Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Vaterland [Fatherland - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Vaterland [Fatherland - pl]

Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:

Jest rok 1964. Nazistowskie Niemcy triumfują w Europie oraz Azji i przygotowują się do obchodów 75 urodzin Hitlera. Prezydent USA J.F.Kennedy ma przybyć z oficjalną wizytą do Rzeszy, aby przywrócić stosunki dyplomatyczne miedzy krajami. Wtedy uwagę władz przykuwa seria tajemniczych morderstw. Wszystkie ofiary łączy udział w planie eksterminacji Żydów i Słowian. Śledztwo rozpoczynają agencji niemieckiego wywiadu, szpiedzy i amerykańska dziennikarka. Rozwiązanie okaże się bardziej zaskakujące, niż ktokolwiek przypuszcza.
1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 86
Перейти на страницу:
PO POSIŁKU Dziękuję ci za te obfite dary, Protektorze młodych i przyjacielu starych! Wiem, że masz wiele trosk, ale nie martw się, Jestem z tobą we dnie i w nocy. Złóż głowę na mym łonie, Wiedz, mój Führerze, że jesteś wielki! Heil, mein Führer!

Na dziecinnych wiszących na ścianach rysunkach widać było niebieskie łąki, zielone niebo i żółte niczym siarka chmury. Wyobraźnia dzieci niebezpiecznie zbliżała się do zdegenerowanej sztuki; należało wybić im z głowy całą tę perwersję… Nawet stąd dobiegał Xaviera zapach szkoły: charakterystyczna mieszanka kredowego pyłu, drewnianej podłogi i stęchłego jedzenia ze stołówki.

W sąsiednim ogrodzie ktoś palił mokre drzewo i zeschnięte liście. Za domem snuł się biały gryzący dym. Po obu stronach prowadzących w dół szerokich schodów stały zastygłe w bezruchu, groźne kamienne lwy. Za trawnikiem jaśniała między drzewami matowa tafla Haweli. Spojrzeli na południe. Odległy o mniej niż pół kilometra Schwanenwerder z pewnością było widać z okien na piętrze. Czy kiedy na początku lat pięćdziesiątych Buhler kupował swoją willę, na jego decyzję miała wpływ bliskość tego miejsca — czy przestępcę ciągnęło na miejsce zbrodni? A jeśli tak, to na czym dokładnie polegała ta zbrodnia?

March pochylił się i wziął do ręki garść ziemi. Powąchał ją, a potem pozwolił, by przesypała się między palcami. Ślad wywietrzał przed wieloma laty.

Przy końcu ogrodu stało kilka drewnianych, pozieleniałych ze starości beczek, których ogrodnik używał do zbierania deszczówki. Xavier i Charlie usiedli na nich obok siebie, kiwając w powietrzu nogami i gapiąc się na jezioro. Nigdzie mu się nie spieszyło. Nikt nie powinien ich tutaj szukać.

Ogarnęła go trudna do opisania melancholia. Cisza, zeschłe, miotane wiatrem liście, zapach dymu — to wcale nie kojarzyło się z wiosną. Prędzej z jesienią, kiedy wszystko dobiega kresu.

— Czy ci mówiłem — zapytał — że zanim wypłynąłem na morze, w naszym mieście było wielu Żydów? Kiedy wróciłem, wszyscy zniknęli. Pytałem o to. Ludzie mówili, że ewakuowano ich na Wschód. Że zostali przesiedleni.

— Wierzyli w to?

— Publicznie tak, oczywiście. Ale i prywatnie mądrzej było nie spekulować. Mądrzej i łatwiej. Udawać, że to prawda.

— Wierzyłeś w to?

— Nie zastanawiałem się nad tym — odparł. — Kogo to zresztą obchodzi? — dodał nagle. — Przypuśćmy, że wszyscy dowiedzieliby się prawdy. Czy to w istocie ma jakieś znaczenie?

— Ktoś uważa, że ma — przypomniała mu. — Dlatego właśnie zginęli wszyscy uczestnicy zwołanej przez Heydricha konferencji. Wszyscy oprócz samego Heydricha.

Spojrzał w stronę domu. Jego matka, szczerze wierząca w duchy, często powtarzała, że ceglane ściany i cement nasiąkają historią, że magazynują niczym gąbka wszystko to, czego były świadkami. Od tego czasu March oglądał wiele miejsc, w których popełniono różne zbrodnie i trudno mu było w to uwierzyć. Dom pod numerem 56/58 Am grossen Wannsee również nie sprawiał złowrogiego wrażenia. Był zwyczajnym, należącym niegdyś do przemysłowca pałacykiem, który przerobiono na szkołę dla dziewcząt. Co teraz wchłaniały ceglane ściany? Młodzieńcze zauroczenia? Lekcje geometrii? Egzaminacyjne stresy?

