Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
Pech chciał, że kiedy otworzyły się drzwi windy, zobaczył za nimi doktora Augusta Eislera.
— March! — Zaskoczony Eisler dał krok do tyłu. — Krążą pogłoski, że zostałeś aresztowany.
— Pogłoski są nieprawdziwe. Pracuję w cywilnym przebraniu. Doktor przyjrzał się jego garniturowi.
— Jako alfons? — Własny żart tak go ubawił, że musiał zdjąć okulary i wytrzeć załzawione oczy. March roześmiał się razem z nim.
— Nie, jako lekarz sądowy. Powiedziano mi, że pensja jest dobra i nie obowiązują stałe godziny pracy. Eisler przestał się uśmiechać.
— Żebyś wiedział. Siedzę tutaj od pomocy. Rozkaz z samej góry — dodał, ściszając głos. — Operacja Gestapo. Cicho sza. — Poklepał się po nosie. — Nie mogę powiedzieć ci nic więcej.
— Odpręż się, Eisler. Znam sprawę. Czy Frau Luther zidentyfikowała już szczątki?
Doktor wyglądał na rozczarowanego.
— Nie — mruknął. — Oszczędziliśmy jej tego.
— A Stark?
— No, no, March, jesteś naprawdę dobrze poinformowany. Właśnie do niego idę. Chcesz się przyłączyć?
March przypomniał sobie eksplodującą głowę, gęsty, tryskający w górę strumień mózgu i krwi.
— Nie, dziękuję.
— Tak myślałem. Z czego do niego strzelano? Z panzerfausta?
— Złapali zabójcę?
— To ty jesteś policjantem. Ty mi powiedz. „Nie bądź zbyt drobiazgowy”, polecono mi.
— Gdzie są rzeczy Starka?
— Zapakowane i gotowe do odjazdu. W magazynie.
— Gdzie to jest?
— Idź tym korytarzem. Czwarte drzwi po lewej. March ruszył w tamtą stronę.
— Hej, March! — zawołał za nim Eisler. — Zachowaj dla mnie kilka swoich najlepszych dziwek! — Piskliwy śmiech lekarza ścigał go wzdłuż korytarza.
Czwarte drzwi po lewej nie były zamknięte. Sprawdził, czy nikt go nie obserwuje, i wszedł do środka.
Magazyn był niewielki, szeroki na trzy metry. Po obu stronach przejścia, w którym mogła się zmieścić akurat jedna osoba, stały zakurzone metalowe regały, wypełnione stosami zapakowanej w grube polietylenowe worki odzieży. Były tu także walizki, torby, parasole, sztuczne nogi, kapelusze, a nawet groteskowo powykręcany fotel na kółkach. Należące do zmarłych przedmioty na ogół odbierali z kostnicy ich najbliżsi krewni. Jeśli okoliczności śmierci były niejasne, zabierała je policja albo przesyłano je bezpośrednio do laboratorium kryminalistycznego w Schönweld. Xavier zaczął sprawdzać plastikowe tabliczki, na których odnotowano datę i miejsce zgonu oraz nazwisko ofiary. Niektóre rzeczy leżały tu od lat: żałosne łachmany i rupiecie, ostatni spadek po tych, o których nie dbał nikt, nawet policja.
Jakie to typowe dla Globusa, że nie przyznał się do błędu. Za wszelką cenę trzeba było ratować przekonanie o nieomylności Gestapo. Dlatego ciało Starka nadal traktowane było jako Luthera, podczas gdy Luther pochowany zostanie jako ubogi włóczęga, Stark.
March przyciągnął bliżej tobół, który leżał najbliżej drzwi, i obrócił do światła tabliczkę. 18.04.64. Adolf Hitler PL Stark, Alfred.
A zatem Luther odszedł z tego świata niczym najnędzniejszy więzień kacetu: zabity z broni palnej, na pół zagłodzony, ubrany w należące do kogoś innego brudne łachy. Jego ciało sprofanował nóż chirurga, w jego rzeczach grzebał nieznajomy. Dosięgła go sprawiedliwość losu — jedyna bodaj sprawiedliwość, na którą można liczyć.
Wyciągnął z kieszeni scyzoryk i przeciął pękaty plastikowy worek. Zawartość wysypała się niczym wnętrzności na podłogę.
Nie obchodziła go sprawiedliwość losu. Jedyne, czego chciał, to się dowiedzieć, w jaki sposób pomiędzy północą a dziewiątą rano Globus odkryje, że Luther nie zginął.
Amerykanie!
Rozdarł resztki polietylenu.
