Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 210
Перейти на страницу:

Wszy­scy w na­mio­cie, na­wet człon­ko­wie cza­ar­da­nu, ga­pi­li się na La­skol­ny­ka, jak­by na­gle za­czął la­tać i ga­dać w ob­cych ję­zy­kach. Nie­wy­po­wie­dzia­ne py­ta­nie za­wi­sło w po­wie­trzu. Wła­ści­wie jak głę­bo­ko ge­ne­rał jest za­an­ga­żo­wa­ny w dzia­ła­nia im­pe­rial­nych taj­nych służb? Ile wie? Ile może? W czy­im imie­niu prze­ma­wia?

Męż­czy­zna uśmiech­nął się, jak­by wy­czu­wa­jąc, ja­kim to­kiem pły­ną wszyst­kie my­śli.

— To oczy­wi­ście plot­ki. Im­pe­rium z całą sta­now­czo­ścią za­prze­czy oskar­że­niom, ja­ko­by pró­bo­wa­ło wpły­nąć na po­li­ty­kę państw, któ­rych wol­ność i nie­za­wi­słość ceni so­bie naj­bar­dziej na świe­cie. Han­del i do­bre sto­sun­ki z kra­ja­mi Po­łu­dnia są dla nas naj­waż­niej­sze, a prze­cież tu­tej­sze księ­stwa nie są win­ne temu, że ko­czow­ni­cy sprze­da­wa­li im tylu me­ekhań­skich nie­wol­ni­ków.

Ka­ile­an aż za­mru­ga­ła. To nie był jej kha-dar, pro­sty, tro­chę szorst­ki do­wód­ca z nie­sa­mo­wi­tym szczę­ściem i cu­dow­ną ręką do koni. Ten męż­czy­zna prze­ma­wiał gło­sem gład­kim i śli­skim jak na­tłusz­czo­ny je­dwab. Ubrać go w zło­to­głów, dać do ręki krysz­ta­ło­wy kie­lich, a nie roz­po­zna­ła­by go wśród in­nych ary­sto­kra­tycz­nych bła­znów.

Prze­cież on przez co naj­mniej kil­ka­na­ście lat bry­lo­wał w sto­li­cy – przy­po­mnia­ła so­bie – sam o tym mó­wił. Przy­ję­cia, wy­ści­gi, po­je­dyn­ki, in­try­gi i po­li­ty­ka. Ile by prze­żył, gdy­by nie po­tra­fił bry­lo­wać wśród sta­rej i no­wej ary­sto­kra­cji ni­czym je­den z nich? Po­wie­dział, że miał tego dość i uciekł na Wschód, lecz może wca­le nie uciekł? Może to była część gry, któ­rą to­czył?

Ka­hel-saw-Kir­hu chrząk­nął, prze­ła­mu­jąc ci­szę, jaka za­pa­dła po ostat­nich sło­wach La­skol­ny­ka.

— Ko­chan­ka La­we­ne­re­sa nie ob­ję­ła wła­dzy, tyl­ko ją zdo­by­ła. Krwa­wo, wal­cząc w Oku Aga­ra na śmierć i ży­cie z Ob­ra­rem z Kam­be­hii. A sam La­we­ne­res od dwóch mie­się­cy nie od­zy­skał zmy­słów.

— Sły­sza­łem. Sły­sza­łem też, że ktoś po­de­rżnął gar­dło jego bra­tu, spró­bo­wał po­rwać jego sa­me­go oraz wsparł pre­ten­sje Ob­ra­ra do tro­nu. I tyl­ko nie wia­do­mo, kto to był. To jed­na z tych rze­czy, któ­rych chciał­bym się do­wie­dzieć. W tym kra­ju nie­wol­ni­cy są wszę­dzie, nie tyl­ko na po­lach, ale też w pa­ła­cach, do­mach ku­piec­kich, warsz­ta­tach. Mają oczy i uszy. A naj­waż­niej­sze, mają ro­zu­my. Dzie­sięć lat dzia­łań lu­dzi, któ­rzy chcie­li zmie­nić Po­łu­dnie bez roz­le­wu krwi, zo­sta­ło uni­ce­stwio­ne w kil­ka mie­się­cy. A wierz mi, są tacy, sto­ją­cy poza Norą i Psiar­nią, któ­rzy nie za­po­mnie­li o set­kach ty­się­cy swo­ich pod­da­nych cier­pią­cych w łań­cu­chach.

