Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
A potem wysyłają ci karmiącą matkę na placówkę o setki mil stąd, jak gdyby nigdy nic, pomyśleć tylko! Nie wydaje mi się, żebyś mógł się tam z nią połączyć. Dokąd to ją wysłali?
— Na Północny Wschód. Chciałbym już pójść na śniadanie, Bunub, jestem głodny.
— Czy to nie typowe, co oni zrobili pod twoją nieobecność?
— A cóż takiego zrobili pod moją nieobecność?
— Wysłali ją gdzieś na koniec świata, rozbili partnerstwo. — Czytała kartkę od Sabula, rozprostowawszy ją starannie. — Już oni wiedzą, kiedy się wtrącić! Wygląda mi na to, że wyprowadzisz się teraz z tego pokoju, prawda? Nie dadzą ci zatrzymać dwójki. Takver zapowiadała, że niedługo wróci, ale ja widziałam, że usiłuje sobie tylko dodać otuchy. Wolność, mamy to niby być wolni, wolne żarty! Przerzucani z miejsca na miejsce…
— Do diabła, Bunub, gdyby Takver nie chciała przyjąć tego skierowania, najzwyczajniej by odmówiła. Przecież wiesz, że grozi nam głód.
— Mhm. Zastanawiam się tylko, czy ona nie miała już dosyć siedzenia na miejscu. To się często zdarza po urodzeniu dziecka.
Od dawna uważałam, że powinniście oddać je do przedszkola.
Wciąż tylko płakało i płakało. Dzieci stają między partnerami.
Wiążą im ręce. To naturalne, jak powiedziałeś, że zapragnęła odmiany i skorzystała z pierwszej nadarzającej się okazji.
— Nie powiedziałem tego. Idę na śniadanie.
Wyszedł, czując pulsujący ból w pięciu czy sześciu wrażliwych miejscach, które Bunub celnie uraziła. Potworne w tej kobiecie było to, że wyrażała głośno jego własne najpodlejsze obawy. Została w pokoju, najpewniej po to, żeby zaplanować przeprowadzkę.
Ponieważ zaspał, dotarł do jadłodajni tuż przed zamknięciem.
Zgłodniały po podróży, wziął podwójną porcję owsianki i chleba.
Chłopiec zza bufetu spojrzał nań z przyganą. W tych czasach nie brało się podwójnych porcji. Szevek odpowiedział mu gniewnym spojrzeniem, nie udzielając żadnych wyjaśnień. Od osiemdziesięciu paru godzin nie jadł nic prócz dwóch misek zupy i kilograma chleba, miał więc prawo odbić sobie za to; ani myślał się usprawiedliwiać. Istnienie jest samo dla siebie usprawiedliwieniem, potrzeba — prawem. Był odonianinem, poczucie winy zostawiał spekulantom.
Usiadł przy wolnym stoliku, ale natychmiast przysiadł się do niego Desar, uśmiechając się i świdrując go — a raczej przestrzeń obok niego — niepokojącym zezem.
— Wyjechałeś — zauważył.
— Zaciąg na farmę. Sześć dekad. Co tu słychać?
— Marnie.
— Będzie jeszcze marniej — orzekł Szevek, bez zbytniego jednak przekonania, bowiem jadł i owsianka smakowała mu wybornie. Frustracja, niepokój, głód! — podpowiadało mu przodomózgowie, siedziba intelektu; na co tyłomózgowie, dziki i hardy lokator głębokich mroków na tyłach czaszki, odpowiadało: Masz co jeść!
Masz co jeść! Byczo, byczo!
— Widziałeś Sabula?
— Nie. Późno wczoraj przyjechałem. — Popatrzył na Desara i dorzucił, siląc się na obojętność: — Takver dostała skierowanie w ramach akcji „Głód „; musiała wyjechać przed czterema dniami.
Tamten przytaknął ze szczerą obojętnością.
— Słyszałem. Słyszałeś o reorganizacji w Instytucie?
— Nie. O co chodzi?
Matematyk rozłożył na stole długie, szczupłe dłonie i zapatrzył się na nie. Zawsze mówił zwięźle i wyrażał się stylem telegraficznym, w istocie jąkał się; czy się jednak potykał na słowach, czy na moralnych skrupułach, tego Szevek nigdy nie ustalił. I choć lubił Desara — chociaż sam nie wiedział za co — przychodziły takie chwile, że go serdecznie nie cierpiał — i również nie wiedział za co.
