Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Małke wysunęła się przez otwór. W dole miała teraz jak na dłoni auł i całą okolicę.
Ulice były puste. Na podwórkach tu i ówdzie miotały się kobiety, ale Małke nie dostrzegła ani jednego mężczyzny.
– A gdzie to dżygici? – zapytał zaniepokojony Magellan. – Nic nie rozumiem... Wówczas odezwał się uwolniony Arab:
– Mężczyźni wszystkie noc pojechali. Na konia wsiedli i pojechali. Jeszcze nie wrócili.
– No pewnie! – Magellan klepnął się w czoło. – Że też się nie domyśliłem! Wyruszyli do El-Ledżun sprzedać zdobycz. Nie przyszło im nawet do głowy, że możemy się tu pojawić! Oto prawdziwe żydowskie szczęście, rozumiecie, maminsynki? – Zwrócił się do uwolnionego z łańcuchów. – Kim jesteś? I skąd znasz rosyjski?
– Arab jestem, ale moja narzeczona Żyd – ukłonił się ów. – Żenić się z nią będę. Może sam też Żyd zostanę. Dobra wiara, mnie się podoba.
– Dlaczego siedziałeś na łańcuchu?
– Rosyjską panią wiozłem, z Jerozolimy. Bogata pani, tylko trochę nie przy rozumie. Czerkies napadał i tutaj zabrał. Okup chce. Będzie pisał ruski konsul, żeby dawał dziesięć tysięcy franka. Za mnie chciał tysiąc franka, ale co ja – ja człowiek biedny. Wtenczas na łańcuch posadził... Chantur zabrał, dwa arabskie konie zabrał. Kiedy wróci bek, nakaż mu, żeby wszystko oddał: i chantur, i konie, i panią niech też odda.
Magellan patrzył nie na Araba, ale w dół, na dolinę. Zmrużywszy oczy, wycedził półgłosem:
– No, to masz swojego beka. Sam mu to wszystko powiesz.
Małke także spojrzała w dół i ujrzała długi sznur jeźdźców, którzy kłusem wspinali się do wioski. Nad uchem huknęło – to Magellan wystrzelił w powietrze: raz i jeszcze raz.
Skąd biorą się wojny
Wystrzały i krzyki nie rozbudziły Pelagii, bo też i nie spała. Przez całą noc chodziła tam i z powrotem po ciasnym pokoiku z nagimi ścianami. Na podłodze leżały poduszki, ale kłaść się na nich nie miała ochoty.
To modliła się, to wymyślała sobie wszelkimi dostępnymi mniszce słowami, ale ani jedno, ani drugie nie przynosiło ulgi.
Jakaż to głupota! Zmarnować wszystko z powodu własnej lekkomyślności!
Trzeba było wynająć w rosyjskiej misji ochroniarzy. W celu zapewnienia bezpieczeństwa pątnikom, którzy udają się nad Jezioro Tyberiadzkie, do Betlejem albo do innych niespokojnych miejsc, zatrudnieni są tam prawosławni Czarnogórcy – ci naprawdę budzą respekt: mają wspaniałe wąsy, wyszywane srebrem kaftany, mocno zakrzywione szable i pistolety za pasem. I taką mają reputację, że żaden rozbójnik nawet się nie zbliży.
Miał rację Mitrofaniusz, i to po tysiąckroć: jego duchowa córka wiele ma w sobie sprytu, ale solidności za grosz. Najpierw działa, dopiero potem myśli.
A wszystko z tej przyczyny, że obawiała się utracić dodatkowy dzień, a nawet godzinę. Popędzało ją irracjonalne, niezrozumiałe przeczucie, że czas ucieka i że prawie już go nie ma. Widziała ostatnie ziarenka, które ze szklanego stożka przyszłości przesypują się do szklanego lejka przeszłości.
Miała nadzieję na rosyjskie „jakoś tam będzie". I było jakoś przez pierwsze dwa dni, ale trzeciego skończyło się.
Najpierw jechali długo przez góry. Na stromych podjazdach trzeba było schodzić i iść za chanturem pieszo – mizerne koniki nie dawały rady. Trzeciego dnia dotarli do Doliny Izraelskiej, rozległej i zielonej, szerokiej na dziesięć wiorst. Góra Har-Megiddo, w pobliżu której należało szukać komuny, wznosiła się od zachodu.
