Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Charkot drugiego zabójcy umilkł, ciało bezwładnie uderzyło o posadzkę, z nożem niemal po rękojeść wepchniętym w gardło.
Kailean spojrzała na Sainhę, kobieta miała kamienną twarz, oczy spokojne, dłonie nieporuszone. Zupełnie jakby to, co zaszło, jej nie dotyczyło. Dag pojawiła się z boku, obwieszona paciorkami, muszelkami, kośćmi i piórami. Wyglądało na to, że zabrała w podróż znacznie więcej niż tylko „parę drobiazgów”.
Gdzieś w zamku ktoś rozkrzyczał się głosem pełnym obłędnego przerażenia.
– Co dalej?
– Chodźcie ze mną, jeśli chcecie żyć – powiedziała służąca.
* * *
Ścieżka wyprowadziła je na niewielką polankę, na której środku stała dziwaczna konstrukcja, coś między niską chatką a przerośniętym szałasem. Kailean zatrzymała się, wciągnęła głęboko powietrze. Zrobiła to tak naturalnie, jakby węch stanowił jej podstawowy zmysł od chwili urodzin. Mech, wilgotna ziemia, butwiejące drewno, słaby zapach lisa. Żadnych ludzi od bardzo długiego czasu.
Dała znać i Daghena wyjechała z krzaków, ciągnąc konia Laiwy za uzdę. Pora na odpoczynek.
Najpierw sprawdziły dokładnie szałas. Dwa posłania, podłoga wyłożona płaskimi kamieniami, wygasłe palenisko. I – Kailean prawie pisnęła z radości – zapas suchego drewna. Na otwartej przestrzeni nie ośmieliłyby się rozpalić ognia, ale wewnątrz budynku, z drewna leżakującego co najmniej od zeszłej jesieni, nie miały żadnych obiekcji.
Zaprzątnęły się koło koni. Tylko we dwie, bo Laiwa od ucieczki z zamku zachowywała się jak osoba, którą ktoś długo i solidnie walił po głowie. Patrzyła przed siebie nieruchomym wzrokiem z twarzą, z której znikły wszelkie oznaki życia. Na zadane pytania odpowiadała, jeżeli w ogóle odpowiadała, szeptem, bo te o napastników, kim byli, skąd się wzięli i czego chcieli, wydawały się do niej nie docierać.
Ale prowadziła ich szlakiem, którego same nigdy by nie znalazły.
Miały mało obroku dla koni – ledwo pół worka, który zgarnęły, wyjeżdżając ze stajni – i nic do jedzenia dla siebie. Ludzie wytrzymają kilka dni, żując tylko wczesnowiosenny szczaw, ale potem, zwłaszcza w górach, głód zacznie w błyskawicznym tempie wyciągać z nich siły. Lecz konie nie zajdą daleko z pustymi brzuchami i jeśli nie trafi się okazja zdobycia dla nich owsa, trzeba będzie zwierzęta rozkulbaczyć i wypuścić, mając nadzieję, że trafią w dobre ręce. Dotyczyło to zwłaszcza szlachetnego wierzchowca Dagheny i ciężkiego konia Laiwy, bo górski kucyk, którego dosiadała Kailean, już napełniał żołądek wczesną trawą. Przypomniała sobie żarcik, który mówił, że te konie są spokrewnione z kozami, zeżrą wszystko, wejdą wszędzie, tylko mleka nie dają. Istniała szansa, że oszczędzą na nim paszy. Gdy skończyły zajmować się wierzchowcami, Kailean wskazała Dag szlachciankę.
– Wprowadź ją do środka, rozpal ogień. Ja spróbuję zastawić kilka sideł.
Doświadczenie nabrane w czasie głodnego i chłodnego dzieciństwa mogło się przydać. Obeszła okolicę, wypatrując śladów po zajęczych ścieżkach, w zapadających ciemnościach nie było to łatwe, musiała się więc kierować węchem. W dwa kwadranse założyła kilkanaście wnyków. Jeśli dopisze im szczęście, będą miały jutro śniadanie.
W szałasie płonął ogień, Daghena siedziała na jednym posłaniu, Laiwa z zamkniętymi oczyma leżała na drugim.
– Śpi?
– Nie sądzę. – Dag pokręciła głową tak energicznie, że kościane wisiorki zagrzechotały głucho. – Zamyka się we własnym umyśle, ale ludzie w jej stanie rzadko zasypiają. Nie wiem, czy jutro zdoła się utrzymać w siodle.
Kailean miała już rzucić „to ją przywiążemy”, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Przywiążą, i co? Tylko Laiwa znała drogę do miejsca, którego szukały.
– Nie masz niczego, co postawiłoby ją na nogi?