Gdy­by oczy były lam­pa­mi, och, gdy­byż oczy były lam­pa­mi, to ogień, któ­ry za­pa­lił się w źre­ni­cach po­rucz­ni­ka, roz­świe­tlił­by cały na­miot.

— Ce­sarz?

— Ce­sarz nie zro­bi nic, co na­ra­zi­ło­by na szwank in­te­re­sy Im­pe­rium — w gło­sie La­skol­ny­ka znów po­ja­wi­ły się je­dwab i ko­ron­ki umo­czo­ne w oli­wie. — Wszel­kie plot­ki o tym, ja­ko­by jego wy­so­kość an­ga­żo­wał się w dzia­ła­nia ma­ją­ce wpływ na we­wnętrz­ną po­li­ty­kę na­szych przy­ja­ciół, są oszczer­stwa­mi.

— Więc cze­go te­raz chce… cze­go ty chcesz, ge­ne­ra­le? Po co tu przy­je­cha­łeś?

— Po wie­dzę, jak już wspo­mnia­łem. — Kha-dar był znów sobą, spo­koj­nym, rze­czo­wym ofi­ce­rem. — O czę­ści tego, co mnie cie­ka­wi, już się do­wie­dzie­li­ście, a je­śli cho­dzi o resz­tę… o was w szcze­gól­no­ści… Do­brze by było, gdy­bym wie­dział, ja­kie ma­cie pla­ny, ocze­ki­wa­nia i na­dzie­je. Nie mo­że­cie tkwić na tych wzgó­rzach, kar­miąc lu­dzi zdo­bycz­ną ko­ni­ną, bo Ko­no­wer­czy­cy i inni w koń­cu zmą­drze­ją i prze­sta­ną na was po­sy­łać jaz­dę. Poza tym pew­nie wkrót­ce sól wam się skoń­czy.

Krwa­wy Ka­hel­le uśmiech­nął się. Le­ciu­teń­ko, ale to był pierw­szy szcze­ry uśmiech, jaki Ka­ile­an u nie­go zo­ba­czy­ła.

— Pod Po­mwe nie po­sze­dłem po ko­ni­nę, ale wzią­łem sól i becz­ki, bo wie­dzia­łem, że bę­dzie jej dużo. Za­wsze jest dużo, gdy jaz­da po­pie­ści się z ko­zła­mi i czwo­ro­bo­kiem pi­ki­nie­rów.

— Więc po co wy­da­łeś im bi­twę?

— Wi­dzia­łeś, co zro­bi­li? Wi­dzia­łeś mury mia­sta?

— Tak. Ze­msta?

— Też. Ale oni nie po­prze­sta­li na wy­mor­do­wa­niu wła­snych nie­wol­ni­ków. Mie­li ty­siąc Sło­wi­ków i dwa ty­sią­ce na­jem­ni­ków na ko­niach i za­czę­li po­lo­wać na na­szych lu­dzi. Wy­sy­ła­li pa­tro­le po dwie­ście, trzy­sta koni, urzą­dza­li łowy na gru­py, któ­re do nas ucie­ka­ły. Wie­sza­li ich na miej­scu albo w mie­ście. W pro­mie­niu pięć­dzie­się­ciu mil od Po­mwe ża­den nie­wol­nik nie mógł być pe­wien swo­je­go losu. Tam­tej­sza rada miej­ska pła­ci­ła zło­tem za gło­wę każ­de­go za­bi­te­go.

