Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
Dalej się już nie ociągając, ruszyłem do Bandarilla. Strażnicy przy wejściu odpuścili sobie komentarze, jeden z nich zaprowadził mnie do szefa.
Jeżeli nie podobał mu się fakt, że musiał na mnie czekać, nie dał tego po sobie poznać. Za to jego świta aż podskakiwała jak na rozżarzonych węglach.
- Gdzieś się, do cholery, podziewał? - huknął na mnie elegant.
Nie mogłem zrozumieć, po co Bandarillo trzyma gnojka, który nawet o tej porze, wczesnym popołudniem, nadal miał oczy nieobecne z przepicia i tak zapuchnięte, że ledwie je otwierał. Może zapewniał mu dostęp do wyższych kręgów? Może. Jakoś nigdy nie miałem głowy do tego typu układanek. Drugi z przybocznych, mężczyzna w średnim wieku w znoszonych spodniach i kamizelce tego samego koloru, wraz z moim przybyciem rozwalił się wygodnie w fotelu. Widocznie jego zadanie zostało spełnione. Trzeci z kolei rzucił mi niezobowiązujące spojrzenie, po czym całą swą uwagę skierował z powrotem na jakieś rozłożone przed nim na stole papiery. Coś z nich zaczął odczytywać, ale kiedy zorientował się, że Bandarillo go nie słucha, a zamiast tego całą swą uwagę poświęca mnie, zrezygnował.
- Potrzebna mi eskorta. Uzbrojona eskorta. Jeśli nie macie porządnej broni, któryś z moich ludzi wam pożyczy.
Skąd to zainteresowanie moimi usługami? Na zawołanie mógłby mieć przecież dziesięciu gości gotowych poderżnąć gardło, zadusić, urwać łeb komukolwiek. Inna sprawa, czyby sobie dali radę. Zresztą powody były mi obojętne.
Rozwinąłem moją nową zabawkę i pokazałem. Kiedy tamci trzej dostrzegli miecz, jak jeden mąż pogardliwie się uśmiechnęli. Bandarillo jedynie skinął głową.
- Zakładam, że wiecie, co robicie. Zaraz wyruszamy, muszę tylko jeszcze podpisać kilka dokumentów.
Prawie go nie słuchałem. Zamiast tego sam przyjrzałem się bliżej mojemu nowemu żelazu. Pomimo iż miecz bardzo mi się podobał, coś w nim jednak nie pasowało. Pewnie przez tę rdzę. Jak go oczyszczę, będzie lepszy.
- Czyli za dzisiaj dostaję pełną stawkę - powiedziałem, kiedy znów skłonił głowę nad papierami.
- Oczywiście - odpowiedział rozdrażniony.
Całą następną godzinę spędziłem, wyszukując palcami na ostrzu miejsce, gdzie mógłbym znaleźć wygrawerowane cokolwiek, co by nieco powiedziało o twórcy miecza. Coś tam wreszcie znalazłem, ale z powodu rdzy i nagromadzonego brudu nie potrafiłem rozeznać, co znak przedstawiał.
Kiedy Bandarillo skończył, przeszliśmy kilkoma korytarzami i pomieszczeniami do stajni. Zorientowałem się, że Bandarillo posiadał nie jeden dom, a cały ciąg, który kazał połączyć wybitymi nowymi drzwiami. Dzięki temu zyskał labirynt przejść i pomieszczeń, gdzie ktoś nieobeznany mógł się bardzo łatwo zgubić, choć z drugiej strony, kompleks stawał się trudniejszy do obrony, jeżeli ktoś ten sekret znał.
W stajni dogonił nas pan zblazowany, który przyniósł Bandarillowi odzienie. Wnioskując z tego, co szef na siebie założył, nie wybieraliśmy się do gospody, restauracji lub na audiencję, ale gdzieś dalej na szlak.
Zblazowany z boksu wyprowadził konia. Olbrzymiego, masywnego gniadosza z nogami jak kolumny. Przy każdym poruszeniu grały na nim wszystkie mięśnie. Mało kiedy poświęcałem koniom uwagę, ale ten okazał się naprawdę imponujący.
- Rumak bojowy z cesarskiej stadniny. Nie jest może najszybszy, ale wytrzymały i potrafi unieść niemało.
- To więcej, niż taki jeździec jak ja mógłby sobie życzyć - oceniłem.
Z ciemnego kąta wynurzył się koniuszy i zabrał się do roboty. Na wszelki wypadek patrzyłem mu na ręce. Chciałem się lepiej przyjrzeć siodłu z wysokim łękiem, które wyglądało nieco jak turniejowe, ale koń Bandarilla, jak i on sam, już byli gotowi. Tamten wierzchowiec był z kolei smukły i długonogi. Zamiast stać, cały czas tańczył w miejscu.
