Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— Oczywiście — zgodził się i wybrał trzy z nich.
Sierżant Colon zamknął oczy.
Po kilku sekundach je otworzył, bo strażnik znów się odezwał.
— No dobrze, ale trzema to każdy potrafi.
— W takim razie może pan Al-jibla zechce mi dorzucić jeszcze kilka? — zaproponował Patrycjusz; owoce prześlizgiwały mu się przez dłonie.
Sierżant Colon zamknął oczy po raz drugi.
— Siedem to całkiem nieźle — stwierdził po krótkiej chwili strażnik. — Ale to tylko melony.
Colon otworzył oczy.
Klatchiański strażnik odsunął połę szaty. Pół tuzina noży do rzutów błysnęło groźnie. Podobnie jak jego zęby.
Vetinari skinął głową. Ku rosnącemu zdumieniu Colona zdawało się, że wcale nie patrzy na wirujące melony.
— Cztery melony i trzy noże — powiedział. — Gdybyś zechciał, panie, przekazać te noże mojej czarującej asystentce Beti…
— Komu? — spytał Nobby.
— Tak? A czemu nie siedem noży?
— Szlachetni panowie, to byłoby zbyt łatwe — odparł Vetinari[13]. — Jestem tylko prostym żonglerem. Pozwólcie mi, proszę, doskonalić swoją sztukę.
— Beti? — powtórzył Nobby, spoglądając wściekle spod welonów.
Trzy owoce wyfrunęły z gracją z zielonego wiru i ze stukiem wylądowały na tacy Al-jibli.
Strażnicy spojrzeli czujnie i — zdaniem Colona — nerwowo na przebranego kaprala, który bliski był przebrania się cierpliwości.
— Ona nie będzie wykonywać żadnych tańców, prawda? — zapytał jeden z nich.
— Nie! — warknęła Beti.
— Obiecujesz?[14]
Nobby złapał trzy noże i wyrwał je strażnikowi zza pasa.
— Może ja je podam jego lo… mu? Dobrze, Beti? — zaproponował Colon.
Nagle nabrał przekonania, że zachowanie Patrycjusza przy życiu to prawie na pewno jedyny sposób uniknięcia szybkiego papierosa na słońcu. Zauważył też, że więcej zaciekawionych pokazem ludzi zmierza w ich kierunku.
— Do mnie, proszę… Al. — Vetinari skinął głową.
Colon rzucił mu noże, powoli i delikatnie. Zaraz spróbuje pozabijać strażników, pomyślał. To tylko podstęp. A potem wszyscy rozerwą nas na strzępy.
Wirujący krąg błyskał miejscami w blasku słońca. Gapie pomrukiwali z aprobatą.
— Ale trochę to nudne — uznał Patrycjusz.
Jego ręce poruszyły się po skomplikowanym torze, który sugerował, że przeguby musiały co najmniej dwa razy przemieścić się jeden przez drugi.
Zbita masa owoców i sztućców wzleciała w górę.
Trzy melony opadły na ziemię, przecięte gładko na połowy.
Trzy noże wbiły się w piach o kilka cali od sandałów ich właściciela.
A sierżant Colon spojrzał w górę, prosto w rosnący, zielonkawy, coraz większy…
Melon wybuchnął, podobnie jak publiczność. Jednak i śmiech, i humor nie docierały jakoś do Colona, kiedy zdrapywał z uszu przejrzały miąższ.
Instynkt przetrwania włączył się ponownie. Zatocz się do tyłu, podpowiedział. Colon zatoczył się więc do tyłu, machając wysoko nogami. Upadnij ciężko, podpowiedział instynkt. Colon usiadł i o mało co nie zgniótł kurczaka. Strać godność, podpowiedział instynkt. Z tego najłatwiej możesz zrezygnować.
Vetinari pomógł mu wstać.
— Nasze życie zależy od tego, czy wydasz się im tłustym, niezgrabnym idiotą — szepnął, wciskając Colonowi fez na głowę.
— Nie potrafię dobrze udawać, sir…
— To świetnie.
— Tak jest, sir.
Patrycjusz zebrał trzy połówki melonów i niemal w podskokach ruszył do jakiejś kobiety, która właśnie rozkładała swój towar. Przebiegając, porwał jej z kosza jajko. Sierżant Colon zamrugał niepewnie. To przecież nie może być prawda… Patrycjusz tak się nie zachowuje…
— Panie i panowie! Widzicie? Oto jajko! A tutaj mamy… skórki melonów! Jajko, melon! Melon, jajko! Przykrywamy jajko melonem! — Jego dłonie przeskakiwały między trzema połówkami, przesuwając je z oszałamiającą prędkością. — Krążą, krążą… o tak. Gdzie jest teraz jajko? Co powiesz, szachu?
Al-jibla uśmiechnął się z wyższością.
— To ta po lewej — oświadczył. — Zawsze jest po lewej.
