Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
- Автор: Мэй Джулиан
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Alfa-Wero
- ISBN: 83-7001-781-9
- Переводчик: Juliusz W. Garztecki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:
Elżbieta podbiegła do drzwi wewnętrznej komnaty i rozsunęła kotary. Kilka kobiet, zarówno ludzkich, jak i tańskich, zajmowało się młodą matką, człowieczą kobietą w złotym naszyjniku. Estella Sirone uśmiechała się trzymając przy prawej piersi śliczną dziewczynkę. Obok niej klęczał Cranovel i ocierał jej czoło.
Pielęgniarka Tanu w czerwieni przyniosła drugie dziecko, by je pokazać Elżbiecie. Był to malutki chłopiec, ważący około dwóch kilogramów, pomarszczony jak starzec, z ogromną głową gęsto porośniętą ciemnymi mokrymi włosami. Miał szeroko otwarte oczy, a z ust pełnych maleńkich ostrych zębów wydobywał się cienki skrzek. Pod spojrzeniem Elżbiety człowieczek zamigotał i pokrył się sierścią na całym ciele, znów zamigotał i zmienił się w sobowtóra swej pulchnej blond siostrzyczki.
— To Firvulag, przemieniec — oznajmiła pielęgniarka. — To bratnie cienie Tanów od początku świata. Zawsze przy nas, zawsze przeciw nam. Na szczęście rzadko się zdarza, by rodzili się jako bliźniacy. Większość z nich umiera przy porodzie, a matki wraz z nimi.
— Co z nim zrobicie? — spytała Elżbieta. Zafascynowana, przerażona, wysondowała mały obcy umysł i rozpoznała anormalną modłę, teraz już w pełni oddzieloną od bardziej złożonej struktury psychicznej jego tańskiej siostry.
Wysoka pielęgniarka wzruszyła ramionami — Jego lud czeka na niego. A więc, jak zawsze, oddamy go im. Czy chciałabyś to zobaczyć?
Elżbieta skinęła głową bez słowa.
Pielęgniarka szybko zawinęła noworodka w miękki ręcznik i pośpiesznie wyszła z komnaty porodowej. Elżbieta z najwyższym wysiłkiem dotrzymywała jej kroku w biegu na dół, piętro za piętrem, po kamiennych schodach, pustych, rozbrzmiewających echem i rozświetlonych tylko małymi lampkami w kolorze rubinu i bursztynu. Wreszcie dobiegły do piwnicy. Ociekający wilgocią korytarz prowadził aż do zewnętrznych murów miasta i wielkiej zamkniętej śluzy, obok której w wewnętrznej przystani stało mnóstwo pustych małych łódek. We wrotach śluzy znajdowała się furtka z brązowym ryglem, który kosmitka odsunęła.
Uważaj na swój umysł — ostrzegła i wyszła na zewnątrz, ku pełnemu mgły basenowi portowemu.
Świeciły w nim światełka, które rzuciły się ku nim z zatrważającą szybkością, lecz zupełnie bezdźwięcznie. Po nich napłynęło pojedyncze ciemnozielone światło, które zmieniło się w czterometrową kulę toczącą się po powierzchni wody i rwącą wypełniającą basen portowy mgłę na strzępy.
Bardzo ostrożnie Elżbieta rozsunęła tkaninę złudzenia i spojrzała do wewnątrz. Była tam łódź, a raczej mała płaskodenka, popychana bosakiem przez karzełkowatego mężczyznę. Na dziobie siedziała malutka pyzata kobieta z zamkniętym koszykiem na kolanach.
A więc widzisz nas, tak?
Elżbieta zachwiała się; przed jej oczami wybuchła świetlna zapora. Język tak jej spuchł, jakby miał ją udusić. Ręce Elżbiety pokryły się pęcherzami, poczerniały, zaczęły pękać i piec się w żywym płomieniu.
Popamiętasz nas, parweniuszko!
— Ostrzegałam cię — powiedziała kobieta Tanu.
Elżbieta poczuła, że podtrzymują ją obce ręce.
Widziała tylko odpływającą w ciemność płomienną kulę. Usta miała zdrowe, ręce nie uszkodzone.
— Firvulagowie są swego rodzaju aktywnymi metapsychami — dodała pielęgniarka. — Większość z nich potrafi tylko jasno słyszeć i tworzyć iluzje, ale te bywają tak mocne, że nieprzygotowany umysł może przez nie oszaleć. My dajemy sobie nieźle z nimi radę w okresie Wielkiej Bitwy, a także przy większości innych okazji. Ale nie wolno dać im się zaskoczyć.
Noworodek znikł. W kilka chwil później zgasł także zielony blask, a przez strzępy mgły zaczęło przeglądać światło dnia. Wysoko na murach obronnych kobiecy głos śpiewał obce słowa do znanej melodii.
