Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 173
Перейти на страницу:

– Nie. Je­śli zo­sta­niesz tu z nami, to cię od­mie­ni. Uwierz, że czym in­nym jest ściąć ko­goś sza­blą czy po­słać mu strza­łę w wal­ce, a czym in­nym... to. Uwol­nij ją, Ka­ile­an.

– Co?

– Uwol­nij ją. Za­płacz, jak pła­czą te­raz dziew­czy­ny, po­roz­bi­jaj tro­chę sprzę­tów, jak Eso’bar, po­ha­ra­taj so­bie pię­ści, wa­ląc o ścia­nę wozu jak bliź­nia­cy. Nie tłum tego, bo to cię po­żre od środ­ka.

Szarp­nę­ła gło­wą i uwol­ni­ła się z jego uchwy­tu.

– Nie po­tra­fię, kha-dar. Jesz­cze nie. Mu­szę wie­dzieć, kto, kto roz­ka­zał im tu przy­je­chać.

– Do­wie­my się.

– I po­wiesz mi?

– Je­śli będę mógł.

– Je­śli bę­dziesz mógł? – Bez­wied­nie unio­sła brwi i uśmiech­nę­ła się, od­sła­nia­jąc zęby w dzi­kim gry­ma­sie.

– Je­śli będę mógł – po­wtó­rzył, jak­by nie do­strzegł jej miny. – Idź już.

Wy­pro­wa­dził ją, po­tem od­wró­cił się i za­mknął lek­kie drzwi. Pło­mień pa­le­ni­ska ma­lo­wał na wi­kli­no­wych ścia­nach kuź­ni roz­tań­czo­ne cie­nie.

Pa­trzy­ła na nie, sto­jąc jak wro­śnię­ta w zie­mię.

Ber­deth był już przy niej. Nie to­wa­rzy­szył jej w wy­pra­wie do ro­dzi­ny, nie zdą­żył wró­cić na czas. Za to te­raz, mia­ła wra­że­nie, że jego ku­dła­ta obec­ność ni­g­dy jej nie opu­ści. On nie po­grą­żał się w cier­pie­niu jak czło­wiek, znał ból stra­ty, ale w tej chwi­li naj­waż­niej­sza dla nie­go była rana na du­szy Ka­ile­an. Od­ci­nał ją od roz­pa­czy, osła­biał ata­ki smut­ku.

Gdy­by nie to, wy­ła­by w nie­bo.

Nie pa­mię­ta­ła, ile cza­su tak sta­ła. Go­dzi­nę? Dwie? To bez zna­cze­nia. Naj­pierw z wnę­trza kuź­ni do­cho­dził je­dy­nie od­głos pra­cu­ją­ce­go mie­cha, któ­re­mu to­wa­rzy­szy­ły ra­do­sne tań­ce cie­ni na ścia­nach. A po­tem się za­czę­ło.

Ci­chy szept, jesz­cze cich­sza od­po­wiedź, ko­lej­ne py­ta­nie, po nim dłuż­sze zda­nie, wy­rzu­co­ne z gar­dła ści­śnię­te­go prze­ra­że­niem, krót­ka ri­po­sta. I od nowa. Py­ta­nie, od­po­wiedź, py­ta­nie... Nie sły­sza­ła słów, nie sta­ra­ła się ich zro­zu­mieć, lecz wsłu­chi­wa­ła się w ich me­lo­dię. Spo­kój, zde­cy­do­wa­nie i pew­ność sie­bie w jed­nym gło­sie, strach, prze­ra­że­nie i bez­rad­ność w dru­gim. I na­gle w tym gło­sie po­ja­wił się opór, de­ter­mi­na­cja. Ktoś po­wtó­rzył py­ta­nie, od­po­wiedź była jesz­cze krót­sza i to­wa­rzy­szy­ło jej coś jak­by splu­nię­cie. Wię­zień naj­wy­raź­niej otrzą­snął się z szo­ku i od­na­lazł w so­bie reszt­ki od­wa­gi.

Ła­two prze­wi­dzia­ła, co te­raz bę­dzie. Ko­lej­ne py­ta­nie nie pa­dło, miech za­czął dy­szeć in­ten­syw­niej i po chwi­li usły­sza­ła syk. Obrzy­dli­wy, wil­got­ny i mo­kry, jak­by har­to­wa­no ka­wa­łek że­la­za w ka­dzi. Nie było wrza­sku, tyl­ko stłu­mio­ne, za­kne­blo­wa­ne wy­cie, i od­głos cia­ła mio­ta­ją­ce­go się po zie­mi.

A po­tem ko­lej­ne py­ta­nie, za­da­ne tym sa­mym to­nem, co po­przed­nio. I szept, bła­gal­ny, go­rącz­ko­wy, prze­ry­wa­ny szlo­chem. I od­głos wci­ska­nia kne­bla w gar­dło. I znów dy­sze­nie mie­cha i syk.

I ko­lej­ne py­ta­nie.

Sta­ła przed kuź­nią, gdy pa­le­ni­sko roz­ża­rza­ło się i ciem­nia­ło, gdy na tle mi­go­czą­cych pło­mie­ni po­ja­wił się za­rys po­tęż­nej po­sta­ci z mło­tem w ręku i usły­sza­ła coś, co mo­gło być tyl­ko od­gło­sem gru­cho­ta­nej ko­ści. Gdy wię­zień pła­kał, bła­gał i szlo­chał. Gdy wy­mio­to­wał i dła­wił się.