– Nie. W domu znalazłabym odpowiednie zioła, poprosiła o pomoc plemienne duchy. Tutejszych roślin nie znam, a miejscowe duchy...
– No?
Daghena posłała jej zmęczony uśmiech.
– Ech, dziewczyno, to tak nie działa, nie rozglądam się i nie macham ręką, wołając „pódź tu ku mnie, pódź”. Czasem potrzeba wielu dni, by jakiś, nawet pomniejszy duch zechciał ci służyć. U miejscowych wyczuwam tylko irytację i gniew.
– Gniew? – Kailean zauważyła, że Dag bada jej twarz, błądząc spojrzeniem od góry do dołu. Wreszcie zapatrzyła jej się w oczy. – Czego się gapisz?
Gniew. To było dobre słowo na uczucia, które kierowały Kailean. Gniew na to, że wszystko poszło nie tak, że musiały przedzierać się przez te góry, że groził im głód, a ubrane były tylko w to, co miały na sobie w chwili ataku na zamek. Koszula nocna i lekka sukienka to za mało jak na tutejszą wiosnę. I jeszcze Daghena, która gapiła się na nią z dziwnym błyskiem w oku.
Pochyliła się nad nią i obnażyła zęby.
– Czego chcesz, pytam? – wywarczała.
– Babka mnie uczyła – ciemnowłosa dziewczyna opuściła wzrok – by nigdy nie patrzeć nieznanemu psu w oczy, bo one sądzą, że to wyzwanie. Jak długo jesteś połączona z Berdethem?
Gniew napęczniał jak naciskany wrzód.
– Co ci do tego?
– Obserwuję cię od popołudnia. Kailean, jeśli dwie dusze są połączone w jednym ciele, zaczynają się przeplatać, dlatego szamani i wiedźmy mojego plemienia bardzo rzadko i na bardzo krótko zapraszają duchy do środka. Bezpieczniej jest je trzymać w przygotowanych naczyniach. – Podniosła powoli dłoń i zagrzechotała bransoletą z muszelek. – Ty robisz to inaczej, twój pies porusza się swobodnie po świecie duchów, używając ciebie jak... palika, ogniska, punktu orientacyjnego w świecie żywych. Rozumiesz?
Kailean przechyliła głowę i uśmiechnęła się. Właściwie, jak się dobrze zastanowić, nie wszystko zrozumiała, ale słowa, ton, rytmika były uspokajające. Gniew zaczął opadać.
– Ale gdy się łączycie, gdy przez dłuższy czas używasz jego siły i szybkości, wasze dusze się przenikają. To jakbyś wlała do kielicha dwie ciecze, by utworzyły osobne warstwy. Po kilku dniach i tak się wymieszają. Rozumiesz?
Rozumienie było trudne, za to zachciało jej się pić.
– Pić mi się chce.
– Za chwilę. Od kiedy jesteście połączeni?
Musiała się zastanowić.
– Od walki w zamku. Nie, wcześniej, odkąd wyszłam po księgę.
– Czyli prawie całą noc i cały dzień. Przywołałaś go kiedykolwiek na tak długo?
– Nie. Ale teraz... trzeba.
– Kailean. Obserwuję cię przez pół dnia. Bez przerwy wąchasz powietrze, obracasz głowę na każdy szelest, tak szybko, że boję się, że skręcisz sobie kark, warczysz, szczerzysz zęby, marszczysz nos. Za kilka dni spróbujesz się lizać po tyłku i okolicach. Wypuść go. Natychmiast.
Westchnęła. Może ma sobie jeszcze rękę odgryźć, co? Obnażyła zęby i zawarczała. A potem, gdy dotarło do niej, co próbuje robić, sięgnęła w głąb i przywołała ducha psa.
I w tej chwili świat zaczął się kręcić, aż musiała usiąść na podłodze. Ten dysonans, gdy zalały ją dwa różne, przeciwstawne uczucia, pragnienie wydania z siebie gniewnego warkotu, jednoczesnego ukrycia twarzy w dłoniach i rozpłakania się. Skomlenie, które w rezultacie wyrwało się jej z ust, było zbyt zwierzęce, by mogła dalej lekceważyć słowa Dagheny.
Berdeth? Pojawił się, równie skonfundowany jak ona. Równie zagubiony i zmieszany. Jeśli ona dostała jego odruchy, siłę, szybkość i instynkt, to co dała mu w zamian? Czy dla psa ludzkie wspomnienia i emocje były nieopisanym chaosem niezrozumiałych lęków i dziwacznych radości? W czasie walki wszystko było proste, walka jest zrozumiała nawet dla najlichszych stworzeń, ale potem? Ich dusze przeplotły się ze zdumiewającą łatwością.