— Wracamy — powiedziała pielęgniarka. — Mój Lord i Lady będą ci bardzo wdzięczni. Musisz przyjąć należne podziękowania, a później posiłek i odpoczynek. Będzie małe święto rodzinne: nadanie dziecku imienia i nałożenie pierwszego, maleńkiego złotego naszyjnika. Proszą, abyś trzymała dziecko podczas tej ceremonii. To wielki zaszczyt.
— Ja jako wróżka chrzestna — szepnęła Elżbieta. — Co za świat! Czy mam także nadać dziecku imię?
— Ono już ma imię. Zgodnie z naszą tradycją nadajemy imię po kimś, kto ostatnio przeszedł na łono Tany. Dziecko będzie się nazywało Epone i dałaby Bogini, by było szczęśliwsze niż ostatnie, które nosiło to imię.
15
Amerie zeszła na brzeg jeziora w chwili, gdy uwolnieni więźniowie balastowali swe pośpiesznie nadmuchane łodzie.
–Musiałam dać Felicji środek uspokajający. Chciała rozedrzeć na sztuki tego biednego cymbała.
— Nic dziwnego — mruknął Klaudiusz. — Mnie też kusiło, gdy sobie przemyślałem sprawę.
Ryszard naciskał obu stopami gruszki syfonowe, pompując wodę do komór dwóch dekamolowych łódek leżących na brzegu, swojej i Klaudiusza. Starszy pan ładował do nich bagaż. Ryszard znowu przebrał się w kostium pirata, krótko poleciwszy mniszce, by „chwilowo” zachowała jego płaszcz kosmonauty. Ale teraz zmiażdżył ją wzrokiem.
— Być może Dougal nieświadomie oddał nam wszystkim przysługę. Kto wie, w co by się zmieniła Felicja, gdyby nałożyła złotą obręcz?
— O to właśnie idzie — przyznał Klaudiusz. — Ale znowu, gdyby ją miała, my nie musielibyśmy się martwić o zagrożenie ze strony żołnierzy, przynajmniej teraz. A w obecnej sytuacji będziemy mieli lada chwila na karku jakieś siły zbrojne. Pole walki nie mogło być daleko od następnego fortu.
— Wy dwaj, jak tylko skończycie, pomóżcie mi z Felicją — powiedziała Amerie. — Yosh przeszukuje bagaż, by odzyskać co trzeba z naszych rzeczy.
— Jest tam broń? — spytał Ryszard.
— Chyba nasze uzbrojenie zostawili w Zamku Przejścia. Jest większość narzędzi. Ale zdaje się, że żadnych map ani kompasów.
Klaudiusz i Ryszard spojrzeli po sobie. Paleontolog powiedział:
— Więc to będzie żegluga na nosa i niech diabli wezmą ostatniego. Zajmij się swoimi sprawami, Amerie. Za parę minut dołączymy.
Po skończonej walce, gdy uwolnili wszystkich więźniów, odbyli pośpieszną naradę i zdecydowali, że największe szanse ucieczki daje podróż wodą, po jednej albo dwie osoby w dekamolowej łódeczce ratunkowej z Zestawu Przeżycia. Tylko pięciu Cyganów zlekceważyło ostrzeżenia Klaudiusza przed niebezpieczeństwem jazdy na wrażliwych na sterowanie obręczami chalikach. Mieli zamiar wrócić i zaatakować posterunek przy moście wiszącym za pomocą zabranej zabitym żołnierzom broni i w ich skrwawionych zbrojach.
Reszta uciekinierów odnowiła więzy zadzierzgnięte jeszcze w gospodzie, poszczególne grupy znów się połączyły; zaplanowano wspólny ratunek. Klaudiusz jako jedyny mający praktyczną znajomość krajobrazu pliocenu zaproponował dwie możliwe drogi ucieczki. Pierwsza, która najszybciej zawiodłaby ich na dzikie tereny, wymagała krótkiej podróży na północny wschód przez górne przewężenie jeziora Bresse do wąwozów prowadzących ku gęsto porośniętych lasami Wogezom. Miało to jednak złą stronę: wymagało przecięcia głównego szlaku do Finiah na przeciwległym brzegu jeziora. Ale gdyby udało im się uniknąć patrolujących jeźdźców, znaleźliby się w górach przed wieczorem i skryli wśród skał.
Druga trasa wymagała przepłynięcia najszerszej części jeziora na południowschód, by dotrzeć do brzegu u podnóża Jury odległej o około sześćdziesiąt kilometrów, następnie by posuwać się na południe górami. Istniały duże szanse, że kraj w tym kierunku będzie całkowicie nie zamieszkany, gdyż za Jurą znajdowały się Alpy. Z drugiej jednak strony było prawdopodobne, że mieszkańcy nadbrzeżnych fortów mają własne łodzie i mogą na nich zorganizować pościg. Możliwe było, że uciekinierzy umkną na łodziach przed pogonią tańskich pachołków, ale wiatr był zmienny, a prawie bezchmurne niebo wskazywało, że może ucichnąć zupełnie, podobnie jak to było wczoraj. Jeśli zaś zastopują łódki z nadejściem nocy, mogą zwrócić na siebie uwagę Firvulagów.