Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 111
Перейти на страницу:

Wjechaliśmy w step. On, ja i dwóch sokolników, którzy w istocie byli łucznikami. Sokoły, które mieli ze sobą, to jedynie przykrywka. Ot, bogaty mieszczanin jedzie się rozerwać. Do zachodu słońca pozostawały jakieś trzy godziny, odgadywałem więc, że miejsce spotkania nie może być zbyt daleko.

Bandarillo umilkł, jechaliśmy w ciszy. Pozostałym na czołach perlił się pot, ja za to używałem sobie przyjemnego ciepełka. Myślałem, że po przejściu Pustyni Gutawskiej znienawidzę serdecznie wszelkie rozgrzane pustkowia, ale było na odwrót. Ich pustka i bezkompromisowa wrogość wobec wszystkiego, co żyje, fascynowały mnie. No i ten upał. Wysuszające, piekielne gorąco. Działało na mnie dobroczynnie, jak na innych łaźnia, kąpiel albo masaż.

Miejsce spotkania znajdowało się nieco dalej, niż myślałem, ale poznałem je natychmiast. Idealnie płaska równina, której drugi koniec znajdował się w odległości jakiegoś kilometra. Podłoże pod naszymi nogami stanowiła sól wymieszana ze żwirem. Osobiście nie oczekiwałbym w tym miejscu solnego jeziora, a i dla miejscowych musiało ono być miejscem charakterystycznym, skoro służyło za oczywiste miejsce spotkania. Zrozumiałem, że Bandarillo nie był aż tak beztroski, jak mi się początkowo wydawało. Tak wielkiej powierzchni nie dałoby się otoczyć bez kilku setek jeźdźców, a takiej siły w ludziach nie miał żaden z bandytów. Co prawda cesarski śledczy mógłby taką liczbą dysponować, jednak zebranie ich zajęłoby mu czas oraz nie umknęłoby uwadze tych wszystkich w mieście, którzy bacznie przyglądają się każdemu co gwałtowniejszemu ruchowi miejskich szczurów, nie mówiąc już o znaczących graczach w obrocie opium. Wierzchowiec Bandarilla był z pewnością bardzo szybki i prawdopodobnie dałby radę uciec niemalże każdemu. Ja nie uciekłbym nikomu, ale mnie w razie potrzeby można spisać na straty. W końcu do tego zostałem najęty.

- Zostańcie tutaj - polecił Bandarillo udawanym sokolnikom. - Wiecie, kiedy macie wypuścić ptaki.

Kolejne środki bezpieczeństwa. Nie doceniałem go jednak.

Po przeciwnej stronie wyschłego przed setkami lub tysiącami lat - człowiek nigdy nie mógł być pewien takich rzeczy - jeziora pojawiły się dwie postaci, które zaczęły się ku nam zbliżać. W falującym powietrzu unoszącym się znad powierzchni równiny wyglądały jak dwa duchy, jeden mniejszy i drugi większy.

- Możemy ruszać - zdecydował Bandarillo.

Czemu nie? Początkowo konie nie kwapiły się do tego, aby wstąpić na rozpaloną równinę, i musieliśmy je spiąć, jednak po przekroczeniu granicy dalej szły już gładko. Kiedy posuwaliśmy się solną równiną, każde, najdrobniejsze nawet uderzenie kopyt podnosiło chmury gorzko-słonego pyłu. Bandarillo wyglądał, jakby miał zwymiotować.

Wyschnięte jezioro okazało się rozleglejsze, niż początkowo oszacowałem. Przebyliśmy dobre półtora kilometra, zanim spotkaliśmy się z tamtymi. Zatrzymaliśmy się naprzeciw siebie trochę dalej niż na długość kopii, po czym zsiedliśmy z koni i ostatnich parę kroków pokonaliśmy już pieszo. Dźwięk brzmiał jakoś tak głucho, cisza wydawała się przytłaczająca.

Harbirger był tłustawym gościem gdzieś w połowie piątego krzyżyka. Wyglądał na takiego, co to lubi sobie użyć życia, nawet tych rzeczy, o które tak naprawdę nie dba, i gotów jest za to zapłacić każdą żądaną cenę. Towarzyszył mu rzeczywiście Rosen. Początku rozmowy pomiędzy moim pracodawcą a cesarskim śledczym nie zarejestrowałem, bo całą uwagę poświęciłem Rosenowi. Teraz, na otwartej przestrzeni i przy pełnym świetle, nie mogłem wręcz zrozumieć, jak to się stało, że jego pochodzenia nie odgadłem już przy pierwszym spojrzeniu. Jeszcze większą zagadką pozostawało to, że nie dostrzegał tego nikt inny.