Har-Megiddo, Armageddon. Tutaj, na tym zabagnionym polu, rozegra się ostatnia na Ziemi bitwa, kiedy wojska Szatana zetrą się z aniołami – pomyślała Polina Andriejewna, ale bez specjalnego przejęcia. A kiedy zobaczyła w oddali geometrycznie regularne kształty góry Fawor, gdzie dokonało się Przemienienie Pańskie, to też obyło się bez wzruszenia – wymamrotała jedynie modlitwę, ale jakoś tak mechanicznie, bez udziału ducha. Jej myśli zbyt były odległe od spraw boskich.
Do miejsca, gdzie osiedlili się nowi „saduceusze", pozostało zaledwie kilka wiorst, a mniszka wciąż jeszcze nie wiedziała, jak powinna zachować się wobec Magellana, ich przywódcy o stalowym spojrzeniu.
Głupi, głupi Manujła! Co go tak niesie niczym ćmę do świecy! Magellan już na parowcu odgrażał się, że weźmie rzekomego proroka „za nogi i łbem o pachołek cumowniczy". Może i wziął, a Szklane Oko nie miał z tym nic wspólnego?
Po Magellanie można by się tego spodziewać – bo to postać bajroniczna, nadczłowiek. Dla kogoś takiego zasady i potrzeba manifestacji są ważniejsze od własnego życia, nie mówiąc już o życiu innych. Przecież powiedział swoim chłopcom i dziewczynom, że Manujła jest agentem Ochrany. Z jakiego powodu? Może wymyślił sobie, że krew zabitego „szpika" połączy na zawsze członków komuny? To samo wszak zrobił inny nadczłowiek, Niecząjew, ze studentem Iwanowem...
Niezależnie jednak od tego, czy Magellan maczał palce w zabójstwie Szełuchina, czy nie, kiedy w komunie pojawi się już nie fałszywy, ale prawdziwy Manujła, syjoniści pomyślą z pewnością, że wszechobecna Ochrana odszukała ich nawet w Palestynie. I może wtedy rozprawią się z niestrudzonym prorokiem? Policja o niczym się nie dowie, zresztą jaka tu może być policja w tej tureckiej zapadłej dziurze?
Salach swoją gadaniną odwracał uwagę podróżniczki od niespokojnych myśli.
– Na co Żydom tu żyć? – wzdychał, odpędzając komary. – Latem wszyscy umrą od gorączka. Na co im ziemia? Żydzi to naród miastowy. Siedzieliby w miasto. Rozum im pomieszało – to Allach ich pokarał. Aż ich szkoda.
Jak okazało się później, najbardziej żal mu było Żydów dlatego, że mogą żenić się tylko z Żydówkami, a to najbardziej nieznośne kobiety na świecie. Przewrotne, fałszywe, we wszystko wtykają swój garbaty nos.
– Spać z Żydówka to jak wtykać swoja męskość w nora, gdzie żyje skorpion – powiedział Salach. Ta śmiała metafora wywołała grymas na twarzy Pelagii. Tematem przewrotności żydowskich kobiet woźnica zajął się na poważnie. Rzecz jasna, wspomniał o podłej Judycie, która zabiła śpiącego Holofernesa, ale najbardziej używał sobie na Jaeli, która sprofanowała najświętsze nakazy gościnności. Rozbity w boju wódz Sisara (którego Salach nazwał „przodkiem Arabów") poprosił Jaelę o schronienie w jej namiocie. I cóż ta wiarołomna zrobiła? Wedle Księgi Sędziów: „Wody proszącemu mleka dała, a w kubku książąt przyniosła masła. Lewą rękę ściągnęła do gwoździa, a prawą do kowalskich młotów, i uderzyła Sisarę, szukając w głowie miejsca ranie, i skroń mocno dziurawiąc. Padł jej między nogi, ustał i umarł: walał się przed jej nogami, i leżał bez dusze i nędzny".
Wysłuchując, jak Salach opowiada na swój sposób tę biblijną historię, ubarwiając ją przejmującymi szczegółami, Pelagia pożałowała biedaka – nie Sisary, który żył Bóg wie kiedy i na pewno dostał to, na co zasłużył, ale narratora. Nie wie, prostoduszny, że wszystko już za niego postanowiono: kolejną jego żoną będzie właśnie Żydówka.
– Człowiek się wyczerpał, słaby się zrobił. Zległ i od razu „chrrr". – Dla większego efektu Salach zachrapał i oparł policzek na złożonych dłoniach.
Nagle szarpnął się i ściągnął wodze. Zza krzaków wyjechali powoli na drogę dwaj jeźdźcy. Ujrzawszy sterczące nad ich ramionami karabiny, Polina Andriejewna zawołała: