Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
A potem zapadła ciemność.
Obudziłem się w mojej kopule. Jeśli wciąż był ten sam dzień, to leżałem bez przytomności niedługo, bo słońce ledwo chyliło się ku zachodowi daleko nad bagienną równiną.
Nic mnie nie bolało, po prostu leżałem na macie, jakby cała wycieczka na dolny poziom twierdzy była snem.
Znalazłem ręcznik i wytarłem nim głowę, ale nie znalazłem na płótnie śladów krwi. Ranki, które zadano mi oświcie, zdążyły się zasklepić, a nowych nie było.
Przeklęte igły może i potrafiły leczyć, lecz nie chciałem już nigdy mieć z nimi nic do czynienia.
Wyszedłem przed kopułę do krawędzi tarasu, a potem siedziałem z nogami zwieszonymi w przepaść i patrzyłem na odległe góry. Gdzieś tam znajdowała się pustynia Nahel Zym. Nieprzebyte morze piachu i skał, w które ośmielali zapuszczać się tylko nieliczni, a jeszcze mniej zdołało stamtąd wrócić. Bezwodne pustkowia, uroczyska ipiaskowe demony. Złowrogi Erg Krańca Świata. Jeszcze za panowania mojego dziadka w głąb Nahel Zymu wysłano kilka wypraw wojennych. Raz nawet binlik ciężkiej piechoty pustynnej, z rydwanami, bronią i zapasami, pod wodzą szalonego basaara Kitargeja. Nikt ich więcej nie widział. Tysiąc zaprawionych w boju żołnierzy, baktriany, ornipanty, dwadzieścia rydwanów. Wszystko pochłonął piach, który teraz miałem przemierzyć.
Wspaniale. Byłem przecież Nosicielem Losu. Ojciec chciał, żebym poszedł w wydmy Nahel Zymu i spotkał swój los. Dobrze. Według mnie oznaczało to los wyschniętego trupa leżącego wśród piachu i kamieni na żer sępów i szakali. Niech i tak będzie, jeśli mój lud będzie miał z tego pożytek.
Za moimi plecami niebo zabarwiło się karmazynem i purpurą, a przede mną nad odległymi górami wstawał zmierzch, granatowofioletowy jak włosy Aiiny. Siedziałem tak, aż nagle padł na mnie długi, ostatni dzisiaj cień.
Stała tam z koszykiem w ręku, na tle pożaru zachodu była tylko smukłą, czarną sylwetką, ale i tak ją poznałem.
— Doprawdy, mogli przysłać kogoś innego — rzuciłem ze znużeniem. — Przyszłaś mnie zabić, bo dotknąłem twojego klanowego noża?
Postawiła kosz na ziemi, oparła dłonie na udach, pochyliła głowę i zastygła w milczeniu.
— Moje zachowanie było niewybaczalne — odparła szybko i bardzo niewyraźnie. Dodała jeszcze coś, co mogło brzmieć jak kodai massa, tohimon, choć niekoniecznie.
— Nie usłyszałem cię — powiedziałem bezlitośnie.
— Jeszcze nikt nigdy nie zrugał mnie tak, jak wielebny Mrok. Zostałam upokorzona. Dostałam rozkaz, by przynieść ci kolację i złożyć korne przeprosiny. Naplułeś mi w twarz. Odebrałeś nóż przy wszystkich i nadal żyjesz. Zhańbiłam cały klan Ryby. Ale gdybym wypełniła rozkaz i przyniosła ci pod nos twój przeklęty posiłek, nie zacząłbyś się szwendać po obozie, szlachetny tohimonie, nie naraziłbyś na szwank życia swojego towarzysza oraz swojej wspaniałej misji. Dlatego przepraszam najuprzejmiej. Zachowałam się niewybaczalnie. Kodai massa, tohimon.
— Nawet twoje przeprosiny są aroganckie — wycedziłem. — Kilka razy w życiu mnie przeproszono. Zrobił to nawet Mrok. Umiem odróżnić skruchę od buty i bezczelności. Gdy popełni się błąd, przyznanie się do tego nie jest hańbą i nikogo nie upokarza. Jest dowodem mądrości i odwagi. Może kiedyś się tego dowiesz, ale mnie to niewiele obchodzi. Niech się tym martwi Mrok albo ktoś, kto w ataku zaćmienia umysłu postanowi z tobą żyć. Ja i tak wkrótce muszę stąd odejść i nie sądzę, żeby udało mi się długo przeżyć. Więc skończ z tym ukłonem, bo to się robi śmieszne.
Wyprostowała się, a potem uklękła na ziemi i otworzyła pokrywę kosza.
— Nie jestem Amitrajką. Jestem wolnym człowiekiem. Umiem wypełnić rozkaz, ale umiem też myśleć. Myślałam, że Kirenenom wolno myśleć. Każdy ma swoją Drogę Pod Górę, którą przemierza sam, nei?
— Tak, tylko że jest wojna. W czasie wojny ktoś musi dowodzić. Padają rozkazy, które trzeba wykonywać, nawet jeśli wydają się głupie. Dowódca polowy nie może tłumaczyć każdemu włócznikowi, dlaczego teraz chce szyk klina, a za chwilę „bycze rogi". Wydaje rozkaz. Sam muszę taki wypełnić, choć nie rozumiem, po co. To agiru. Zgodziłem się na to, bo jestem wolny. I skoro się zgodziłem, to teraz jestem posłuszny. Zostaw te miski, nie musisz przy mnie siedzieć. Umiem sam jeść.
— Muszę — oznajmiła ponuro. — Mrok nie tylko kazał mi cię przeprosić, ale też usługiwać przy posiłku, jak służącej.
— Litości... — westchnąłem. — Zwalniam cię z tego rozkazu.
— Nie możesz. To moje agiru. Jedynie Mrok może mnie zwolnić.
Usiadłem na gładkiej skale i patrzyłem, jak wyciąga z kosza kawałek czystej maty, blaszane miski włożone jedna na drugą, łyżki i szczypczyki.
Nałożyła potrawkę. Mięso, warzywa i ostry sos. Hyszmysz. Był aromatyczny, ale palił jak ogień. Ponoć pozwalał unikać zatrucia, nawet jeśli mięso było popsute. Wojskowe jedzenie. Potrawka, durra, trochę chleba, długa cebula, by uniknąć zgnilizny dziąseł.
Wyjęła tykwę i nalała mi palmowego wina.
— Nałóż sobie także — powiedziałem. — Wystarczy dla dwojga. Ja teraz niewiele jem.
— Miałam ci usługiwać, nie towarzyszyć — odparła z uporem.
Wzruszyłem ramionami.
— Nie ma dość naczyń — odezwała się po jakimś czasie.
— Jest pusta miska od kaszy — zauważyłem. — W koszu jest też jeszcze jedna łyżka. Wino możemy pić z jednej czarki.
— Coś takiego! To byłoby prawie jak pocałunek. Co ty sobie wyobrażasz?
— Mówiłem ci już, że jest wojna. A wojna jest okropna.
Robiło się ciemno. Na tarasie poniżej po kolei zapalały się małe ogniska, migocące w mroku niczym rozsypane rubiny.
Woda westchnęła, przewróciła oczami, lecz nałożyła sobie durry i potrawki do drugiej miski. Milczeliśmy.
— Co to znaczy, że jesteś Nosicielem Losu?
— To znaczy, że muszę pójść, gdzie mi kazano, chociaż nie ma w tym widocznego sensu. Bo Wiedzący uważali, że z tego ma wyniknąć jakieś dobro dla nas wszystkich. To wszystko. Ale nie pytaj, co to naprawdę znaczy. Dla mnie nic. Podobno są linie zdarzeń, które łączą ludzi, rzeczy i miejsca.
— To po prostu los — odparła. — Każdy ma jakiś los. Swoją Drogę Pod Górę. Tylko że wszystko zależy od tego, co wybierzesz w danej chwili życia. Można iść wieloma ścieżkami. Twój los będzie inny zależnie od tego, czy spróbujesz mnie teraz pocałować, skoczysz z tego urwiska, wylejesz sobie sos na głowę, czy spokojnie zjesz kolację. Ale niewiele więcej możesz wybrać. Bowiem nie utoniesz tutaj ani nie odfruniesz. Zatem każdy ma wiele losów. Wiedzący musieli uznać, że istnieje taka wersja twojego losu, która wpłynie na nas wszystkich. Zazwyczaj niesie się Pod Górę własny. Ale ty jesteś inny. Wleczesz widocznie na barkach ścieżkę życia tysięcy Kirenenów, mimo że o tym nie wiesz. Dlatego jesteś Nosicielem Losu.
— Dużo mi lżej od tego — burknąłem. — Zapal, proszę, lampę.
Skrzesała ogień i po chwili migotliwy płomyk pomalował jej twarz złotym blaskiem. Wielkie, podłużne oczy, płaski nos i pełne, kształtne usta, jakby trochę za duże do jej drobnej twarzy. Niezbyt długie, ciemnofioletowe włosy, z tyłu związane na karku w mały kucyk, niemal znikły w ciemności nocy.
— Byłoby lepiej, gdyby Wiedzący powiedzieli mi, o co im chodzi. Gdybym wiedział, co mam zrobić, po prostu bym to zrobił. A tak wskazali mi tylko jakiś kierunek. Skąd mam wiedzieć, który wybór będzie właściwy? Sama powiedziałaś, że każdy ma wiele losów. Jak więc mam podążyć za tym, który jest dobry dla Kirenenów? Jak mam go rozpoznać? Wiedza, że od tego zależy przyszłość wszystkich, wcale mi nie pomaga. Mam skoczyć z urwiska? Czy cię pocałować?