Nie ulegało wątpliwości, że pomiędzy najbliższymi swoimi przodkami miał szarego goryla górskiego, jednak na swoje szczęście, odziedziczył po nim tylko te najlepsze cechy - długie ręce, tkankę mięśniową i ciężki tułów. Głowę i twarz miał w miarę ludzkie, choć czoło akurat jeszcze masywniejsze niż moje, a to już coś. No i łuki brwiowe takie, że mógł się śmiało obejść bez kapelusza.

- A więc czemu zawdzięczam spotkanie w tak uroczym miejscu? - dobiegło mnie pytanie Bandarilla.

Czyli że wszystko, o czym mówili do tej pory, to była tylko taka pogawędka. Sam nigdy nie zawracam sobie głowy takimi głupotami i dziwi mnie, że ludzie potrafią zmarnować tyle czasu, mówiąc o niczym.

- Dostałem list - odpowiedział Harbirger.

Przez cały ten czas Rosen przewiercał mnie natarczywym spojrzeniem. Nie musiałem mu przypominać, że przegrał. Przez to, że mnie nie docenił, że mnie wziął za zwykłego faceta. Sporo się o tym w mieście mówiło. Byłoby jednak głupio, gdyby miał się na mnie rzucić ot tak, bez przyzwoitszego powodu.

- Jesteśmy przecież zawodowcami - upomniałem go. Skinął głową, ale jakoś mnie nie przekonał.

Nie powiem, żebym się sam rwał do bitki z nim. Słyszałem opowieści tylko o jednym człowieku, któremu udało się przeżyć spotkanie z szarym gorylem górskim. Pomimo iż nie był to wyrównany pojedynek, bo początkowo stanęło ich dwóch naprzeciw gorylowi i dysponowali nieporównanie lepszą bronią, i tak jeden przeżył wyłącznie dzięki ogromnemu szczęściu. Od K. wiedziałem, że goryle mają masywniejszy szkielet niż ludzie, a układ ścięgien tylko akcentuje ich ogromną siłę, co pozwala im swobodnie poruszać się po urwistych skałach. Że już nie wspomnę o przewyższającej ludzką szybkości reakcji. Ani o tym, że mięsień szarego goryla górskiego w porównaniu z mięśniem ludzkim o takim samym obwodzie jest trzy razy silniejszy. Czytam niechętnie, ale ten rozdział z atlasu „Nasz świat” przeczytałem kilkukrotnie. Fascynujące stworzenia. Jak się tak zastanowić, to aż dziw bierze, że to my rządzimy światem, a nie one. Widać coś gdzieś po drodze poszło nie tak.

Im więcej się Rosenowi przyglądałem, tym mniej mu ufałem. Przegraną traktował jako osobistą porażkę, czego nie mogłem mu mieć za złe. Też bym nie był szczęśliwy, gdyby na moim własnym podwórku pokonał mnie jakiś przybłęda.

- Ten list jest pełen imion. - Zacząłem się znów przysłuchiwać rozmowie. - Ciekawych imion. - Harbirger podał Bandarillowi złożony papier.

- Imiona handlarzy. Drobne i średnie ryby - stwierdził mój szef.

- Jest tam również i wasze - wskazał Harbirger. - Na samym końcu.

Nie musieli tego mówić wprost, abym wiedział, iż chodziło o nielegalny obrót opium.

- Ano jest.

- Jako cesarski śledczy muszę reagować na każdą, choćby i anonimową, poszlakę, zwłaszcza jeśli jest takiego kalibru, jak ta tutaj.

Słońce prażyło jeszcze, ale cienie wydłużyły się już i powietrze zaczynało mieć posmak wieczoru.

- Wydawało mi się, że nasze wzajemne stosunki nastawione są na obopólną korzyść i że wystarczająco wychodzimy sobie obaj naprzeciw - powiedział ostrożnie Bandarillo, obserwując uważnie swego rozmówcę.

Ja całą moją uwagę miałem zwróconą na Rosena. Nie gapiłem się na niego wprost, jednak miałem go w polu widzenia tak, abym dał radę zareagować, jeśli tylko coś mu strzeli do łba. On sobie takimi subtelnościami głowy nie zawracał. Przewiercał mnie tymi swoimi wielkimi, ciemnymi, nieomal pozbawionymi białek oczami na wskroś i ani przy tym mrugnął.

- Wcale nie twierdzę, że naszych stosunków nie dałoby się znów wyprowadzić na równiejsze drogi - załagodził Harbirger. - Mówię jedynie, że z załatwieniem tego - wyciągnął rękę po list - będę miał znacznie więcej pracy.

- Rozumiem - przytaknął Bandarillo.

Wyglądał, jakby się tej licytacji spodziewał, jakby uważał ją za coś tak naturalnego, że aż nieodzownego.

- A więc gdybym zwiększył waszą prowizję o połowę, czy wystarczyłaby, aby zrekompensować wasze trudy? - Wskazał ręką list, który Harbirger pieczołowicie składał.

1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)