Wyciągnął zaproszenie od Heydricha. „Po dyskusji przewidziany jest lunch”. Zaczęli o dwunastej w południe. Skończyli prawdopodobnie o trzeciej albo czwartej. Kiedy wyjeżdżali, musiało już zmierzchać. Żółte lampy w oknach; unosząca się znad jeziora mgła. Czternastu mężczyzn. Dobrze nakarmionych mężczyzn; niektórym zaszumiało być może w głowie podane przez Gestapo wino. Samochody, które miały ich zawieźć z powrotem do śródmieścia. Czekający długo na mrozie, przytupujący nogami kierowcy z nosami niczym lodowe sople…

A po pięciu miesiącach Martin Luther wkracza w środku upalnego lata do zuryskiego gabinetu Hermanna Zaugga, bankiera bogatych i przestraszonych, i zakłada skrytkę z czterema kluczami.

— Zastanawiam się, dlaczego przyszedł z pustymi rękoma.

— Co? — zapytała roztargniona. Wyrwał ją z zamyślenia.

— Zawsze wydawało mi się, że Luther będzie niósł jakąś małą walizeczkę. A jednak kiedy schodził po stopniach na twoje spotkanie, nic przy sobie nie miał.

— Może poupychał wszystko w kieszeniach.

— Może. — Nieruchome wody Haweli wyglądały jak’ jezioro rtęci. — Ale musiał przecież przylecieć z Zurychu z jakimś bagażem. Spędził za granicą całą noc. I pobrał coś z banku.

Wiatr poruszył drzewami. Xavier rozejrzał się dookoła.

— Stary sukinsyn nigdy nikomu nie ufał. Nie byłby sobą, gdyby nie chował w rękawie jakiegoś asa. Nie zaryzykowałby przekazania Amerykanom od razu wszystkich materiałów: nie mógłby się wtedy z nimi targować.

Nisko nad ich głowami przeleciał schodzący do lądowania odrzutowiec — razem z wysokością lotu obniżał się ton jego silników. Tego dźwięku nie znano w roku 1942…

Nagle March skoczył na nogi, pomógł Charlie zejść z beczki i ruszył wielkimi krokami w stronę domu. Biegła za nim, potykając się, śmiejąc i wołając, żeby zwolnił.

Zaparkował volkswagena na poboczu drogi w Schlachtensee i pobiegł do budki telefonicznej. Max Jaeger nie odbierał telefonu ani przy Werderscher Markt, ani w domu. Słuchając sygnału Xavier zapragnął nagle z kimś się skontaktować, z kimś pogadać.

Wykręcił numer Rudiego Haldera. Może go przeprosi, da do zrozumienia, że gra była warta świeczki. Nikt nie odpowiadał. Przez chwilę gapił się bezmyślnie w słuchawkę. Może Pili? Nawet rozmowa z wrogo nastawionym do niego chłopcem była jakimś rodzajem kontaktu. Ale w domu w Lichtenrade także nikt nie odbierał telefonu.

Miasto zamknęło się przed nim.

Był w połowie drogi do samochodu, kiedy tknięty nagłym impulsem zawrócił i wykręcił numer własnego mieszkania. Po drugim dzwonku odezwał się mężczyzna.

— Tak? — Głos Krebsa; w mieszkaniu było Gestapo. — To ty, March? Wiem, że to ty! Nie rozłączaj się!

Wypuścił z ręki słuchawkę, jakby go ugryzła.

Pół godziny później wchodził przez drewniane obdrapane drzwi do berlińskiej kostnicy. Bez munduru czuł się nagi. W kącie płakała cicho jakaś kobieta; obok niej, nie wiedząc, jak zareagować na tak jawnie manifestowane w miejscu publicznym emocje, siedziała sztywno wyprostowana policjantka z korpusu pomocniczego. March pokazał pracownikowi swoją legitymację i zapytał o Martina Luthera. Mężczyzna przejrzał stos kartek z pozaginanymi rogami.

— Mężczyzna, około sześćdziesięciu lat, zidentyfikowany jako Martin Luther. Przywieziony zaraz po północy. Wypadek kolejowy.

— A co z tym facetem, który zginął dziś rano podczas strzelaniny na Adolf Hitler Platz?

Kierownik westchnął, polizał pożółkły od nikotyny palec i obrócił kartkę.

— Mężczyzna, około sześćdziesięciu lat, zidentyfikowany jako Alfred Stark. Przywieźli go przed godziną.

— To ten. Jak został zidentyfikowany?

— Miał w kieszeni dowód.

— Dobrze. — March ruszył zdecydowanym krokiem w stronę windy, przecinając wszelkie ewentualne protesty. — Sam znajdę drogę.

1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)