Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
– Zmusimy ich do kapitulacji – śmiało oznajmił Magellan. – Odbierzemy, co nasze, i jeszcze nałożymy na nich kontrybucję. Ofiara śmiertelna będzie tylko jedna, ale tę biorę na siebie, bo nie boję się niczego – ani krwawej zemsty, ani diabła.
Małke patrzyła na niego i nagle pomyślała: gdyby tak pokochał, to niczego dla niego nie byłoby szkoda. Zaraz jednak odpędziła od siebie niedorzeczną myśl, bo byłoby to niekole-żeńskie, a poza tym jakże on mógłby ją pokochać – taką krótkonogą, przypominającą gąsiątko.
O tym, jak drapali się po stromiźnie, można byłoby napisać komedię w pięciu aktach. Może nawet tragedię.
Skrzypek Jankiel stoczył się w dół do rzeki. Wylazł cały mokry i wciąż czkał, szczękając zębami. Meir Szalewicz rozerwał sobie spodnie o kolczaste zarośla – w ciemności bielało jego siedzenie. Niedorajda Briun, podciągając się, zamiast za korzeń chwycił za żmiję. Dobrze, że nie ukąsiła – gwałtownie zbudzona, smyrgnęła gdzieś w bok. Dobrze poza tym, że Sasza był astmatykiem. Chciał już krzyczeć, ale zabrakło oddechu. W przeciwnym razie cały rozkaz bojowy byłby na nic.
Mimo wszystko jakoś się wdrapali. Zalegli na samej krawędzi, chwytając ustami powietrze. Wkrótce pot wysechł, członkom komuny zaczęło być zimno, a świt wciąż nie nadchodził.
To było najgorsze. Teraz, gdy trwali w bezruchu, w ich głowach pojawiły się rozmaite niedobre myśli. Gdyby nie urwisko pod nimi, może ten i ów by nie wytrzymał i dał drapaka.
Magellan zdawał sobie z tego sprawę. Dlatego nie tkwił w jednym miejscu – wciąż przemieszczał się wzdłuż łańcuszka. Jednemu szepnie kilka słów, innemu doda odwagi poklepywaniem po ramieniu.
Ją zaś, Małke, ścisnął za łokieć i szepnął: „Zuch, jesteś moją podporą".
Strach natychmiast odpłynął. „Zuch", „jesteś moją"!
Na prawo od Małke leżał Lowa Satz, najmłodszy spośród członków komuny, ukończył zaledwie siedemnaście lat. Wciąż kręcił się i wzdychał, a gdy tylko mrok nieco ustąpił, zaczął coś pisać na kawałku papieru.
Podczołgał się do Małke.
– Zabiją mnie – szepnął drżącymi wargami. – Czuję to. Weź list, prześlesz go do mojej mamy w Moskwie.
– Co też ty sobie wymyślasz? – odszepnęła.
– Nie wymyślam. Ci, którzy mają polec, zawsze czują to przed walką. Wyczytałem w książce.
Małke przyjęła list i zaczęła wsłuchiwać się w siebie – ma przeczucie śmierci czy też nie? I natychmiast do niej dotarło: ma. Umrze dzisiaj, umrze na sto procent. Trzeba by także napisać do swoich. Będą czytali i cała ulica będzie płakała...
Wzięła od Łowy kartkę i ołówek i zaczęła pisać: „Moi drodzy Mamo i Tato! Chciałabym, abyście wiedzieli, że ja niczego..."
Nagle przebiegło wzdłuż łańcuszka:
– To już! To już!
Magellan podbiegł przygarbiony do płotu, za którym widać było pierwszą saklę. Reszta zwlekała. Jedynie Małke, z bronią w ręku, ruszyła za dowódcą. Następowali niczym klucz żurawi: z przodu Magellan, na prawo od niego, nieco z tyłu, Małke, na lewo Lowa, a pozostali po obydwu stronach.
Magellan oparł karabin na płocie, ostrożnie odwinął ze szmatki celownik optyczny i zamontował na broni.
Nad płaskimi dachami wznosiła się solidna kamienna baszta. Trzy poziomy, na każdym wąskie otwory strzelnicze. Na samej górze otwarty placyk. A między blankami widać głowę i ramiona strażnika.
Czy w ogóle można trafić z takiej odległości? – zwątpiła Małke. To przecież nie mniej niż sto kroków.
Magellan przycisnął policzek do kolby, zmrużył oczy.
Małke ścisnęła śrutówkę kolanami, a uszy zakryła dłońmi. Zaraz rąbnie! A wtedy trzeba będzie co sił pędzić do wieży – zanim obudzą się Czerkiesi.
