Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
Na środku stał prawie ukończony samochód czasu; jego poszycie ze spiżu armatniego lśniło w świetle świeczki Mosesa. Moses podszedł do pojazdu i przesunął ręką po obrzeżu pudełkowatej kabiny dla pasażerów.
— I to jest właśnie to?
Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
— Szczyt techniki lat trzydziestych. Wallis nazwał go „uniwersalnym transporterem.”
— Nie jest zbyt elegancki — stwierdził Moses.
— Chyba nie chodzi tu o elegancję — powiedziałem. — To broń do celów wojskowych, a nie statek wycieczkowy czy pojazd naukowo-badawczy.
Gödel zbliżył się do samochodu czasu, postawił słoik z plattnerytem na podłodze i zabrał się do odkręcania jednego ze stalowych pojemników przy spawanych do kadłuba pojazdu. Zacisnął ręce wokół dużej nakrętki i stęknął z wysiłku, ale nie mógł jej ruszyć. Odsunął się zdyszany.
— Musimy naładować kadłub plattnerytem — wyjaśnił. — Albo...
Moses postawił świeczkę na półce, przejrzał stosy narzędzi i przyniósł duży klucz francuski.
— Spróbuję tym otworzyć — zaproponował.
Zacisnął klucz wokół nakrętki i z pewnym wysiłkiem odkręcił ją.
Gödel wziął słoik i wlał plattneryt do pojemnika. Moses obszedł samochód czasu, odkręcając nakrętki pozostałych pojemników.
Podszedłem do tylnej części pojazdu, gdzie znalazłem drzwi zabezpieczone metalowym kołkiem. Wyjąłem kołek, opuściłem klapę i wszedłem do kabiny. W środku były dwie drewniane ławki, obie dość szerokie, by pomieścić po dwie lub trzy osoby, oraz pojedyncze składane siedzenie na przodzie, przed którym znajdowało się okno w kształcie szczeliny. Usiadłem na składanym siedzeniu dla kierowcy.
Przede mną była prosta kierownica — położyłem na niej ręce — oraz mały pulpit sterowniczy wyposażony w tarcze, przełączniki, dźwignie i gałki. Z podłogi również wychodziły dźwignie, najwyraźniej wprawiane w ruch nogą. Urządzenia sterownicze wyglądały na prymitywne i niewykończone. Tarcze i przełączniki nie miały oznaczeń, a z tylnej części pulpitu wystawały druty i dźwignie napędu mechanicznego.
Nebogipfel przyłączył się do mnie w kabinie i stanął przy moim ramieniu. W tej zamkniętej przestrzeni silny, słodkawy zapach Morloka był obezwładniający. Przez wąskie okno zobaczyłem Gödela i Mosesa, którzy napełniali pojemniki.
— Czy pan rozumie zasadę działania PPC? — zawołał profesor. — To oczywiście projekt Wallisa, ja miałem niewiele wspólnego z konstrukcją tego pojazdu...
Przysunąłem twarz do wąskiego okna.
— Jestem przy urządzeniach sterowniczych — powiedziałem. — Ale nie są oznaczone. I nie widzę nic, co przypominałoby licznik czasu.
Gödel nie podniósł głowy, nadal nalewał ostrożnie plattneryt.
— Podejrzewam, że takie niuanse, jak tarcze chronometryczne nie zostały jeszcze zamontowane. W końcu to niekompletny prototyp. Czy to pana niepokoi?
— Muszę przyznać, że perspektywa utraty orientacji w czasie za bardzo mi się nie uśmiecha — odparłem. — Ale to właściwie nie ma większego znaczenia... zawsze można zapytać rodowitych mieszkańców!
— Zasada działania PPC jest dość prosta — powiedział Gödel. — Plattneryt zalewa ramy pomocnicze pojazdu poprzez sieć rurek. Tworzy to pewnego rodzaju obwód... Po zamknięciu obwodu człowiek wyrusza w czas. Rozumie pan? Większość urządzeń sterowniczych, które pan widzi, służy do obsługi silnika benzynowego, układu napędowego i tak dalej, gdyż samochód czasu spełnia również rolę pojazdu mechanicznego. Ale do zamykania obwodu czasowego służy niebieska dźwignia kolankowa na tablicy rozdzielczej. Widzi ją pan?
— Tak.
