Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Wszyscy w namiocie, nawet członkowie czaardanu, gapili się na Laskolnyka, jakby nagle zaczął latać i gadać w obcych językach. Niewypowiedziane pytanie zawisło w powietrzu. Właściwie jak głęboko generał jest zaangażowany w działania imperialnych tajnych służb? Ile wie? Ile może? W czyim imieniu przemawia?
Mężczyzna uśmiechnął się, jakby wyczuwając, jakim tokiem płyną wszystkie myśli.
— To oczywiście plotki. Imperium z całą stanowczością zaprzeczy oskarżeniom, jakoby próbowało wpłynąć na politykę państw, których wolność i niezawisłość ceni sobie najbardziej na świecie. Handel i dobre stosunki z krajami Południa są dla nas najważniejsze, a przecież tutejsze księstwa nie są winne temu, że koczownicy sprzedawali im tylu meekhańskich niewolników.
Kailean aż zamrugała. To nie był jej kha-dar, prosty, trochę szorstki dowódca z niesamowitym szczęściem i cudowną ręką do koni. Ten mężczyzna przemawiał głosem gładkim i śliskim jak natłuszczony jedwab. Ubrać go w złotogłów, dać do ręki kryształowy kielich, a nie rozpoznałaby go wśród innych arystokratycznych błaznów.
Przecież on przez co najmniej kilkanaście lat brylował w stolicy – przypomniała sobie – sam o tym mówił. Przyjęcia, wyścigi, pojedynki, intrygi i polityka. Ile by przeżył, gdyby nie potrafił brylować wśród starej i nowej arystokracji niczym jeden z nich? Powiedział, że miał tego dość i uciekł na Wschód, lecz może wcale nie uciekł? Może to była część gry, którą toczył?
Kahel-saw-Kirhu chrząknął, przełamując ciszę, jaka zapadła po ostatnich słowach Laskolnyka.
— Kochanka Laweneresa nie objęła władzy, tylko ją zdobyła. Krwawo, walcząc w Oku Agara na śmierć i życie z Obrarem z Kambehii. A sam Laweneres od dwóch miesięcy nie odzyskał zmysłów.
— Słyszałem. Słyszałem też, że ktoś poderżnął gardło jego bratu, spróbował porwać jego samego oraz wsparł pretensje Obrara do tronu. I tylko nie wiadomo, kto to był. To jedna z tych rzeczy, których chciałbym się dowiedzieć. W tym kraju niewolnicy są wszędzie, nie tylko na polach, ale też w pałacach, domach kupieckich, warsztatach. Mają oczy i uszy. A najważniejsze, mają rozumy. Dziesięć lat działań ludzi, którzy chcieli zmienić Południe bez rozlewu krwi, zostało unicestwione w kilka miesięcy. A wierz mi, są tacy, stojący poza Norą i Psiarnią, którzy nie zapomnieli o setkach tysięcy swoich poddanych cierpiących w łańcuchach.
Gdyby oczy były lampami, och, gdybyż oczy były lampami, to ogień, który zapalił się w źrenicach porucznika, rozświetliłby cały namiot.
— Cesarz?
— Cesarz nie zrobi nic, co naraziłoby na szwank interesy Imperium — w głosie Laskolnyka znów pojawiły się jedwab i koronki umoczone w oliwie. — Wszelkie plotki o tym, jakoby jego wysokość angażował się w działania mające wpływ na wewnętrzną politykę naszych przyjaciół, są oszczerstwami.
— Więc czego teraz chce… czego ty chcesz, generale? Po co tu przyjechałeś?
— Po wiedzę, jak już wspomniałem. — Kha-dar był znów sobą, spokojnym, rzeczowym oficerem. — O części tego, co mnie ciekawi, już się dowiedzieliście, a jeśli chodzi o resztę… o was w szczególności… Dobrze by było, gdybym wiedział, jakie macie plany, oczekiwania i nadzieje. Nie możecie tkwić na tych wzgórzach, karmiąc ludzi zdobyczną koniną, bo Konowerczycy i inni w końcu zmądrzeją i przestaną na was posyłać jazdę. Poza tym pewnie wkrótce sól wam się skończy.
