Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Mężczyzna przepraszająco rozłożył ręce.
– Niestety. Ku mojemu rozczarowaniu, Siergiej, takiego pomieszczenia w Świątyni nie ma. Nie zostało przewidziane. Spierałem się z projektantami i budowniczymi, ale ich zdaniem znacznie prościej jest zadowolić się iluzją.
Pochyliłem się w fotelu, czując jego miękką sprężystość, sięgnąłem do misy i wziąłem różową soczystą brzoskwinię. Całkiem przyjemne te iluzje…
– Zapach, kolor oraz smak są bardzo realistyczne – zapewnił mnie mężczyzna z lekkim uśmiechem. – Nie mówiąc już o ogólnym wrażeniu. Może pan napić się wina i poczuć lekkie upojenie. Albo wypalić papierosa, nie bojąc się o swoje zdrowie. Możemy rozmawiać, jak długo chcemy, tutaj czas nie istnieje. Pańscy przyjaciele nie zauważą nieobecności dowódcy.
– Dlaczego nie zaprosił pan Dańki? – zapytałem, oglądając etykietki butelek. – Przecież on też jest Ziemianinem. Siewcą.
– Dla Świątyń dowolny Ziemianin jest władcą, ale dla mnie Daniił to przede wszystkim dziecko. A nas czeka poważna rozmowa, Siergiej. Dorosła. O chłopcu będziemy musieli pogadać oddzielnie.
Skinąłem głową, zgadzając się w milczeniu. Wyciągnąłem z kolekcji butelkę białego muskatu i otworzyłem – korek poddał się natychmiast. Iluzoryczny korek w nieistniejącej butelce z nieprawdziwym winem.
– Widzę, że jest pan znawcą dobrych win… – mężczyzna podsunął mi swój kielich. – Lubię ten gatunek mimo swojej fantomowej natury.
Zamrugałem i omal nie rozlałem wina. Zapytałem, usiłując zachować spokój:
– Pan… też jest nieprawdziwy?
– Oczywiście! Fantom, ułuda, hologram. – Mój towarzysz upił mały łyczek wina i uśmiechnął się z zadowoleniem. – A jednocześnie dokładna kopia realnie istniejącego człowieka. Siewcy, jeśli pan woli.
Zjawa, delektująca się nieistniejącym winem… zabawne.
– Świątynia nazwała pana twórcą. Czy to prawda?
– Ależ skąd! – Tak energicznie pokręcił głową, protestując przeciwko niezasłużonej sławie, że wychlapało się wino z kielicha. – Jestem tylko twórcą teorii… ogólnej metodologii podejścia do świątynnego systemu formowania cywilizacji. Z budową samych gmachów, z ich techniką nie mam nic wspólnego!
– Ideolog zawsze jest ważniejszy od wykonawcy – sparowałem. – A prawodawca ważniejszy od kata.
– Skąd takie porównania? – W jego głosie zabrzmiało szczere oburzenie.
Znowu napiłem się wina. Popatrzyłem na ogień w kominku przez szklany tulipan kielicha. Oleiste smugi na krysztale potwierdzały wrażenia smakowe – wino było mocne. I niezwykle smaczne. Do diabła, pierwszy raz w życiu piję dobre wino, które nie jest prawdziwe!
– Przepraszam – powiedziałem cicho. – Porównanie było nietrafione, przyznaję. Bardziej przypomina pan muzyka niż prawodawcę. Będę pana nazywał Maestro.
– Jak pan sobie życzy. – Fantom był wyraźnie urażony.
– Sytuacja przypomina film gangsterski klasy C – wyjaśniłem. – Serdeczna rozmowa przy obfitym poczęstunku poprzedza zazwyczaj przesłuchanie trzeciego stopnia.
– Wykluczone – powiedział z żarem Maestro. – Tortury i zabójstwo… tym bardziej Ziemian… są wykluczone!
„Tym bardziej Ziemian”… Przejęzyczenie czy ostrożne dawkowanie informacji? Sięgnąłem do papierosów, wybrałem najbardziej znajomą paczkę. Gitanes, najmocniejszy ze wszystkich znanych mi gatunków tytoniu.
– Jest pan człowiekiem skrajności, Siergiej – powiedział w zadumie Maestro. – Wyśmienite wino i najmocniejszy tytoń. Jak kochać, to księżniczkę, jak nienawidzić, to całej cywilizacji.
– Charakter, Maestro. Taki charakter… Niech mi pan powie, co było pierwsze?
– Jajo czy kura?
– Pan czy ja.
Maestro westchnął i też wziął papierosa. Pstryknął zapalniczką, podał mnie, przypalił sam.
