Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
— Chcę mówić z waszym szefem bezpieczeństwa. To pilne.
— Może go tu nie być, Herr Sturmbannführer.
— Niech pan go poszuka.
Strażnika nie było bardzo długo. Na zegarze ukazała się 13.27. 13.28. Może dzwoni na Gestapo. 13.29. March wsunął rękę do kieszeni i poczuł pod palcami chłodny metal lugera. Lepiej zginąć na miejscu, niż czołgać się później po kamiennej podłodze w kazamatach przy Prinz-Albrecht Strasse, wypluwając w dłoń własne zęby.
13.30.
Strażnik powrócił.
— Proszę tędy, Herr Sturmbannführer.
Friedman wstąpił do berlińskiej Kripo w tym samym czasie co March. Opuścił ją pięć lat później, tuż przed wszczęciem przeciwko niemu dochodzenia o korupcję. Teraz nosił ręcznie szyte angielskie garnitury, palił wolne od cła szwajcarskie cygara i zarabiał pięć razy tyle co w policji dzięki kombinacjom, o które go wszyscy podejrzewali, ale których nikt nie potrafił udowodnić. Był księciem handlarzy; lotnisko stanowiło jego małe skorumpowane dominium.
Kiedy uświadomił sobie, że March nie przyszedł, żeby go przesłuchać, ale prosić o wyświadczenie przysługi, jego radość nie miała granic. Nie tracąc doskonałego humoru prowadził Marcha długim przejściem, które wiodło od budynku lotniska.
— Jak się miewa Jaeger? Dalej taki z niego bałaganiarz? A Fiebes? Nadal skręca się, oglądając zdjęcia aryjskich panienek i ukraińskich sprzątaczek? Och, jak mi was wszystkich brakuje, nie masz pojęcia. Jesteśmy na miejscu. — Friedman przełożył cygaro z dłoni do ust i przekręcił klamkę potężnych drzwi. — Sezamie, otwórz się!
Metalowe drzwi odsunęły się ze zgrzytem, odsłaniając niewielki hangar wypełniony zgubionym i porzuconym bagażem,
— Nie wyobrażasz sobie, jakie rzeczy potrafią zgubić ludzie — rzekł Friedman. — Mieliśmy tu kiedyś nawet żywego leoparda.
— Leoparda? Kota?
— Zdechł. Jakiś leniwy sukinsyn zapomniał go nakarmić. Wyszło z niego całkiem niezłe futro. — Friedman roześmiał się i strzelił z palców. Z mroku wynurzył się stary mężczyzna. Miał słowiańskie rysy, spadziste ramiona i szeroko osadzone, przestraszone oczy.
— Wyprostuj się, człowieku. Okaż szacunek! — Friedman pchnął starego, który zatoczył się do tyłu. — Sturmbannführer jest moim przyjacielem. Czegoś szuka. Powiedz mu, March.
— Chodzi o walizkę, być może torbę. Zostawił ją w poniedziałek, trzynastego kwietnia, pasażer ostatniego wieczornego lotu z Zurychu. W samolocie albo przy odbiorze bagażu.
— Zrozumiałeś? — Słowianin kiwnął głową. — No to ruszaj! — Stary odszedł, powłócząc nogami, a Friedman dotknął wymownym gestem ust. — Niemowa. Odcięto mu język podczas wojny. Idealny pracownik! — Roześmiał się i poklepał Marcha po ramieniu. — No. Jak leci?
— Nie narzekam.
— W cywilnych ciuchach. Podczas weekendu. To musi być jakaś grubsza afera.
— Całkiem możliwe.
— Chodzi o tego Martina Luthera? — March nie odpowiedział. — A więc ty także stałeś się niemową. Rozumiem. — Friedman strząsnął popiół z cygara na czystą podłogę. — Nie musisz mówić nic więcej. Ktoś zesrał się w portki. Tak?
— Nie rozumiem.
— Tak mówią o tym ludzie z Zollgrenzschutz. Ktoś ma zamiar wwieźć coś, czego nie powinien. Podchodzi do kontroli celnej, widzi strażników i zaczyna srać w gacie. Rzuca to, co przywiózł, i wieje.
— Ale to chyba wyjątkowa sytuacja? Nie sprawdzacie przecież codziennie wszystkich pakunków?
— Tylko w tygodniu poprzedzającym urodziny Führera.
— A zgubiony bagaż? Otwieracie go?
— Tylko jeśli wygląda na wartościowy! — Friedman ponownie się roześmiał. — Nie. Żartuję. Nie marny tylu ludzi. Tak czy owak wszystko prześwietlamy. Pamiętasz: żadnej broni, żadnych materiałów wybuchowych. A potem zostawiamy bagaż tutaj, czekając, aż ktoś się zgłosi. Jeśli nikt nie pojawi się w ciągu roku, otwieramy walizki i patrzymy, co w nich mamy.