Krwawy Kahelle uśmiechnął się. Leciuteńko, ale to był pierwszy szczery uśmiech, jaki Kailean u niego zobaczyła.
— Pod Pomwe nie poszedłem po koninę, ale wziąłem sól i beczki, bo wiedziałem, że będzie jej dużo. Zawsze jest dużo, gdy jazda popieści się z kozłami i czworobokiem pikinierów.
— Więc po co wydałeś im bitwę?
— Widziałeś, co zrobili? Widziałeś mury miasta?
— Tak. Zemsta?
— Też. Ale oni nie poprzestali na wymordowaniu własnych niewolników. Mieli tysiąc Słowików i dwa tysiące najemników na koniach i zaczęli polować na naszych ludzi. Wysyłali patrole po dwieście, trzysta koni, urządzali łowy na grupy, które do nas uciekały. Wieszali ich na miejscu albo w mieście. W promieniu pięćdziesięciu mil od Pomwe żaden niewolnik nie mógł być pewien swojego losu. Tamtejsza rada miejska płaciła złotem za głowę każdego zabitego.
— Kciuk nic mi o tym nie powiedział.
— Ten z Psiarni? Więcej zrobili dla nas meekhańscy kupcy niż Ogary.
— Jak?
— Co?
— Jak pomagają wam kupcy? I którzy?
Stojący przy stole mężczyźni wymienili spojrzenia. Nie. Takich informacji nie przekażą nikomu. Nawet gdyby stał przed nimi sam cesarz.
— Ci ludzie ryzykują życiem. Niektórzy z nich nawet życiem zapłacili. A jak? Informacjami i pieniędzmi. Złotem i srebrem.
— A wy kupujecie za nie…?
— Jedzenie, żelazo, z którego można wykonać broń. Leki. Gotową broń też. Tutaj pod każdym większym miastem jest karawanseraj, a w nim strażnicy karawanowi, najemnicy, byli żołnierze szukający przygody. Część z nich ma zapasową broń, niepotrzebną na co dzień. Część ma dość rozumu, by wiedzieć, że póki trwa powstanie, póty kupcy nie ruszą na północ. Więc może lepiej sprzedać zbędny ekwipunek, niż patrzeć, jak pokrywa się rdzą? Poza tym… niektórzy miejscowi handlarze sprzedadzą ci wszystko, jeśli dobrze zapłacisz. A my płacimy żywym kruszcem.
— Ile kompanii dasz radę tak uzbroić?
— Niewiele. Polegamy głównie na tym, co zdobędziemy i zrobimy sami.
— I co planujecie? — Laskolnyk nie pozwolił mu dłużej zbaczać z tematu. — Jak długo zamierzasz tutaj siedzieć?
Niespodziewanie odezwał się Uware Lew, i to chyba, co zasugerował lekki grymas na twarzy Kahela-saw-Kirhu, wbrew intencjom reszty powstańczych dowódców.
— Dwa księżyce — wymruczał czarny olbrzym. — Za dwa… w meekhu to będzie miesiące, tak? Za dwa miesiące i dziesięć dni zacznie się pora deszczów. Może dzień wcześniej lub później, ale zacznie się na pewno. Będzie padać, co dzień dłużej, aż w końcu przez miesiąc będzie lało bez przerwy. Trudno się żyje w tych lasach nawet teraz, a w czasie pory deszczowej zupełnie się do tego nie nadają. Nie da się polować, uprawiać ziemi, podróżować. Wszystkie dróżki zmieniają się w błoto, robactwo wyłazi z każdego zakamarka, pojawiają się choroby, gorączka, biegunka, śmierć. Musimy stąd ruszyć najpóźniej za dwa miesiące albo zostawimy tu swoje kości.