Vetinari podniósł melona. Deska pod nim okazała się bezjajeczna.
— A ty, szlachetny strażniku?
— To pewnie będzie ta w środku.
— Tak, oczywiście! Och, nie ma…
Gapie patrzyli na trzecią połówkę. Byli ludźmi ulicy i znali zasady. Kiedy jakiś obiekt może być pod jednym z trzech przedmiotów, a już się okazało, że nie ma go pod dwoma, to jedyne miejsce, gdzie nie ma go na pewno, znajduje się pod trzecim przedmiotem. Tylko jakiś naiwny dureń mógłby sądzić inaczej. Oczywiście, że to tylko sztuczka. Ale warto patrzeć, żeby zobaczyć sztuczkę dobrze wykonaną.
Mimo to Vetinari uniósł melon i gapie z satysfakcją pokiwali głowami. Oczywiście, że jajka tam nie było. Zły byłby to dzień dla ulicznej rozrywki, gdyby rzeczy znajdowały się tam, gdzie powinny.
Sierżant Colon wiedział, co za chwilę nastąpi — a wiedział, ponieważ mniej więcej od minuty coś dziobało go w głowę.
Świadom, że nadeszła właściwa chwila, uniósł fez i odsłonił małego, puszystego kurczaczka.
— Ktoś ma ręcznik? Obawiam się, że właśnie poszedł do wygódki na mojej głowie, sir.
Zabrzmiały śmiechy, oklaski oraz — ku zaskoczeniu sierżanta — brzęk monet wokół jego stóp.
— I wreszcie — oznajmił Patrycjusz — piękna Beti wykona taniec egzotyczny.
Tłum ucichł. Po chwili odezwał się ktoś z tyłu:
— Ile musimy jej zapłacić, żeby nie tańczyła?
— Wystarczy! Mam już tego dosyć! — Z powiewającymi za nią welonami, z dzwonieniem bransolet, z pracującymi groźnie łokciami i butami krzeszącymi iskry, piękna Beti ruszyła w stronę patrzących. — Który to powiedział?
Ludzie rozstępowali się przed nią — armie by się rozpierzchły. Aż wreszcie, odsłonięty niczym meduza opuszczona przez cofającą się nagle falę, na środku pozostał nieduży człowieczek, który za chwilę miał się smażyć w ogniu wzbierającego gniewu Nobbsa.
— Nie chciałem cię urazić, sarniooka…
— Aha! Czyli jestem jak zwierzę, tak? — Z trzaskiem bransolet Nobby wymierzył cios, powalając człowieczka na ziemię. — Wiele musisz się jeszcze nauczyć o kobietach, młodzieńcze!
A potem, ponieważ Nobbs nigdy nie mógł się oprzeć pokusie leżącego celu, smukła Beti uniosła stopę w okutym żelazem bucie…
— Beti! — rzucił ostro Patrycjusz.
— Och, jasne, oczywiście! — powiedział Nobby z zawoalowaną pogardą. — Każdy może mi mówić, co mam robić, tak? Dlatego że akurat jestem kobietą, mam się na to wszystko godzić, tak?
— Nie, tylko że nie powinieneś kopać go w rozkrok — syknął Colon, odciągając kolegę na bok. — To robi niedobre wrażenie.
Zauważył jednak, że kobiety wśród tłumu wydawały się rozczarowane nagłym zakończeniem pokazu.
— Wiele niezwykłych historii możemy wam jeszcze opowiedzieć! — zawołał Patrycjusz.
— Beti na pewno może — mruknął Colon i zarobił mocnego kopniaka w kostkę.
— I wiele niezwykłych widoków pokazać!
— Beti na… aargh!
— Teraz jednak poszukamy cienia w tamtym karawanseraju…
— Co zrobimy?
— Pójdziemy do pubu.
Tłum rozpraszał się z wolna. Niektórzy oglądali się z rozbawieniem na trio artystów.
13
Żonglerzy potwierdzą, że żonglowanie takimi samymi przedmiotami zawsze jest łatwiejsze od mieszaniny kształtów i rozmiarów. Sprawdza się to nawet w przypadku pił motorowych, chociaż oczywiście gdy żongler nie złapie pierwszej piły, jego kłopoty dopiero się zaczynają. Za chwilę pojawią się kolejne.
14
Wygląd kaprala Nobbsa można opisać następująco. Jedno z pomniejszych praw uniwersum narracyjnego stwierdza, że dowolny mężczyzna o typowych rysach twarzy, który z jakiejś przyczyny musi przebrać się za kobietę, staje się najwyraźniej bardzo atrakcyjny dla innych, poza tym całkowicie normalnych mężczyzn, co prowadzi — jak twierdzą starożytne teksty — do prześmiesznych rezultatów. Ale w tym wypadku prawa walczyły z faktem kaprala Nobby’ego Nobbsa, i skapitulowały.