Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Planchet, mój przyjacielu — przerwał d’Artagnan — jesteś doprawdy nieoceniony.
— Rozumie pan, pomyślałem sobie, że jeśli zechce pan zobaczyć się z panem Cavois, zdąży pan zawsze powiedzieć, że wcale pan nie wyjeżdżał, wówczas na mnie spada kłamstwo, a jako że nie jestem szlachcicem, mogę kłamać.
— Pociesz się, Planchet, zachowasz opinię prawdomównego człowieka: wyjeżdżamy za kwadrans.
— Właśnie chciałem tak poradzić panu; a dokąd jedziemy, jeśli nie jestem zbyt ciekawy?
— Tam do licha, w przeciwnym kierunku, niż wskazałeś. Zresztą, czy nie spieszno ci wiedzieć, co stało się z Grimaudem, Mousquetonem i Bazinem, tak jak ja chcę wiedzieć, co stało się z Atosem, Portosem i Aramisem?
— Pewnie, panie — rzekł Planchet — wyjadę, kiedy pan rozkaże; powietrze prowincji lepiej nam teraz zrobi niż powietrze paryskie. Toteż...
— Toteż zapakuj rzeczy, Planchet, i ruszajmy; ja wyjadę pierwszy, z pustymi rękami, żeby umknąć podejrzeń. Spotkamy się w pałacu Gwardii. Ale, mój drogi, zdaje się, masz rację co do naszego gospodarza, który na pewno jest skończonym łotrem.
— Ach, może mi pan wierzyć, kiedy coś mówię; znam się na ludziach, i to jak jeszcze!
D’Artagnan zszedł pierwszy, jak było postanowione. By nie mieć sobie nic do zarzucenia, skierował się po raz ostatni do mieszkań trzech przyjaciół; nie otrzymano od nich żadnych wiadomości, jedynie uperfumowany list zaadresowany drobnym i eleganckim pismem znajdował się w mieszkaniu Aramisa.
D’Artagnan go zabrał. W dziesięć minut później spotkał się z Planchetem w stajniach gwardyjskich. By nie tracić czasu, d’Artagnan osiodłał sam swego konia.
— Dobrze — rzekł zwracając się do Plancheta, kiedy służący przytroczył bagaże — teraz osiodłaj tamte trzy konie i ruszajmy,
— Myśli pan, że będziemy jechać szybciej, jeśli każdy z nas będzie miał dwa konie? — zapytał Planchet z przebiegłą miną.
— Nie, mój kiepski żartownisiu — odparł d’Artagnan — ale mając cztery konie będziemy mogli zabrać naszych trzech przyjaciół, jeśli zastaniemy ich jeszcze przy życiu.
— Co byłoby prawdziwym szczęściem — odparł Planchet — ale nie trzeba wątpić w miłosierdzie boskie.
— Amen — rzekł d’Artagnan wsiadając na konia.
Za czym wyjechali z pałacu Gwardii, każdy w inną stronę; jeden przez rogatkę Villette[*], drugi przez Montmartre[*], by spotkać się za Saint-Denis; ten manewr strategiczny wykonali obaj z jednaką punktualnością i równie pomyślnie. Do Pierrefitte[*] d’Artagnan i Planchet wjechali już razem. Trzeba powiedzieć, że Planchet był bardziej odważny w dzień niż w nocy. Jednakże przyrodzona przezorność nie opuszczała go ani na chwilę: pamiętał doskonale poprzednią podróż i uważał za wroga każdego spotkanego na drodze człowieka. Trzymał więc stale kapelusz w ręce, za co d’Artagnan złajał go surowo, obawiając się, żeby na skutek owej nadmiernej uprzejmości służącego nie poczytano jego samego za hetkę-pętelkę.
Ale czy to dlatego, że napotykanych ludzi wzruszały dobre obyczaje Plancheta, czy że tym razem nikogo nie postawiono na drodze młodego człowieka, dość że nasi dwaj podróżni bez żadnego wypadku przybyli do Chantilly i zsiedli przed oberżą “Pod Wielkim Świętym Marcinem”, tą samą, gdzie zajechali po raz pierwszy.