— Przypuszczam, że można sobie za to sprawić parę godziwych garniturów.
— Co? — Friedman strzepnął wyimaginowany pyłek z rękawa. — Chodzi ci o te szmaty? — Obejrzał się, słysząc za sobą szuranie stóp. — Wygląda na to, że masz szczęście, March.
W ich stronę szedł, niosąc w ręku torbę, niemy magazynier. Friedman odebrał ją i zważył w dłoni.
— Całkiem lekka. Na pewno nie złoto. Co twoim zdaniem może być w środku, March? Narkotyki? Dolary? Kontrabanda ze Wschodu? Mapa wyspy skarbów?
— Chcesz ją otworzyć? — March dotknął pistoletu w kieszeni. W razie potrzeby zdecydowany był go użyć. Friedman sprawiał wrażenie wstrząśniętego.
— Wyświadczam ci uprzejmość. Jak przyjaciel przyjacielowi. Co jest w środku, to twoja sprawa. — Podał torbę Marchowi. — Nie zapomnisz o tym, prawda? Że oddałem ci przysługę. Któregoś dnia ty zrobisz dla mnie to samo. Jak towarzysz towarzyszowi…
Torba przypominała lekarski sakwojaż; miała wzmocnione mosiądzem narożniki, ciemne grube szwy i masywny, matowy ze starości zamek. Brązowa skóra była podrapana i wyblakła, a wytarty przez lata noszenia uchwyt gładki niczym kamień w potoku — wydawał się prawie przedłużeniem ręki. Torba miała świadczyć o niezawodności, profesjonalizmie i dyskretnym bogactwie. Wykonano ją z całą pewnością przed wojną, być może nawet pierwszą — żeby służyła kilku pokoleniom. Była solidna i dużo warta.
Wszystko to March uświadomił sobie w drodze powrotnej do volkswagena. Szedł omijając posterunki Zollgrenzschutzu: kolejna uprzejmość ze strony Friedmana.
Charlie rzuciła się na torbę niczym dziecko na urodzinowy prezent.
Zaklęła szpetnie, stwierdzając, że jest zamknięta. Kiedy wyjechali z terenu lotniska, pogrzebała w swojej własnej torebce i wydobyła z niej nożyczki do paznokci. Dłubała nimi desperacko w zamku, rysując bezskutecznie mosiądz.
— Tracisz tylko czas — stwierdził Xavier. — Muszę wyłamać zamek. Poczekaj, aż zajedziemy na miejsce. Potrząsnęła sfrustrowana głową.
— Jakie miejsce?
Przesunął dłonią po włosach.
Trafne pytanie.
W mieście zajęte były wszystkie hotele. Bristol przy Unter den Linden, Kaiserhof przy Mohren Strasse i Eden z umieszczoną na dachu kawiarnią — wszystkie przestały przyjmować rezerwacje już przed miesiącem. W gigantycznych hotelach z tysiącami miejsc i otaczających kolejowe dworce małych pensjonatach roiło się od mundurów. Nie tylko SA, SS, Luftwaffe, Wehrmachtu, Hitlerjugend i Bund deutscher Mädel, ale również wielu innych organizacji: Narodowosocjalistycznego i Cesarskiego Stowarzyszenia Wojennego, Niemieckiego Zakonu Sokołów i Szkół Narodowosocjalistycznego Przywództwa…
Przed najbardziej znanym i luksusowym berlińskim hotelem — położonym na rogu Pariser Platz i Wilhelm Strasse Adlonem — tłum nacierał na metalowe bariery, chcąc choćby przez chwilę rzucić okiem na słynne osobistości — filmowego gwiazdora, sławnego piłkarza i partyjnego satrapę — które pojawiły się w mieście na urodziny Führera. Kiedy Charlie i Xavier przejeżdżali obok hotelu, przed głównym wejściem zatrzymał się mercedes. Czarne mundury pasażerów zalało światło setek fleszy.
March zjechał z placu w Unter den Linden, skręcił w lewo, a potem w prawo w Dorotheen Strasse. Zaparkował obok pojemników na śmieci, na tyłach Prinz Friedrich Karl Hotel. To tutaj właśnie, przy śniadaniu z Rudim Halderem, zaczęła się tak naprawdę cała ta historia. Kiedy to było? Nie potrafił sobie przypomnieć.
Dyrektor hotelu odziany był w staroświecki czarny tużurek oraz prążkowane spodnie i do złudzenia przypominał zmarłego prezydenta Hindenburga. Na widok Xaviera wybiegł zza biurka, gładząc swoje pokaźne białe bokobrody, tak jakby to były domowe zwierzątka.