Moses przykręcił ostatnią nakrętkę i obszedł samochód. Wgramolił się do środka, położył klucz na podłodze i uderzył pięścią w ściany kabiny.
— Dobra, mocna konstrukcja — stwierdził.
— Chyba jesteśmy gotowi do drogi — oznajmiłem.
— Ale dokąd... do jakiego momentu w czasie... polecimy?
— Czy to ważne? Liczy się tylko to, żeby uciec z dala od tego miejsca. W przeszłość, aby spróbować wszystko naprawić... Moses, skończyliśmy z dwudziestym wiekiem. Teraz musimy wykonać kolejny skok w nieznane. Nasza przygoda jeszcze nie dobiegła końca!
Wyraz niepewności zniknął z jego twarzy i jego miejsce zajęła determinacja połączona z lekkomyślnością. Zacisnął szczęki.
— A więc zróbmy to albo niech nas licho porwie!
— Myślę, że prawdopodobnie właśnie to nas spotka — odezwał się Nebogipfel.
— Profesorze Gödel — zawołałem — proszę wsiąść do samochodu.
— Ależ nie — odparł i uniósł ręce. — Moje miejsce jest tutaj.
Moses wepchnął się do kabiny za mną.
— Ale mury Londynu walą się wokół nas, niemieckie działa są bardzo blisko... Tu jest niebezpiecznie, profesorze!
— Rzecz jasna, zazdroszczę warn — odrzekł Gödel — że opuszczacie ten straszny świat, którym targa okrutna wojna...
— A więc niech pan jedzie z nami — powiedziałem. — Niech pan poszuka tego ostatecznego świata, o którym pan mówił...
— Mam żonę — wyjaśnił. W świetle świeczki jego twarz wyglądała jak blada smuga.
— Gdzie ona jest?
— Straciłem ją. Nie udało nam się uciec razem. Przypuszczam, że jest w Wiedniu... Nie sądzę, by zrobili jej krzywdę w odwecie za moją ucieczkę...
Mówił niepewnym głosem i uświadomiłem sobie, że ten nadzwyczaj logicznie myślący człowiek patrzy na mnie w tej pełnej napięcia chwili, oczekując ode mnie najbardziej nielogicznych słów zapewnienia!
— Naturalnie — powiedziałem. — Jestem pewien, że ona...
Ale nie zdążyłem dokończyć zdania, gdyż — nawet bez ostrzegawczego gwizdu w powietrzu — spadł kolejny pocisk i ten trafił najcelniej ze wszystkich!
W ostatnim migotliwym blasku naszej świeczki, w ułamku sekundy nie dłuższym niż błysk flesza, zobaczyłem, jak zachodnia ściana warsztatu zapada się do wewnątrz — ot tak, po prostu. W czasie krótszym niż jedno uderzenie serca przeobraziła się z gładkiej, równej powierzchni w kłębiasty obłok złożony z gruzów i pyłu.
Ogarnęła nas ciemność.
Samochód zakołysał się, Moses krzyknął: „Na ziemię!”, rzuciłem się na podłogę i grad śmiercionośnych odłamków uderzył w skorupę samochodu czasu.
Nebogipfel przeczołgał się do przodu, poczułem jego słodkawy odór. Chwycił mnie miękką ręką za ramię.
— Zamknij obwód — powiedział.
Wyjrzałem przez wąskie okno i mój wzrok oczywiście napotkał całkowitą ciemność.
— A co z Godelem? — zawołałem. — Profesorze!
Nie było odpowiedzi. Usłyszałem złowieszcze, głośne skrzypienie nad samochodem i łomot kolejnych spadających kamieni.
— Zamknij obwód! — powtórzył nagląco Nebogipfel. — Nie słyszysz, co mówię? Dach się wali, przygniecie nas!
— Pójdę po niego — zaproponował Moses.
W ciemności usłyszałem, jak jego buty ciężko stąpają po podłodze samochodu, kiedy przedzierał się na tył kabiny.
— Poradzę sobie... Mam jeszcze kilka świeczek...
Jego głos ucichł, kiedy Moses dotarł na tyły kabiny, a potem usłyszałem chrzęszczący odgłos jego kroków na pokrytym gruzem podłożu.
Nagle rozległ się bardzo głośny jęk podobny do groteskowego sapnięcia i odgłos bieganiny w górze. Usłyszałem krzyk Mosesa.