— Kciuk nic mi o tym nie po­wie­dział.

— Ten z Psiar­ni? Wię­cej zro­bi­li dla nas me­ekhań­scy kup­cy niż Oga­ry.

— Jak?

— Co?

— Jak po­ma­ga­ją wam kup­cy? I któ­rzy?

Sto­ją­cy przy sto­le męż­czyź­ni wy­mie­ni­li spoj­rze­nia. Nie. Ta­kich in­for­ma­cji nie prze­ka­żą ni­ko­mu. Na­wet gdy­by stał przed nimi sam ce­sarz.

— Ci lu­dzie ry­zy­ku­ją ży­ciem. Nie­któ­rzy z nich na­wet ży­ciem za­pła­ci­li. A jak? In­for­ma­cja­mi i pie­niędz­mi. Zło­tem i sre­brem.

— A wy ku­pu­je­cie za nie…?

— Je­dze­nie, że­la­zo, z któ­re­go moż­na wy­ko­nać broń. Leki. Go­to­wą broń też. Tu­taj pod każ­dym więk­szym mia­stem jest ka­ra­wan­se­raj, a w nim straż­ni­cy ka­ra­wa­no­wi, na­jem­ni­cy, byli żoł­nie­rze szu­ka­ją­cy przy­go­dy. Część z nich ma za­pa­so­wą broń, nie­po­trzeb­ną na co dzień. Część ma dość ro­zu­mu, by wie­dzieć, że póki trwa po­wsta­nie, póty kup­cy nie ru­szą na pół­noc. Więc może le­piej sprze­dać zbęd­ny ekwi­pu­nek, niż pa­trzeć, jak po­kry­wa się rdzą? Poza tym… nie­któ­rzy miej­sco­wi han­dla­rze sprze­da­dzą ci wszyst­ko, je­śli do­brze za­pła­cisz. A my pła­ci­my ży­wym krusz­cem.

— Ile kom­pa­nii dasz radę tak uzbro­ić?

— Nie­wie­le. Po­le­ga­my głów­nie na tym, co zdo­bę­dzie­my i zro­bi­my sami.

— I co pla­nu­je­cie? — La­skol­nyk nie po­zwo­lił mu dłu­żej zba­czać z te­ma­tu. — Jak dłu­go za­mie­rzasz tu­taj sie­dzieć?

Nie­spo­dzie­wa­nie ode­zwał się Uwa­re Lew, i to chy­ba, co za­su­ge­ro­wał lek­ki gry­mas na twa­rzy Ka­he­la-saw-Kir­hu, wbrew in­ten­cjom resz­ty po­wstań­czych do­wód­ców.

— Dwa księ­ży­ce — wy­mru­czał czar­ny ol­brzym. — Za dwa… w me­ekhu to bę­dzie mie­sią­ce, tak? Za dwa mie­sią­ce i dzie­sięć dni za­cznie się pora desz­czów. Może dzień wcze­śniej lub póź­niej, ale za­cznie się na pew­no. Bę­dzie pa­dać, co dzień dłu­żej, aż w koń­cu przez mie­siąc bę­dzie lało bez prze­rwy. Trud­no się żyje w tych la­sach na­wet te­raz, a w cza­sie pory desz­czo­wej zu­peł­nie się do tego nie na­da­ją. Nie da się po­lo­wać, upra­wiać zie­mi, po­dró­żo­wać. Wszyst­kie dróż­ki zmie­nia­ją się w bło­to, ro­bac­two wy­ła­zi z każ­de­go za­ka­mar­ka, po­ja­wia­ją się cho­ro­by, go­rącz­ka, bie­gun­ka, śmierć. Mu­si­my stąd ru­szyć naj­póź­niej za dwa mie­sią­ce albo zo­sta­wi­my tu swo­je ko­ści.

1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)