Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 210
Перейти на страницу:

Ka­ile­an pa­trzy­ła. Na gry­mas na twa­rzy Krwa­we­go Ka­hel­le, na złe spoj­rze­nie Bły­ska­wi­cy, gniew­ny, od­ru­cho­wy gest Kor’bena Ol­he­wa­ra. I wszyst­ko to wy­ce­lo­wa­ne było w Uwa­re. Zer­k­nę­ła na La­skol­ny­ka. Czy on też wi­dział ten kon­flikt? Li­nię po­dzia­łu. Do­wód­cy bun­tow­ni­ków nie zga­dza­li się ze sobą.

— I do­kąd za­mier­za­cie iść? — La­skol­nyk za­ło­żył ręce na pier­si, wy­dął war­gi, par­sk­nął. — Po­ło­wa Da­le­kie­go Po­łu­dnia stoi w ogniu, a do cho­le­ry, wszy­scy o was sły­sze­li. Wszy­scy wie­dzą, że naj­więk­sze zgru­po­wa­nie zbun­to­wa­nych nie­wol­ni­ków ukry­wa się na wzgó­rzach na po­gra­ni­czu Ko­no­we­ryn i Wa­he­si. Po dro­dze mi­ja­li­śmy słu­py mi­lo­we z na­pi­sa­mi „Do po­wstań­ców tędy”. Je­ste­ście sław­ni. Mat­ki stra­szą dzie­ci opo­wie­ścia­mi o tym, jak pod Po­mwe znisz­czy­li­ście dzie­się­cio­ty­sięcz­ną ar­mię, a po­noć ksią­żę Wa­he­si mo­czy się na samą myśl o nie­zwy­cię­żo­nych hor­dach zbun­to­wa­nych nie­wol­ni­ków u swych gra­nic. I dla­te­go wszy­scy, każ­dy nie­wol­nik, któ­ry zdej­mie ob­ro­żę, po­dą­ża na za­chód. Do was. Za dwa mie­sią­ce mo­że­cie tu mieć dwie­ście ty­się­cy lu­dzi, może wię­cej, może ćwierć mi­lio­na. I co wte­dy zro­bi­cie? Gdzie pój­dzie­cie?

Od­po­wie­dzia­ła mu ci­sza oraz spoj­rze­nia gniew­ne i twar­de jak ka­mie­nie ci­ska­ne zza wę­gła. Ka­ile­an prze­no­si­ła wzrok mię­dzy do­wód­ca­mi nie­wol­ni­ków, szu­ka­jąc ja­kiejś wska­zów­ki – mają pla­ny, da­le­ko­sięż­ne i prze­bie­głe, czy też po pro­stu dają się nieść fali wy­da­rzeń? To… mia­sto w dżun­gli wy­glą­da­ło na dość spraw­nie za­rzą­dza­ne, wa­row­ne obo­zy, pla­ce ćwi­czeń, wa­rzyw­ni­ki, kur­ni­ki i stud­nie, mo­gła się za­ło­żyć, że gdzieś głę­biej w le­sie zna­la­zła­by wy­kar­czo­wa­ne po­la­ny, na któ­rych trzy­ma­no zwie­rzę­ta, w koń­cu nie­wol­ni­cy mie­li wła­sną kon­ni­cę i ta­bo­ry. Ale to wszyst­ko było cho­ler­nie tym­cza­so­we – nie­me­ekhań­skie. Drew­no, trzci­na i szma­ty. Więc do­kąd za­mie­rza­li po­pro­wa­dzić tę swo­ją ar­mię?

Ka­hel-saw-Kir­hu uśmiech­nął się jako pierw­szy, ale nie był to uśmiech, któ­ry mógł­by jej się spodo­bać.

— To za mało, ge­ne­ra­le. Nie za­dzia­ła na mnie ma­gia na­zwi­ska po­grom­cy Se-koh­land­czy­ków, wy­baw­cy Ver­dan­no i za­ufa­ne­go czło­wie­ka ce­sa­rza. Na­sze pla­ny są kon­kret­ne, wie­my, co chce­my osią­gnąć. Wol­ność. Wol­ność dla wszyst­kich, któ­rzy ze­chcą zdjąć ob­ro­że, do­łą­czyć do nas i wspól­nie o nią wal­czyć. Ale też… — za­ha­czył wzro­kiem o czar­ne­go ol­brzy­ma — … są dość gięt­kie, by nie raz i nie dwa za­sko­czyć na­szych wro­gów. Je­śli jed­nak my­ślisz, że przyj­dziesz tu­taj, bły­śniesz na­zwi­skiem, wil­czym uśmie­chem i kil­ko­ma su­ge­stia­mi, a my pad­nie­my na ko­la­na, wzno­sząc dzięk­czy­nie­nia do Mat­ki, bo Me­ekhan so­bie o nas przy­po­mniał, to chy­ba od jaz­dy na ko­niu mózg ci się zla­so­wał.

W mia­rę jak wódz nie­wol­ni­ków mó­wił, jego ra­mio­na pro­sto­wa­ły się, a głos na­bie­rał ostro­ści. Ka­ile­an wie­dzia­ła już, że czar na­zwi­ska La­skol­ny­ka rze­czy­wi­ście na nie­go nie dzia­łał, otrzą­snął się już z za­sko­cze­nia i pod­jął de­cy­zję.

