Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Obecność Yezda wybiła Skylitzesa z jego złotego snu. Dotknął rękojeści miecza, pomrukując groźnie:
— Powinienem zająć się tym, co ogień spartaczył.
Bogoraz spojrzał mu w oczy, wcale nie przestraszony. Poseł z Yezd nie miał ze sobą broni. Bawił się guzikami z jasnego mosiądzu — czy też ze złota? — spinającymi jego brązowy wełniany płaszcz, który z tyłu był o wiele dłuższy niż z przodu. Pod płaszczem nosił kaftan z jakiegoś lekkiego materiału, w różnokolorowe, pionowe prążki.
— Dlaczego uważasz, że jestem mniej uczciwy niż ty? — powiedział z gestem sardonicznego rozbawienia. Gorgidas zwrócił uwagę na jego ręce; szczupłe i eleganckie, z długimi spiczastymi paznokciami. Ręce chirurga — pomyślał Grek.
— Bo do cholery, jesteś — powiedział Skylitzes, nie bawiąc się w uprzejmości.
— Spokojnie, mój przyjacielu — Goudeles położył rękę na ramieniu oficera. — Prawda jest taka, że on sam musi być czarownikiem, choć nie chce się do tego przyznać, i zna zaklęcia, które powstrzymają ogień. — Chociaż mówił do Skylitzesa, obserwował Bogoraza, czekając na jakiś gest zaniepokojenia, który potwierdziłby jego słowa.
Ale Bogoraz nie dał się nabrać.
— Ależ, po co mi magia? — zapytał, a z jego uśmiechu można było wyczytać tyle myśli, co z maski szamana. — Naprawdę nie życzę temu Arghunowi nic złego, dopóki będzie robił co powinien. — Maska zsunęła się odrobinę, odsłaniając twarz drapieżnika.
Viridoviks popijał kavass z bukłaka. Siedzący obok Targitaus, który podał mu napój przed chwilą, beknął głośno i poklepał się po brzuchu.
— To jest właśnie dobry kavass — powiedział. — Delikatny, ale i mocny, jak zad muła.
— Muła, powiadasz? — Viridoviks coraz rzadziej potrzebował tłumaczenia Lipoxaisa — bardzo dużo rozumiał już z języka khamorth, choć kiedy mógł odpowiadał po videssańsku. — Taa… i smakuje też jak zad muła. Brakuje mi mojego wina.
Kilku nomadów zachichotało, inni zmarszczyli brwi, słysząc jak drwi się z ich tradycyjnego napitku.
— Co on powiedział? — spytała żona Targitausa, Borane — jak większość kobiet nie znała w ogóle videssańskiego. Wódz przetłumaczył krótko. Borane przewróciła oczami, potem mrugnęła do Celta. Była kobietą w średnim wieku, a jej uroda stawała się powoli tylko wspomnieniem. Jakby chcąc jakoś odsunąć od siebie nieubłagany upływ czasu, zachowywała się jak kociak, co zupełnie nie szło w parze z jej wymiarami.
Córka Borane, Seirem, była lustrzanym odbiciem jej piękna sprzed jakichś dwudziestu lat.
— Jeżeli nasz kuzyn-krwi nie lubi kavassu — powiedziała Seirem do Targitausa — może spodoba mu się namiot zmysłów.
— Co to było to ostatnie? — spytał Lipoxaisa Viridoviks — zrozumiał pojedyncze słowa, ale nie wiedział, co mają tu oznaczać.
— Namiot zmysłów — przetłumaczył enaree uprzejmie. Zakładał, że znaczenie tego wyrażenia jest tak oczywiste, że nie potrzebuje dodatkowych wyjaśnień.
— Na rogi mojego najlepszego byka! — wykrzyknął Targitaus. — On nie zna namiotu zmysłów! — odwrócił się do sług. — Kelemerish! Tarim! Przynieście zasłony, kocioł i nasiona.
Służący skwapliwie rzucili się do skórzanych toreb po północnej stronie namiotu. Tarim, młodszy z tej dwójki, przyniósł Targitausowi okrągły mosiężny kocioł z dwoma uchami, wypełniony prawie po brzegi dużymi, okrągłymi kamieniami. Targitaus postawił go na ogniu. Kelermish podał wodzowi skórzaną torebkę wielkości pięści, ściągniętą u góry rzemykiem. Ten otworzył ją i wysypał całą garść brązowo-zielonych ziarenek, łodyg i pokruszonych liści na swoją dłoń.
Widząc ogłupiałą minę Viridoviksa, powiedział:
— To oczywiście konopie.
— Czy będziesz w takim razie splatał powróz? — Gal żałował, że nie ma z nim Gorgidasa, który zrozumiałby, o co chodzi w tym wszystkim. Targitaus tylko prychnął. Tarim i Kelermish ograniczali przestrzeń wokół ogniska, podwieszając pod sufitem filcowe koce i budując namiot w namiocie.
