Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
– Nie. Jeśli zostaniesz tu z nami, to cię odmieni. Uwierz, że czym innym jest ściąć kogoś szablą czy posłać mu strzałę w walce, a czym innym... to. Uwolnij ją, Kailean.
– Co?
– Uwolnij ją. Zapłacz, jak płaczą teraz dziewczyny, porozbijaj trochę sprzętów, jak Eso’bar, poharataj sobie pięści, waląc o ścianę wozu jak bliźniacy. Nie tłum tego, bo to cię pożre od środka.
Szarpnęła głową i uwolniła się z jego uchwytu.
– Nie potrafię, kha-dar. Jeszcze nie. Muszę wiedzieć, kto, kto rozkazał im tu przyjechać.
– Dowiemy się.
– I powiesz mi?
– Jeśli będę mógł.
– Jeśli będziesz mógł? – Bezwiednie uniosła brwi i uśmiechnęła się, odsłaniając zęby w dzikim grymasie.
– Jeśli będę mógł – powtórzył, jakby nie dostrzegł jej miny. – Idź już.
Wyprowadził ją, potem odwrócił się i zamknął lekkie drzwi. Płomień paleniska malował na wiklinowych ścianach kuźni roztańczone cienie.
Patrzyła na nie, stojąc jak wrośnięta w ziemię.
Berdeth był już przy niej. Nie towarzyszył jej w wyprawie do rodziny, nie zdążył wrócić na czas. Za to teraz, miała wrażenie, że jego kudłata obecność nigdy jej nie opuści. On nie pogrążał się w cierpieniu jak człowiek, znał ból straty, ale w tej chwili najważniejsza dla niego była rana na duszy Kailean. Odcinał ją od rozpaczy, osłabiał ataki smutku.
Gdyby nie to, wyłaby w niebo.
Nie pamiętała, ile czasu tak stała. Godzinę? Dwie? To bez znaczenia. Najpierw z wnętrza kuźni dochodził jedynie odgłos pracującego miecha, któremu towarzyszyły radosne tańce cieni na ścianach. A potem się zaczęło.
Cichy szept, jeszcze cichsza odpowiedź, kolejne pytanie, po nim dłuższe zdanie, wyrzucone z gardła ściśniętego przerażeniem, krótka riposta. I od nowa. Pytanie, odpowiedź, pytanie... Nie słyszała słów, nie starała się ich zrozumieć, lecz wsłuchiwała się w ich melodię. Spokój, zdecydowanie i pewność siebie w jednym głosie, strach, przerażenie i bezradność w drugim. I nagle w tym głosie pojawił się opór, determinacja. Ktoś powtórzył pytanie, odpowiedź była jeszcze krótsza i towarzyszyło jej coś jakby splunięcie. Więzień najwyraźniej otrząsnął się z szoku i odnalazł w sobie resztki odwagi.
Łatwo przewidziała, co teraz będzie. Kolejne pytanie nie padło, miech zaczął dyszeć intensywniej i po chwili usłyszała syk. Obrzydliwy, wilgotny i mokry, jakby hartowano kawałek żelaza w kadzi. Nie było wrzasku, tylko stłumione, zakneblowane wycie, i odgłos ciała miotającego się po ziemi.
A potem kolejne pytanie, zadane tym samym tonem, co poprzednio. I szept, błagalny, gorączkowy, przerywany szlochem. I odgłos wciskania knebla w gardło. I znów dyszenie miecha i syk.
I kolejne pytanie.
Stała przed kuźnią, gdy palenisko rozżarzało się i ciemniało, gdy na tle migoczących płomieni pojawił się zarys potężnej postaci z młotem w ręku i usłyszała coś, co mogło być tylko odgłosem gruchotanej kości. Gdy więzień płakał, błagał i szlochał. Gdy wymiotował i dławił się.
Kolejne pytania, jedno po drugim, zadawane niezmiennie tym samym spokojnym, beznamiętnym tonem. Laskolnyk, docierało do niej powoli, jej kha-dar, był nie tylko chodzącą legendą Stepów. Podobno zaczynał jako wolny banita, zanim los i wojenna zawierucha przywiodły go przed oblicze cesarza. A w czasie wojny? Ilu jeńców łamał w ten sposób, bo informacje były tysiąckroć cenniejsze niż zwykła przyzwoitość? Pewnie nie osobiście, zapewne wystarczyło, że jako generał rozkazał kogoś przesłuchać, że wysłał podjazd po zasięgnięcie języka, samo to prowadziło do przypalania pięt i wyrywania paznokci. Co trzeba mieć w sobie, żeby robić takie rzeczy? Jak po czymś takim się zasypia?
Wycofała się cichutko, odwróciła i szła, dopóki nie znalazła się poza kręgiem wozów. Kuźnia stała na uboczu Lithrew, za jej granicami otwierał się widok na Stepy. Księżyca nie było, lecz dzięki temu gwiazdy świeciły szczególnie mocno. Założyła ręce na piersi i oparła się o wóz. Pies ciągle jej towarzyszył, tym razem jego smutek był bardziej namacalny. A może to jej smutek? Sięgnęła w głąb.
Ciociu?
Odkąd wrócili z jeńcem do kuźni, Kailean wyczuwała ją, jak wyczuwa się czyjąś obecność w pustym do tej pory pokoju. Była tu, nie odeszła. Czekała na coś, a ona bała się ją wezwać.
Pojawiła się nagle, bez ostrzeżenia. Popatrzyła na Kailean.
Wybacz mi, ciociu. Proszę.
Nie musiała wypowiadać tych myśli na głos.
Ciotka uśmiechnęła się tylko, a potem dotknęła jej policzka. Witaj, jesteś mi droga, tęskniłam, to nie twoja wina.
Gdybym po was nie przybiegła...
Vee’ra powoli pokręciła głową. Duchy zawsze były nieme, pozbawione materialnej postaci, nie mogły mówić. Chyba że znały anaho’la.
Mój wybór. Wiedziałam.
Samo zło przeze mnie.
Uśmiech ciotki był taki jak dawniej.
Głupia koza. Złożono obietnice. Karawany wyruszą. Mamy szansę.
Coś przemknęło obok i wsiąkło w noc.
Umarł. Biedny chłopiec.
Kailean uśmiechnęła się do Vee’ry. Tylko ona mogła tak powiedzieć o swoim zabójcy.
– Kocham cię, ciociu – powiedziała na głos.
Kocham cię, córko.
Znikła w chwili, gdy Laskolnyk stanął obok Kailean.
– Umarł.
– Wiem. Co powiedział?
– Nie mogę ci zdradzić, córuchna. To sprawy... Źle się dzieje, ale jeszcze za wcześnie.
Zamilkł na chwilę, jakby czekał na wybuch złości. Milczała.
– Kiedyś mi powiesz?
– Tak. Obiecuję.
– Dobrze. Co z Pierwszym? Kowal mówił?
– Nikt poza rodziną nie widział go w siodle. Będą milczeć. And’ewers jest... elastyczny. Lecz wszystko zależy od Der’eka. Czy nagnie swoją, hm, wozackość. Rozumiesz?
– Owszem. Porozmawiam z nim. Ja i reszta. I... co obiecałeś wujowi?
Nie drgnął nawet.
– Na wozacką wyżynę można się stąd dostać, wędrując na północ i omijając Olekady od wschodu. Oni tak właśnie zamierzali wyruszyć. To znaczyłoby, że przez pięćset lub więcej mil musieliby walczyć o każdy krok. To samobójstwo.