiały. – Na lewo.

Kailean podjechała we wskazanym kierunku. Rzeczywiście, kilkanaście kroków dalej drzewa jakby się przerzedzały, a między pożółkłymi, zeszłorocznymi paprociami wiła się wąska ścieżka.

– Jak daleko nas zaprowadzi? Konie potrzebują odpoczynku.

– Milę. Potem szałas smolarzy.

Zagłębiły się w las. Najpierw Kailean, za nią Laiwa, kolumnę zamykała Daghena.

Ależ z nas dziwna trójka, pomyślała Kailean. Trzy różne konie, trzy różne rzędy, trzy różne kobiety. Ledwo uzbrojone, niemające żadnego wyposażenia ani zapasów, wędrujące tuż przed nocą dzikim lasem. Pięknie. Gdyby Laskolnyk wiedział, że tak to się skończy, skopałby nam tyłki.

Lecz w końcu z zamku zabrały tylko to, co najcenniejsze, własne głowy na karku, cała reszta – zwierzęta i ekwipunek – to już była sprawa drugorzędna i dzieło przypadku. Więc teraz jechała na małym górskim koniku, długowłosym i długogrzywym, siedząc w siodle przeznaczonym na znacznie większe zwierzę. Mimo zapięcia popręgu na ostatnią dziurkę miała nieprzyjemne wrażenie, że zaraz okręci się i zawiśnie głową w dół. Ich przewodniczka dosiadała szerokogrzbietego, ciężkiego konia pociągowego, który całe życie służył przy wozie i w którego przypadku chyba tylko wrodzona flegma sprawiała, że nie wierzgał i nie próbował zrzucić jeźdźca. Damskie siodło założone na grzbiet musiało go wprawiać w nieliche zakłopotanie. Najlepiej prezentowała się Dag. Podarowany jej przez Aeryha wierzchowiec szlachetnej krwi wyglądał znakomicie, a stylizowany na wojskowy rząd nadawał mu dumny i bojowy wygląd.

Przynajmniej na razie. Kailean oceniała, że z trójki ich koni ten odpadnie pierwszy. Był stworzony do wyścigów, szarż na wroga, paradowania z grzywą zaplecioną w warkoczyki i przewiązaną aksamitem. Wędrówka po górskich wertepach złamie go wcześniej niż konia roboczego czy jej kuca, który w końcu po to się urodził.

Pochyliła się w siodle.

– Uwaga, gałąź.

I tak miały szczęście, że wyrwały ze stajni te trzy zwierzęta. Z chaosu, rzezi i krwi.

Jak oceniała, po trwającej pół nocy i cały dzień wędrówce oddaliły się od zamku o dobre czterdzieści mil, może trochę więcej. Zostawiły za sobą śmierć i szaleństwo, trupy na murach i dziedzińcu, dziwaczną Moc szalejącą po korytarzach, cienie skaczące po ścianach. I Sainhę Gemhel, która przeciwstawiła napastnikom własne umiejętności i która osłaniała ich ucieczkę, krzycząc:

– Zabierzcie panienkę! Zabierzcie ją do savhoren.

Gdyby nie zaatakowano ich wtedy, wszystko mogło się potoczyć inaczej. Być może napastnicy skierowali się ku jedynemu oknu, w którym płonęło światło, a może przyciągnęła ich Moc zgromadzona w tej komnacie, nieważne. Ważne, że nagle szyba rozprysła się na kawałki, wlatując do środka razem z większością futryny, w następnej chwili przeciąg zdmuchnął świece i w ciemnościach nie były już same.