Khamorthcki wódz zajrzał do kotła — kamienie zaczynały już się żarzyć. Chrząknął z zadowoleniem i wyciągnął brązowe naczynie z ognia, zaczepiając o ucho długi metalowy pręt. Gdy ustawiał je ostrożnie przed Viridoviksem, reszta domowników przysunęła się bliżej do Gala.
— Będziesz miał dzisiaj najlepsze miejsce.
— Tak? A co mam zrobić z tymi wszystkimi kamieniami? Gorący kamień może być bardzo pożyteczny, jeśli owinie się go w materiał i rozgrzeje zimne łóżko, ale to wszystko, co przychodzi mi do głowy. A na pewno nie zjem dla was michy węgli.
Gdyby Targitaus był Videssanczykiem, odpowiedziałby na drwiny Viridoviksa jakąś wymyślną i ciętą ripostą, ale on rzucił tylko garść zielonego śmiecia, które trzymał w ręce, na rozpalone do czerwoności kamienie. Gęsta chmura dymu podniosła się znad kotła. Nie był to zapach palonej trawy, jak spodziewał się Viridoviks. Był o wiele bardziej intensywny, słodki, niemal aromatyczny — nozdrza Gala drgały same z siebie.
— Na co czekasz? — powiedział Targitaus. — Nie marnuj dobrego miejsca. Nachyl się i wciągnij głęboko powietrze.
Kuszony przez intrygujący zapach, Viridoviks pochylił się nisko nad kotłem, tak że czuł gorąco bijące mu w twarz. Wciągnął wielki haust dymu — a potem krztusił się i kaszlał rozpaczliwie, próbując go wydmuchnąć. Piersi i tchawica piekły go tak, jakby połknął rozpalony ołów. Łzy leciały mu po policzkach.
— Och moje biedne, przypalone płuca — wycharczał głosem, który był w tej chwili tylko wspomnieniem łagodnego barytonu.
Nomadzi byli rozbawieni jego męczarniami, co tylko pogarszało stan rzeczy.
— Dobry sposób na rozdmuchanie dymu — zachichotał Targitaus i sam wciągnął dym o wiele bardziej rozrzedzony, trzymając go w płucach tak długo, że Gal zastanawiał się, czy za chwilę mu nie pękną. Pozostali nomadzi robili to samo i uśmiechali się leniwie.
— On tego nie zna, tato. Myślę, że zrobiłeś to specjalnie — oskarżyła swojego ojca Seirem. — Daj mu spróbować jeszcze raz.
Krzaczaste brwi wodza i jego połamany nos sprawiały, że nie mógł wyglądać na niewinnego, czy był nim czy nie. Rzucił następną garść ziaren i liści na gorące kamienie. Nowa chmura dymu uniosła się znad kamieni. Gestem zachęcił Viridoviksa do drugiej próby.
Tym razem Celt był ostrożniejszy. Nie potrafił powstrzymać grymasu, który wykrzywił mu twarz — jakkolwiek miły był jego zapach, dym smakował jak rozżarzone chwasty. Znowu zaczął kaszleć, ale zacisnął zęby i zatrzymał większość w płucach. Kiedy w końcu go wypuścił, widział swój oddech, jak w mroźny zimowy poranek.
To było interesujące. Myślał o tym przez kilka sekund. Zdawały się rozciągać w nieskończoność. To też było interesujące. Spojrzał na Targitausa przez zamglone powietrze, które stawało się coraz mniej przejrzyste, w miarę jak wódz dorzucał suszone konopie do kotła.
— Ho ho, niezłe dymki tu sobie puszczacie.
Targitaus nie odpowiedział, bo właśnie znowu wciągał dym. Viridoviks nie obraził się. Sam zaciągnął się głęboko, czując łagodną ociężałość za oczami.
Było to doznanie bardzo różne do tego, które było efektem zbyt dużej ilości wina. Gal po wypitce stawał się bardzo energiczny, zawsze gotowy do śpiewu i do walki. Teraz, po prostu odizolował się od świata w bardzo przyjemny sposób. Wiedział, że mógłby wstać i zrobić cokolwiek, gdyby zaszła taka potrzeba, ale on nie widział takiej potrzeby. Nawet myślenie zaczęło go już nudzić i męczyć.
Przestał więc zastanawiać się nad czymkolwiek, oparł się na łokciach i przyjrzał leżącym dokoła nomadom. Niektórzy rozkładali się swobodnie, bezwładni jak on. Inni przechadzali się powoli, rozmawiając ściszonymi głosami. Lipoxais grał jakąś skoczną melodię na flecie z białej kości. Nuty zdawały się błyszczeć w powietrzu i ciągnąć Viridoviksa za sobą.