- Z kim mamy się spotkać? - spytałem nagle.
Bandarillo wyglądał na zaskoczonego. Widać nie przywykł, aby podwładni zadawali mu pytania.
- Macie przecież do dyspozycji całą gromadę ludzi - kontynuowałem. - W związku z czym zastanawiam się, dlaczego ja: nowy, cudzoziemiec? Zawsze się lepiej przygotować na to, co nas może spotkać. Bo a nuż to będzie oddział halabardników albo strzelec ukryty za winklem.
- Ach tak… - Wyraźnie się rozluźnił, kiedy dotarło do niego, że moja ciekawość podyktowana jest wyłącznie względami praktycznymi, a nie chęcią wnikania w sekrety jego interesów. - Wyjaśnię wam wszystko po drodze.
- Dlaczego nie…
Jechaliśmy przez targową część miasta, z siodeł mieliśmy dobry widok na okolicę. Nie wyglądało na to, aby ktokolwiek zwracał na nas uwagę. Wystawne odzienie Bandarilla wzbudzało wystarczająco duży respekt, aby większość pozostałych jeźdźców czy wozów ustępowała nam z drogi. Szable i łuki dwóch członków eskorty trzymały na odległość zwykłych targowych natarczywców. Jakie wrażenie na ludziach wywoływałem ja - wielki chłop, ostrzyżony na jeża i w dziwacznym kożuchu przypominającym worek na ziemniaki - trudno było odgadnąć. Nikt się jednak nie śmiał.
Kiedy wreszcie wokół nas trochę się rozluźniło, Bandarillo obrócił się w siodle i widząc, że bezpośrednio za nim jestem tylko ja, wyjawił:
- Jedziemy na spotkanie z głównym śledczym cesarskim, Harbirgerem.
To zabrzmiało interesująco. Cóż mógł mieć wspólnego namiestnik Jego Wysokości, stróż prawa i porządku, z jednym z największych bandytów w okolicy?
- Harbirger jest ostrożny - kontynuował Bandarillo. - Jest w posiadaniu jakiejś ważnej informacji, jednak zgodził się ze mną spotkać poza miastem. Ma mi towarzyszyć tylko jeden człowiek.
- Nie mogłaby to być pułapka?
- Mogłaby. Jednak i on będzie miał tylko jednego człowieka. Spotykamy się na Równinie Sokolników, gdzie płasko i pusto, więc praktycznie niemożliwe jest urządzenie zasadzki.
- A ten jeden, co ma towarzyszyć Harbirgerowi, kto to za jeden?
- Ten jeden to Rosen.
Zrozumiałem teraz, dlaczego Bandarillo wybrał właśnie mnie, bym mu towarzyszył. Mój pojedynek z Rosenem zdobył mi niemały rozgłos.
- Myślałem, że Rosen pracuje dla Olvena, a Harbirger to przecież człowiek cesarza - zdziwiłem się.
Już się zaczynałem w miejscowych stosunkach co nieco rozeznawać.
- Rosen jest wolnym strzelcem i zawsze bierze tylko krótkotrwałe zlecenia. Przez ostatnich parę tygodni rzeczywiście pracował dla Olvena. Ma dobrą renomę, zawsze wykonuje to, za co mu płacą.
To był dobry znak, dało się z tym żyć.
- Harbirger, jak każdy, chce zarobić, ale nie zależy mu na otwartej wojnie - wyjaśnił Bandarillo. - To nie byłoby i w jego interesie, gdyby w Damarkandzie został tylko jeden silny gracz. Z Horowitzem też postępuje bardziej niż ostrożnie.
Imię Horowitz - Cohen Horowitz - już gdzieś słyszałem, ale nie poświęciłem mu jak do tej pory większej uwagi. Ludzi zajmujących się handlem narkotykami było tutaj na kopy. Mieszkał w mieście narybek, mieszkały ryby mniejsze i większe. Nad każdą ulicą ktoś sprawował kontrolę, przy czym ten ktoś służył komuś ponad nim i tak dalej. Rozeznać się w tym wszystkim nie było łatwo, a mnie takie śledzenie koneksji nigdy nie bawiło. Horowitz, Olven i Bandarillo najwyraźniej tworzyli wielką trójkę. Póki co tyle mi wystarczało.
Dojechaliśmy do miejskiego muru i bramy. Strażnicy nawet nas nie zatrzymali, machnęli tylko ręką, żeby jechać dalej.
- Lepiej wróćcie przed zmrokiem - rzucił za nami jeden z nich. - Druga zmiana może nie chcieć was wpuścić i będziecie musieli nocować na zewnątrz.
Bandarillo nie zareagował. Pewnie miał swoich ludzi i w drugiej zmianie, i w trzeciej, i w czwartej… Wszystko jedno, ile ich tam było.