Gospodarz, widząc młodego człowieka w towarzystwie służącego prowadzącego luzem dwa konie, wyszedł z szacunkiem na próg domu. Ponieważ zrobili już jedenaście mil, d’Artagnan postanowił zatrzymać się w oberży niezależnie od tego, czy zastanie tam Portosa. Poza tym może nie byłoby rzeczą przezorną wypytywać od razu o losy muszkietera. D’Artagnan zsiadł więc z konia i nie pytając o nic, polecił wierzchowca opiece służącego, wszedł do małego pokoju przeznaczonego dla podróżnych, którzy chcieli być sami, i zamówił u oberżysty butelkę najlepszego wina i wyborne śniadanie, co utwierdziło jeszcze oberżystę w dobrym o nim mniemaniu powziętym od pierwszego wejrzenia.
D’Artagnan został więc obsłużony z niezwykłą szybkością. Regiment gwardii rekrutował się z najlepszej szlachty królestwa, toteż d’Artagnan, podróżujący w towarzystwie służącego i mający cztery wspaniałe konie, nie mógł mimo swego prostego munduru nie zwrócić na siebie uwagi. Oberżysta chciał mu sam usługiwać, co widząc d’Artagnan kazał przynieść dwie szklanki i tak zaczął rozmowę;
— Doprawdy, mój drogi gospodarzu — rzekł napełniając szklanki — prosiłem cię o najlepsze wino i jeśliś mnie oszukał, będziesz ukarany pijąc ze mną, nie lubię bowiem pić sam. Weź więc szklankę i pijmy. Za co wypijemy, by nikogo nie urazić? Wypijmy za pomyślność twej oberży.
— Wasza Miłość czyni mi zaszczyt — odpowiedział gospodarz — i dziękuję mu serdecznie za życzenie.
— Ale nie daj się tym zwieść, więcej jest samolubstwa w mych słowach, niż przypuszczasz: tylko w oberżach, gdzie gospodarzowi dobrze się powodzi, można być dobrze obsłużonym; w oberżach, gdzie interesy idą kulawo, wszystko się rozlatuje i podróżny jest ofiarą kłopotów gospodarza. Podróżuję dużo, a najwięcej bywam w tych stronach, więc chciałbym, żeby wszyscy oberżyści zrobili majątek.
— W istocie, zdaje mi się, że nie po raz pierwszy mam zaszczyt pana widzieć.
— No cóż, przejeżdżałem chyba z dziesięć razy przez Chantilly i co najmniej trzy razy na dziesięć stawałem w twojej oberży. Właśnie byłem tu przed dziesięciu czy dwunastu dniami, odprowadzając mych przyjaciół muszkieterów; jeden z nich posprzeczał się z jakimś przyjezdnym, który nie wiem dlaczego szukał z nim zwady.
— Ach, to prawda — rzekł gospodarz — pamiętam doskonale. Czy Wasza Miłość nie mówi przypadkiem o panu Portosie?
— Tak właśnie nazywa się mój towarzysz podróży. Mój drogi gospodarzu, powiedz mi, na Boga, czy nie przydarzyło mu się jakieś nieszczęście?
— Wasza Miłość mógł zauważyć, że pan Portos nie pojechał dalej.
— W samej rzeczy, przyrzekł, że nas dogoni, ale nie widzieliśmy go więcej.
— Był łaskaw zaszczycić nas swoją obecnością.
— Jak to?
— Tak, panie, został w tej oberży; jesteśmy nawet bardzo niespokojni.
— A to z jakiej przyczyny?
— Ponieważ poczynił pewne wydatki.
— No cóż, przecie je pokryje.
— Ach, panie, twoje słowa to balsam na moje serce! Jego rachunek jest pokaźny, a dziś jeszcze chirurg nam powiedział, że jeśli pan Portos nie zapłaci, zabierze się do mnie, ja bowiem posłałem po niego.
— Więc Portos jest ranny?
— Nie umiem panu powiedzieć.
— Jak to nie umiesz powiedzieć? Przecież wiesz lepiej niż ktokolwiek inny.
— Tak, ale w naszym fachu nie mówimy wszystkiego, co wiemy, panie, zwłaszcza jeśli kto uprzedza, że za gadanie obetnie nam uszy.
— Dobrze więc. Czy mogę zobaczyć Portosa?
— Oczywiście, panie. Proszę pójść schodami na pierwsze piętro i zapukać do pokoju numer jeden. Zechciej pan jednak uprzedzić go, że to pan.
— Jak to mam go uprzedzić, że to ja?
— Tak, inaczej może się panu przytrafić nieszczęście.
— A jakie to nieszczęście ma mi się przytrafić, jeśli łaska?
— Pan Portos może wziąć pana za kogoś z domowników i w przystępie gniewu przebić cię szpadą lub palnąć ci w łeb.
— Cóżeś mu pan zatem zrobił?
— Prosiliśmy go o pieniądze.