Przez dziurę po oknie wpadło ich dwóch, bogowie wiedzą, jakim cudem wspięli się po murze, i od razu rzucili się na służącą. Gdyby nie Berdeth, z którym była połączona, Kailean najpewniej zobaczyłaby tylko rozmazane cienie, bo intruzi przebyli odległość od okna do Sainhy szybciej, niż wydawało się to możliwe. Dopiero później, wspominając to, co zaszło, stwierdziła, że oni wcale nie poruszali się z jakąś niedostępną dla zwykłych śmiertelników prędkością, lecz najwyraźniej ciągnęli za sobą mgliste smugi, jakby ich ciała parowały, zostawiając w powietrzu cieniste powidoki. Moc Sainhy wyskoczyła im naprzeciw, oplotła się wokół, zgęstniała. To ich spowolniło na tyle, żeby rozpoznać szczegóły, szare stroje, szare kaptury, długie, wąskie ostrza w rękach. Uderzyli w osłonę służącej w chwili, gdy Kailean i Daghena włączyły się do gry.

Do licha, do tej pory, gdy o tym myślała, próbowała znaleźć jakieś sensowne wyjaśnienie, ale najbliższe prawdy było to, że kierował nimi instynkt. W atakujących było coś nieludzkiego, jakaś rysa, skaza w ruchach, w sposobie ułożenia ciała, coś, co wrzeszczało „niebezpieczeństwo”. W krzyku, który usłyszały chwilę przed atakiem, czaiła się śmierć.

Napastnicy przełamywali obronę Sainhy, a smugi jasnych czarów przegryzały się przez jej ciemne pasma jak rozżarzone węgle przez blok lodu. Szare klingi dzieliło już tylko kilka stóp od jej gardła.

Kailean sięgnęła po siłę i szybkość Berdetha, a on poddał się jej bez sprzeciwu. Zeskoczyła ze stolika, złapała za blat, zakręciła się na pięcie i rzuciła meblem w najbliższego napastnika. Stolik ważył jakieś pięćdziesiąt funtów i uderzył mężczyznę w plecy z taką siłą, że ten zrobił dwa kroki do przodu i padł na kolana, a otaczające go jasne pasma przygasły, natychmiast pochłonięte przez ciemność.

Zasyczał – Kailean do tej pory miała ciarki na grzbiecie, wspominając ten odgłos – i próbował się podnieść. A wtedy drugiego z atakujących obsypała garść paciorków.

Daghena zerwała rzemień jednego ze swoich wisiorków, zsunęła kamyki i muszelki na dłoń i cisnęła nimi przed siebie. Zabójca zatańczył, jakby nagle zaatakował go rój szerszeni. Zamiast spaść na ziemię, paciorki przykleiły się do niego, wgryzły w ubranie i ciało, swąd palonego mięsa wypełnił komnatę. Mężczyzna szarpnął się, próbując zerwać je z siebie, okręcił wokół i wtedy Dag doskoczyła i dwa razy walnęła go w głowę lusterkiem w srebrnej oprawie.

Besara miała rację, w toaletce damy znajdowało się mnóstwo przydatnych do obrony przedmiotów.

Drugi z napastników zasyczał raz jeszcze, a potem zacharczał, zarzęził, w miarę jak własny nóż wbijał mu się w gardło. Wygiął się w tył, próbując odsunąć od ostrza, którego nie był w stanie puścić. Kailean spojrzała uważnie, ciemne pasma wniknęły w jego ciało i wypełniły je niemal w całości. Odwróciła wzrok.

Daghena podniosła jeden z noży drugiego z zabójców, przyszpiliła go nim do posadzki, wyrwała klingę z ciała i spokojnie wytarła o szaty zabitego. I ten prosty gest odarł ją z całej „książęcości”, znów była Dagheną Oanyter z plemienia Hearysów, jej towarzyszką z czaardanu. Udawanie dobiegło końca.

Wymieniły dzikie uśmiechy. Taką grę znały dużo lepiej.

Dag rzuciła jej broń i ruszyła do swoich kufrów. W czasie gdy wytrząsała ich zawartość na posadzkę, Kailean przyjrzała się ostrzu. Właściwie wyglądało jak półmiecz albo bardzo krótki kord, klinga długa na piętnaście cali i mały jelec, wszystko w niezwykłym kolorze ciemnej szarości, choć ciężar sugerował, że to zwykła, solidna stal. Na razie musi wystarczyć.

1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)