Ubranie śmierdziało kałem, moczem, wymiotami i potem — wszystkim, co może wydzielać ludzkie ciało. Bóg jeden wiedział, jakie gnieździły się w nim pasożyty. March sprawdził kieszenie. Były puste. Swędziały go ręce. Nie powinien tracić nadziei. Kwit z przechowalni bagażu jest bardzo mały — zwinięty w rolkę nie przekracza wielkości zapałki; z łatwością można go ukryć, robiąc nacięcie w kołnierzu palta. Pruł scyzorykiem lepiącą się od skrzepłej krwi podszewkę długiego brązowego płaszcza; palce miał brunatne i śliskie.
Nic. Wszystkie przedmioty, które jak wynikało z jego doświadczenia, noszą przy sobie na ogół włóczędzy — kawałki papieru i sznurka, guziki, papierosowe pety — zostały już usunięte. Gestapowcy starannie przeszukali całe ubranie. Oczywiście, że to zrobili. Był głupcem, sądząc, że jest inaczej. Zaczął z wściekłością ciąć materiał — z prawej do lewej i z lewej do prawej.
Po pewnym czasie podniósł się znad sterty szmat, dysząc ciężko niczym morderca. A potem podniósł kawałek materiału i wytarł o niego ręce i scyzoryk.
— Wiesz, co myślę? — powiedziała Charlie, kiedy wrócił z pustymi rękoma do samochodu. — Wydaje mi się, że w ogóle niczego tutaj nie przywiózł z Zurychu.
Siedziała wciąż na tylnym siedzeniu volkswagena. March obrócił się, żeby na nią spojrzeć.
— Przywiózł coś. Na pewno. — Próbował ukryć ogarniające go zniecierpliwienie; to nie była przecież jej wina. — Ale za bardzo się bał, żeby to przy sobie nosić. Więc oddał bagaż gdzieś na przechowanie, dostał kwit… na lotnisku albo na dworcu… i miał zamiar później go odebrać. Jestem tego pewien. Teraz ten bagaż albo przepadł na dobre, albo ma go w swoich rękach Globus.
— Nie. Posłuchaj. Wczoraj, kiedy kontrolowano mnie na lotnisku, dziękowałam Bogu, że powstrzymałeś mnie przed przywiezieniem tego obrazu do Berlina. Pamiętasz te kolejki? Przeszukiwali wszystkie torby. W jaki sposób Luther mógłby przemycić cokolwiek przez Zollgrenzschutz?
March zastanawiał się nad tym, masując skronie.
— Trafne pytanie — przyznał w końcu. — Może — dodał po chwili — najtrafniejsze, jakie kiedykolwiek słyszałem.
Na lotnisku Hermanna Göringa Hanna Reitsch nadal mokła na deszczu, gapiąc się zaczerwienionymi od rdzy oczyma w niebo.
— Lepiej zostań w samochodzie — powiedział March. — Potrafisz prowadzić?
Kiwnęła głową.
— Jeśli Flughafen Polizei każe ci stąd odjechać — powiedział, rzucając jej kluczyki na kolana — nie kłóć się, ale odjedź i za chwilę przyjedź z powrotem. Nie przestawaj krążyć. Daj mi dwadzieścia minut.
— A potem co?
— Nie wiem. — Wykonał nieokreślony gest ręką. — Improwizuj.
Wszedł zdecydowanym krokiem do hali. Na wiszącym nad stanowiskami kontroli paszportowej dużym zegarze zmieniły się cyfry. 13.22. Obejrzał się do tyłu. Czas, w którym pozostawał na wolności, mógł prawdopodobnie mierzyć w minutach. A jeśli Globus zarządził szerokie poszukiwania, być może w sekundach. Żaden obiekt w Rzeszy nie był tak pilnie strzeżony jak to lotnisko.
Nie przestawał myśleć o siedzącym w jego mieszkaniu Krebsie i o Eislerze. „Krążą pogłoski, że zostałeś aresztowany…”
Mężczyzna z pamiątkową torbą z Soldaten Halle wydawał się znajomy. Tajniak z Gestapo? Xavier nagle skręcił, kierując się w stronę toalety. Stanął przy pisuarze, udając, że się załatwia, i nie spuszczał z oczu wejścia. Nikt się nie pojawił. Kiedy wyszedł na zewnątrz, mężczyzna zniknął.
— Kończymy odprawę pasażerów odlatujących rejsem Lufthansy numer dwieście siedem do Tyflisu…
Podszedł do głównego stanowiska Lufthansy i pokazał jednemu ze strażników swoją legitymację.