— Wie­my, że Im­pe­rium nie wy­śle nam na po­moc ar­mii. Nie tyl­ko dla­te­go, że to da­le­ko. Me­ekhan sprze­da­je tu­taj stal, miedź, cynę, por­ce­la­nę, szkło i wie­le in­nych to­wa­rów, w za­mian za przy­pra­wy, ba­weł­nę, je­dwab, zło­to i klej­no­ty. Więc zgo­dzę się z Pore Lun Dha­ro, że nasz bunt jest wie­lu lu­dziom w Im­pe­rium nie na rękę. Nie! — Krwa­wy Ka­hel­le uniósł obie dło­nie w górę, uci­na­jąc ri­po­stę La­skol­ny­ka. — Nic nie mów. Je­ste­śmy z po­ko­le­nia, któ­re za­zna­ło zdra­dy. Gdy wstę­po­wa­łem do ar­mii, przy­się­ga­łem sło­wa­mi „i to­wa­rzy­sza w boju nie opusz­czę”. Pa­mię­tasz? Rota brzmi tak samo dla pie­cho­ty i jaz­dy. Są­dzi­łem, że ta przy­się­ga chro­ni tak­że mnie. A jed­nak opusz­czo­no nas. Przez te wszyst­kie lata z nie­wo­li wy­ku­py­wa­li się szlach­ci­ce, bo­ga­ci kup­cy i rze­mieśl­ni­cy, ale o ta­kich jak ja, chło­pów i zwy­kłych żoł­nie­rzy bez ko­nek­sji, nikt się nie upo­mniał. O ta­kich jak oni — ski­nął gło­wą na to­wa­rzy­szy — też nie. Do­pie­ro gdy ze­szli­śmy z pól, wy­peł­zli­śmy z ko­palń, gdy pod­pa­li­li­śmy plan­ta­cje i znisz­czy­li­śmy warsz­ta­ty… do­pie­ro te­raz Im­pe­rium so­bie o nas przy­po­mnia­ło. Gdy usły­sza­łem, że tu je­steś, po­my­śla­łem — po­tęż­ne dło­nie za­ci­snę­ły się w pię­ści — po­my­śla­łem, że może coś się zmie­ni­ło. Ale ty przy­sze­dłeś i masz tyl­ko py­ta­nia. Jak? Co? Gdzie? Ostat­nie­go ta­kie­go, któ­ry krę­cił się po obo­zach i je za­da­wał, ka­za­li­śmy…

— … za­ko­pać w mro­wi­sku. — Uwa­re Lew zmie­rzył ich lo­do­wa­tym spoj­rze­niem. Po­dob­ne spoj­rze­nia mie­li po­zo­sta­li do­wód­cy nie­wol­ni­czej ar­mii, gdzieś znik­nę­li ser­decz­ni go­spo­da­rze, a Ka­ile­an uświa­do­mi­ła so­bie, że ona i resz­ta cza­ar­da­nu są tu­taj sami, w środ­ku obo­zu, tyl­ko w ósem­kę. — Prze­stał krzy­czeć, nim słoń­ce po­ko­na­ło ósmą część dro­gi na nie­bie. Sła­be­usz.

Ka­hel-saw-Kir­hu wes­tchnął, roz­luź­nił dło­nie i kon­ty­nu­ował:

— Je­śli je­steś tu z po­le­ce­nia ce­sa­rza, to mu­sisz mieć z nim ja­kiś kon­takt. Może ma­gią, a może po­tra­fisz po pro­stu gło­śno krzy­czeć, nie wiem, ale po­wiedz mu… po­wiedz, że po­trze­bu­je­my cze­goś wię­cej niż słów. I że nie ma tu me­ekhań­skich i in­nych nie­wol­ni­ków. Są tyl­ko nie­wol­ni­cy. No­szą­cy ob­ro­że. I że je­śli Im­pe­rium mo­gło cię tu wy­słać z prze­szło sze­ścio­ma set­ka­mi żoł­nie­rzy, to może ich też przy­słać sześć ty­się­cy. Albo dzie­sięć. To bę­dzie siła, któ­ra co praw­da nie po­bi­je Po­łu­dnia, ale z któ­rą wszy­scy będą się tu li­czyć. Bo tu­taj i te­raz li­czy się tyl­ko to, ile mie­czy masz za sobą. Ile sza­bel i łu­ków. Więc… — Wes­tchnął jesz­cze raz. — Zbli­ża się wie­czór. Nocą nie po­ślę was w dro­gę po­wrot­ną. Zo­stań­cie. A ju­tro opu­ści­cie obóz i wró­ci­cie do Bia­łe­go Ko­no­we­ryn. Nie za­py­ta­łeś, ge­ne­ra­le, co mo­żesz dla nas zro­bić, choć na pew­no chcia­łeś, mam ra­cję? — Gorz­ki uśmiech wy­krzy­wił twarz by­łe­go po­rucz­ni­ka. — Po­trze­bu­ję ko­goś, kto prze­ka­że od nas wie­ści Pani Pło­mie­ni. A te­raz od­pocz­nij­cie. Mo­że­cie roz­glą­dać się po obo­zie Puł­ku Wil­ka, ile chce­cie, mo­że­cie roz­ma­wiać z ludź­mi, oglą­dać ich uzbro­je­nie, pa­trzeć, jak ćwi­czą. Nie wol­no wam jed­nak wy­je­chać za wały. Nie ma­cie śla­dów po ob­ro­żach na szy­jach. A ran­kiem po­pro­szę cię na roz­mo­wę, prze­ka­żę moje po­sel­stwo i dam lu­dzi, któ­rzy od­pro­wa­dzą was pod Po­mwe. Da­lej po­ra­dzi­cie so­bie sami.

1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)