Magellan jednak nie wystrzelił. Trącił Małke w ramię, a kiedy ta opuściła dłonie, zaszeptał podniecony:
– Śpi! Słowo daję, śpi jak suseł. Widać to w lunecie! – Dodał ze złością: – Nie uważają nas za mężczyzn. Do głowy im nie przyszło, że możemy odpłacić! To naprzód! Spróbujemy uniknąć rozlewu krwi! Przekaż wszystkim, żeby zdjęli buty.
Wszyscy rozzuli się i pobiegli za Magellanem, zabawnie unosząc kolana – zawsze tak bywa, kiedy próbujesz skradać się na paluszkach.
Ale nie był to już klucz żurawi, tylko bezładna gromada.
Małke zagryzła wargi, żeby nie jęczeć, kiedy w stopy wbijały się ostre kamyki. W jednym ręku trzymała buty, w drugim broń. Szorty przemokły od rosy.
Na podwórzach było cicho, tu i ówdzie wydarł się tylko kogut.
Wreszcie plac – prawdę mówiąc, żaden to plac: po prostu pusta trójkątna przestrzeń między basztą, małym glinianym meczetem a piętrowym, kamiennym domem (który najpewniej należał do samego beka).
Na podjeździe stał wyprzęgnięty arabski wóz, chantur.
Malke nagle zamarła. Do koła wozu przykuto za szyję jakiegoś człowieka. Był przytomny i patrzył na Żydów wytrzeszczonymi z przerażenia oczyma.
Bo jakże inaczej! Nie był to obraz zwyczajny.
Komunardzi, poruszający się bezszelestnie w mętnym świetle, musieli wyglądać na gromadę strachów na wróble.
Z przodu Magellan w meksykańskim sombrero, ze skrzyżowanymi na piersi taśmami z nabojami. Mendel miał na głowie kolonialny hełm korkowy, Briun pilśniowy melonik, inni zaś albo arabskie chusty, albo fezy. Malke była w maminym pożegnalnym podarku – słomkowym kapelusiku z porcelanowymi wiśniami.
Magellan pogroził więźniowi winchesterem, ten zaś wciągnął głowę w ramiona i przykrył usta dłonią – na znak, że będzie milczał.
Ale podejść do wieży bezszelestnie i tak się nie udało. Kulawy Dodik Pewzner potknął się o kamień, upuścił berdankę i senną ciszę rozdarł wystrzał.
Przeklinając głośno najgorszymi słowami, Magellan w paru susach dopadł wieży i zniknął w jej wnętrzu. Pozostali, z bronią gotową do strzału, popędzili za nim. Zostali jedynie Małke i Lowa – żal im się zrobiło biedaka, którego trzymano na łańcuchu niczym psa.
Gdzieś podniosła krzyk kobieta. Potem, w innym końcu aułu, jeszcze jedna.
– Taka twoja mać! Taka mać! – powtórzył nagle za Magellanem ciemnooki więzień z żywą, bystrą fizjonomią. – Ruscy! Ja też Ruski! Wybaw i zachowaj!
Pospiesznie przeżegnał się na sposób prawosławny.
– Jakoś nie wygląda – zauważył Lowa, usilując rozbić kolbą łańcuch.
– Ruskiej wiary jestem! Arab, ale Ruski!
– A my jesteśmy Żydami – odpowiedziała Małke. Lowa machnął ręką – teraz już nie ma sensu zachowywać ostrożności. Przystawił lufę do łańcucha i wystrzelił. Łańcuch rozpadł się na dwie części.
– Szybciej! – zawołała Malke, chwytając rosyjskiego Araba za rękę.
Ów, usłyszawszy o Żydach, stracił jakoś rezon i próbował wpełznąć pod wóz, Lowa jednak pochwycił go z drugiej strony i cała trójka dobiegła do wieży.
Wewnątrz czekali dwaj członkowie komuny i natychmiast zaryglowali drzwi potężną belką. Potem wszyscy ruszyli schodkami na górę.
Cały oddział zgromadził się na drugim poziomie i na górnym placyku. Zuch Magellan! Zdążył jednak dotrzeć do wartownika, zanim ów zrozumiał, co się dzieje. Strażnik, niepozorny chłopczyna, przykucnął w kącie, obejmując rozbitą kolbą głowę, ale, chwała Bogu, żył.
Małke pokazała mu na migi, żeby opuścił ręce, bo trzeba założyć opatrunek, ale Czerkiesek wyszczerzył się na nią niczym wilczek.
– Dwóch z winchesterami do otworów strzelniczych na piętrze, dwóch na drugim – rozkazał Magellan. – Pozostali zająć pozycje między blankami i wystawić lufy na zewnątrz. Niechaj Czerkiesi widzą, że jest nas wielu i że jesteśmy uzbrojeni. Bez rozkazu nie strzelać.