– Pan, Siergiej. Pan. Może nawet jestem pańskim potomkiem. Studia archiwalne, bardzo utrudnione pańską znikomą rolą w ziemskiej historii, dowiodły, że w ciągu swego krótkiego życia przed zniknięciem miał pan sporo dzieci.
Zaciągnąłem się nerwowo, wciągnąłem do płuc pół papierosa. W głowie zakręciło mi się mocniej niż po kieliszku wina.
– Nie wiedziałem o tym, Maestro.
– Trzy przypadki są udokumentowane badaniami genetycznymi, pozostałe kwestionowane… Chce pan usłyszeć ich imiona?
– Nie. Raczej nie. To gorsze nawet od przesłuchania trzeciego stopnia.
– Jak pan sobie życzy. To jak, przystąpimy do konkretów?
Skinąłem głową i zgasiłem papierosa w plasterkach ananasa.
Maestro skrzywił się.
– To przecież tylko dekoracje… iluzje… – wyjaśniłem dobrodusznie. – Niech pan zaczyna.
– Najpierw prehistoria… albo raczej „pohistoria” z pańskiego punktu widzenia. Pod koniec XXI wieku ludzkość zaczęła międzygwiezdną ekspansję, używając niedawno odkrytej zasady hiperprzestrzennych przejść. Pana przyjaciele nazywają to lotem po prostej, hiperskokiem na trzy punkty orientacyjne i tunelowym hiperprzejściem. Z powodów ekonomicznych Ziemianie wykorzystywali dwa pierwsze sposoby – hipertunel jest zbyt drogi nawet dla was. W 2132 roku od narodzin Chrystusa…
Mimo woli uśmiechnąłem się, słysząc uroczysty ton, jakim mój towarzysz wymówił tę datę. Maestro wytłumaczył to sobie po swojemu.
– Jest pan chrześcijaninem? Według muzułmańskiej rachuby czasu…
– Jestem ateistą.
– W 2132 roku – powtórzył sucho Maestro – Ziemia zetknęła się z konkretnymi problemami. Jedynym wyjściem z sytuacji była zmiana metody kolonizacji. Zamiast ekspansji w przestrzeni zastosowano kolonizację w czasie. W dalekiej przeszłości, w epoce, gdy Ziemię zamieszkiwały jedynie organizmy pierwotne, stworzono bazę projektu X. Baza produkowała tylko jedną rzecz – hiperprzestrzenne punkty sygnalizacyjne wyposażone w urządzenia do rozprzestrzenienia zarodników. Statki automaty roznosiły je po całej galaktyce, wychodząc nawet poza jej granice. Każdy statek dostarczał siedem takich punktów, po czym następowała jego autodestrukcja. Punkty sygnalizacyjne, tworząc wokół siebie życie z dominującą cywilizacją humanoidalną, stały się jej bogami, Świątyniami… zgodnie z pierwotnym założeniem.
– Wychodzi na to, że teraz znajduję się w przeszłości Ziemi? – spytałem cicho. – Co tam teraz trwa? Mezozoik? Wyprawy krzyżowe?
– Ależ, Siergiej… Na Ziemi jest koniec XX wieku. Rozwój cywilizacji satelickich zajął sporo czasu. Pan znajduje się w swojej teraźniejszości… ja zaś, a raczej mój moduł informacyjny, w swojej przeszłości. Podróżowanie w czasie to ciekawa rzecz, ale nie ma tu nic do rzeczy.
– A temporalne granaty?
– To drobiazg. Urządzenie o małej mocy, stworzone w celach czysto eksperymentalnych. Nie przenosi fizycznych obiektów, lecz informacyjne składniki osobowości.
– Z kim walczyliście w przeszłości? – Nagle obudziło się we mnie na wpół abstrakcyjne zainteresowanie, wywołane wspomnieniem granatów temporalnych. Lekceważąca charakterystyka tej „absolutnej broni” była zapewne obliczona na moje moralne pognębienie.
– Z nikim! – roześmiał się Maestro. – Zniszczone statki, wypalone planety i zgasłe gwiazdy to tylko rekwizyty! Inscenizacja! Legendy o Siewcach plus duchowe oddziaływanie Świątyń ukształtowały niezbędny typ cywilizacji…
– Niezbędny do czego? – zareagowałem ostro. Maestro zamilkł. Wyciągnąłem rękę do paczki gitane’ów, zapaliłem kolejnego papierosa. – Proszę mi wybaczyć tę drobną słabość, Maestro. Na stworzonych przez was planetach nie ma tytoniu. A treb i inne stymulatory jakoś mnie nie kręcą.
– Za to nie są tak szkodliwe dla organizmu – zauważył mentorskim tonem Maestro. – Wojownik powinien szanować swoje zdrowie.