Ko­lej­ne py­ta­nia, jed­no po dru­gim, za­da­wa­ne nie­zmien­nie tym sa­mym spo­koj­nym, bez­na­mięt­nym to­nem. La­skol­nyk, do­cie­ra­ło do niej po­wo­li, jej kha-dar, był nie tyl­ko cho­dzą­cą le­gen­dą Ste­pów. Po­dob­no za­czy­nał jako wol­ny ba­ni­ta, za­nim los i wo­jen­na za­wie­ru­cha przy­wio­dły go przed ob­li­cze ce­sa­rza. A w cza­sie woj­ny? Ilu jeń­ców ła­mał w ten spo­sób, bo in­for­ma­cje były ty­siąc­kroć cen­niej­sze niż zwy­kła przy­zwo­itość? Pew­nie nie oso­bi­ście, za­pew­ne wy­star­czy­ło, że jako ge­ne­rał roz­ka­zał ko­goś prze­słu­chać, że wy­słał pod­jazd po za­się­gnię­cie ję­zy­ka, samo to pro­wa­dzi­ło do przy­pa­la­nia pięt i wy­ry­wa­nia pa­znok­ci. Co trze­ba mieć w so­bie, żeby ro­bić ta­kie rze­czy? Jak po czymś ta­kim się za­sy­pia?

Wy­co­fa­ła się ci­chut­ko, od­wró­ci­ła i szła, do­pó­ki nie zna­la­zła się poza krę­giem wo­zów. Kuź­nia sta­ła na ubo­czu Li­th­rew, za jej gra­ni­ca­mi otwie­rał się wi­dok na Ste­py. Księ­ży­ca nie było, lecz dzię­ki temu gwiaz­dy świe­ci­ły szcze­gól­nie moc­no. Za­ło­ży­ła ręce na pier­si i opar­ła się o wóz. Pies cią­gle jej to­wa­rzy­szył, tym ra­zem jego smu­tek był bar­dziej na­ma­cal­ny. A może to jej smu­tek? Się­gnę­ła w głąb.

Cio­ciu?

Od­kąd wró­ci­li z jeń­cem do kuź­ni, Ka­ile­an wy­czu­wa­ła ją, jak wy­czu­wa się czy­jąś obec­ność w pu­stym do tej pory po­ko­ju. Była tu, nie ode­szła. Cze­ka­ła na coś, a ona bała się ją we­zwać.

Po­ja­wi­ła się na­gle, bez ostrze­że­nia. Po­pa­trzy­ła na Ka­ile­an.

Wy­bacz mi, cio­ciu. Pro­szę.

Nie mu­sia­ła wy­po­wia­dać tych my­śli na głos.

Ciot­ka uśmiech­nę­ła się tyl­ko, a po­tem do­tknę­ła jej po­licz­ka. Wi­taj, je­steś mi dro­ga, tę­sk­ni­łam, to nie two­ja wina.

Gdy­bym po was nie przy­bie­gła...

Vee’ra po­wo­li po­krę­ci­ła gło­wą. Du­chy za­wsze były nie­me, po­zba­wio­ne ma­te­rial­nej po­sta­ci, nie mo­gły mó­wić. Chy­ba że zna­ły ana­ho’la.

Mój wy­bór. Wie­dzia­łam.

Samo zło prze­ze mnie.

Uśmiech ciot­ki był taki jak daw­niej.

Głu­pia koza. Zło­żo­no obiet­ni­ce. Ka­ra­wa­ny wy­ru­szą. Mamy szan­sę.

Coś prze­mknę­ło obok i wsią­kło w noc.

Umarł. Bied­ny chło­piec.

Ka­ile­an uśmiech­nę­ła się do Vee’ry. Tyl­ko ona mo­gła tak po­wie­dzieć o swo­im za­bój­cy.

– Ko­cham cię, cio­ciu – po­wie­dzia­ła na głos.

Ko­cham cię, cór­ko.

Zni­kła w chwi­li, gdy La­skol­nyk sta­nął obok Ka­ile­an.

– Umarł.

– Wiem. Co po­wie­dział?

– Nie mogę ci zdra­dzić, có­ruch­na. To spra­wy... Źle się dzie­je, ale jesz­cze za wcze­śnie.

Za­milkł na chwi­lę, jak­by cze­kał na wy­buch zło­ści. Mil­cza­ła.

– Kie­dyś mi po­wiesz?

– Tak. Obie­cu­ję.

– Do­brze. Co z Pierw­szym? Ko­wal mó­wił?

– Nikt poza ro­dzi­ną nie wi­dział go w sio­dle. Będą mil­czeć. And’ewers jest... ela­stycz­ny. Lecz wszyst­ko za­le­ży od Der’eka. Czy na­gnie swo­ją, hm, wo­zac­kość. Ro­zu­miesz?

– Ow­szem. Po­roz­ma­wiam z nim. Ja i resz­ta. I... co obie­ca­łeś wu­jo­wi?

Nie drgnął na­wet.

– Na wo­zac­ką wy­ży­nę moż­na się stąd do­stać, wę­dru­jąc na pół­noc i omi­ja­jąc Ole­ka­dy od wscho­du. Oni tak wła­śnie za­mie­rza­li wy­ru­szyć. To zna­czy­ło­by, że przez pięć­set lub wię­cej mil mu­sie­li­by wal­czyć o każ­dy krok. To sa­mo­bój­stwo.

1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)