To była właśnie jedna z takich chwil. W wyrazie ust tamtego, w jego spuszczonych oczach — podobnych do spuszczonych oczu Bunub — czaiła się jakaś przebiegłość.
— Czystka. Redukcja do personelu podstawowego. Szipeg wyleciał. — Szipeg był znanym z tępoty matematykiem, któremu udawało się zawsze, drogą uporczywego schlebiania studentom, załatwiać sobie co semestr kurs na ich życzenie. — Odesłali go. Do jakiegoś okręgowego instytutu.
— Mniej narobi szkód, gracując holum — stwierdził Szevek.
Wydało mu się teraz (gdy już zaspokoił głód), że susza może w ostatecznym rachunku wyjść organizmowi społecznemu na zdrowie. Sprawy o pierwszorzędnym znaczeniu ukażą się znowu w wyraźniejszym świetle. Wyczyści się miejsca słabe, rozmiękłe, chore, przywróci sprawne funkcjonowanie rozleniwionym organom, usunie tłuszcz z polityki.
— Przemówiłem za tobą na zebraniu Instytutu — powiedział Desar, podnosząc oczy, lecz nie spotykając (bo spotkać nie mógł) oczu Szeveka. Jeszcze nie skończył, a Szevek już wiedział — choć nie rozumiał jeszcze, o co tamtemu chodzi — że matematyk kłamie.
Wiedział to na pewno. Desar nie przemówił za nim, ale przeciw niemu.
Zrozumiał teraz doskonale powód swoich niechęci do Desara; u ich korzeni leżało przeczucie, dotąd nieuświadamiane, że w charakterze tamtego tkwi pierwiastek czystej złośliwości. Fakt, że Desar go kochał i starał się nim owładnąć, był dlań równie oczywisty, co i obrzydliwy. Pokrętne drogi zawłaszczania, labirynty miłości/nienawiści nie miały dla niego znaczenia; wyzywający i oschły, przenikał przez te mury jak przez powietrze. Nie odezwał się już do matematyka ani słowem, skończył śniadanie, wyszedł ze stołówki i — przeciąwszy kwadratowy dziedziniec, skąpany w blasku pogodnego, wczesnojesiennego poranka — skierował kroki do dziekanatu fizyki.
Wszedł do pokoju na zapleczu, nazywanego powszechnie „biurem Sabula” — tego samego, w którym spotkali się po raz pierwszy i w którym Sabul wręczył mu gramatykę i słownik jeżyka ajońskiego. Sabul łypnął ostrożnie zza biurka i opuścił wzrok — tonący w papierach, zapracowany, roztargniony naukowiec; potem pozwolił, by obecność Szeveka dotarła do jego przeciążonej świadomości; wreszcie go przywitał, wylewnie jak na niego. Postarzał się i wychudł; kiedy zaś wstał, okazało się, że garbi się bardziej niż zwykle, takim pokornym rodzajem garbienia się.
— Niedobre czasy, co? — mruknął. — Niedobre czasy!
— Jeszcze się pogorszą — rzucił od niechcenia Szevek. — Co słychać?
— Niedobrze, niedobrze. — Sabul pokręcił szpakowatą głową. — To niepomyślne czasy dla czystej nauki, dla intelektualistów.
— A czy kiedy są pomyślne?
Sabul roześmiał się z przymusem.
— Przyszło coś dla nas latem z Urras? — zapytał Szevek, robiąc sobie miejsce na ławce. Usiadł i założył nogę na nogę. Opalił się na polach Południowyżu, jego jasna cera zbrązowiała, a delikatny puszek okrywający twarz pojaśniał srebrzyście. W porównaniu z Sabulem wyglądał młodo, zdrowo i smukłe. Obaj zdawali sobie sprawę z tego kontrastu.
— Nic ciekawego.
— Żadnych omówień Zasad?
— Nie — prychnął opryskliwie Sabul, tonem bardziej już do niego podobnym.
— Żadnych listów?
— Żadnych.
— To dziwne.
— Co w tym dziwnego? Czegoś się spodziewał, wykładów na Uniwersytecie Ieu Eun? Nagrody Seo Oen?
— Spodziewałem się recenzji i replik. Dość było czasu — powiedział to jednocześnie z Sabulem, który stwierdził:
— Jeszcze za wcześnie na recenzje.