Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Trzej muszkieterowie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Trzej muszkieterowie

Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:

Najsłynniejsza powieść Aleksandra Dumasa ojca, której akcja toczy się w XVII wieku za panowania Ludwika XIII. Bohater książki, ubogi gaskoński szlachcic d’Artagnan i jego trzej przyjaciele: Atos, Portos i Aramis przeżywają mnóstwo zaskakujących przygód w świecie pełnym intryg, pojedynków, zdrad, miłosnych namiętności... Ze wszystkich opresji wychodzą obronną ręką, bowiem postępują wedle skutecznej zasady: “Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.
1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 167
Перейти на страницу:

Pan de Tréville wysłuchał opowiadania młodzieńca z powagą, świadczącą o tym, że w całej tej sprawie widział coś więcej niż intrygę miłosną, a gdy d’Artagnan skończył, powiedział:

— Hm, w tym wszystkim czuć na milę Jego Eminencję.

— Ale co robić? — rzekł d’Artagnan.

— Nic, absolutnie nic. Na razie, jak ci powiedziałem, musisz możliwie najszybciej opuścić Paryż. Zobaczę królową, opowiem jej o porwaniu biednej kobiety, nie zna bowiem zapewne szczegółów sprawy; te wiadomości będą dla niej wskazówką i gdy powrócisz, może dowiesz się ode mnie czegoś dobrego. Możesz na mnie polegać.

D’Artagnan wiedział, że pan de Tréville, choć Gaskończyk, nie miał zwyczaju przyrzekać, a jeśli przypadkiem co przyrzekł, robił nawet więcej, niż obiecał. Pożegnał go tedy pełen wdzięczności za otrzymane łaski i te, jakich się na przyszłość mógł spodziewać, a godny kapitan, który ze swej strony żywo interesował się dzielnym i rezolutnym młodzieńcem, serdecznie uścisnął mu rękę życząc szczęśliwej podróży.

Postanowiwszy wprowadzić rady pana de Tréville natychmiast w życie, d’Artagnan skierował się na ulicę des Fossoyeurs, aby dopatrzyć przygotowań do podróży. Zbliżając się do domu ujrzał pana Bonacieux stojącego na progu w stroju porannym. Wszystko, co przezorny Planchet powiedział poprzedniego dnia o niegodnym charakterze gospodarza, przyszło d’Artagnanowi na myśl, kiedy przyjrzał mu się uważniej niż zwykle. Istotnie, prócz żółtawej i chorobliwej cery, świadczącej o przedostawaniu się żółci do krwi, co zresztą mogło być tylko chwilowe, d’Artagnan zauważył coś przebiegłego i podstępnego w wyrazie jego twarzy. Hultaj nie uśmiecha się tak samo jak człowiek uczciwy, hipokryta nie płacze tymi samymi łzami co człowiek szczery. Wszelki fałsz jest maską i nawet jeśli maska jest najdoskonalsza, przy odrobinie uwagi można ją zawsze odróżnić od twarzy.

D’Artagnanowi wydało się tedy, że pan Bonacieux nosi maskę i co więcej, że ta maska nie należy do najmilszych.

Wiedziony odrazą do tego człowieka, chciał go minąć bez słowa, kiedy pan Bonacieux zatrzymał go podobnie jak dnia poprzedniego.

— No i cóż, młodzieńcze — rzekł — zdaje się, że przyjemnie spędzamy noce? Siódma rano, tam do licha! Obawiam się, że odwraca pan nieco porządek rzeczy i wraca do domu o godzinie, o której inni wychodzą.

— Nic podobnego nie można tobie zarzucić, panie Bonacieux — odpowiedział młody człowiek — jest pan bowiem przykładem dla porządnych ludzi. Co prawda, jeśli się ma żonę młodą i ładną, nie trzeba szukać szczęścia gdzie indziej; szczęście samo pana szuka, nieprawda, panie Bonacieux?

Bonacieux zbladł śmiertelnie i skrzywił usta w uśmiechu.

— Ha, ha, żartowniś z pana! Ale gdzieżeś spędził noc, mój młody panie? Zdaje się, że nie było zbyt wygodnie chodzić po manowcach.

D’Artagnan rzucił okiem na swe buty, całe pochlapane błotem, ale w tej samej chwili ujrzał buciki i pończochy kramarza: powiedziałbyś, że zanurzono je w tej samej kałuży; jedne i drugie miały jednakowe plamy.

Wówczas nagła myśl przyszła d’Artagnanowi do głowy. Ten mały człowiek, gruby, krótki, siwawy, ten domniemany służący odziany w ciemne suknie, traktowany bez szacunku przez ludzi z eskorty, był właśnie panem Bonacieux.

Małżonek brał udział w uprowadzeniu żony.

D’Artagnana wzięła straszliwa chętka, by skoczyć do gardła kramarzowi i udusić go; ale powiedzieliśmy, że był to chłopiec wielce przezorny, więc zapanował nad sobą. Jednak twarz zmieniła mu się tak wyraźnie, że Bonacieux poczuł strach i chciał się cofnąć, stał wszakże tuż przy drzwiach i nie mogąc postąpić kroku pozostał na miejscu.

— Hm, pan żartuje, mój zacny panie — rzekł d’Artagnan — zdaje mi się bowiem, że jeśli moim butom przyda się szczotka, twoim trzewikom i pończochom nie zawadzi ona również. Czyżbyś i pan biegał po nocy, panie Bonacieux? Do diabła, tego byłoby za wiele dla człowieka w twoim wieku, mającego ponadto młodą i ładną żonę.

— Och, mój Boże — odparł Bonacieux — byłem wczoraj w Saint-Mandé[*], by dowiedzieć się o służącą (nie mogę sobie dać bez niej rady), a że drogi są tam kiepskie, zabłociłem się okropnie i nie zdążyłem się jeszcze oczyścić.

Miejsce, które wymienił Bonacieux jako cel swojej wyprawy, stanowiło nowy dowód potwierdzający podejrzenia d’Artagnana. Bonacieux wymienił Saint-Mandé, ponieważ Saint-Mandé leży po przeciwległej stronie niż Saint-Cloud.

Te przypuszczenia pocieszyły nieco d’Artagnana. Jeśli Bonacieux wie, gdzie jest jego żona, można będzie, uciekając się do ostatecznych środków, zmusić kramarza do otworzenia ust i wydania tajemnicy. Chodziło tylko o to, by te przypuszczenia zamieniły się w pewność.

— Przepraszam, drogi panie Bonacieux, jeśli zachowam się zbyt swobodnie, ale nic tak nie pobudza pragnienia jak brak snu; wściekle chce mi się pić; pozwól, że wypiję u ciebie szklankę wody; takiej przysługi nie odmawia się sąsiadowi.

I nie czekając na pozwolenie gospodarza, d’Artagnan wszedł szybko do mieszkania i rzucił błyskawiczne spojrzenie na łóżko. Łóżko nie było posłane, Bonacieux nie kładł się tej nocy. Wrócił więc zaledwie przed paroma godzinami; towarzyszył żonie aż do miejsca, gdzie ją zawieziono, a przynajmniej do pierwszego postoju.

— Dziękuję, panie Bonacieux — rzekł d’Artagnan wychylając szklankę — oto wszystko, czego chciałem od pana. Teraz pójdę do siebie i każę wyczyścić moje buty Planchetowi; jeśliby pan chciał, przyślę go potem, by oczyścił pańskie.

I opuścił kramarza oszołomionego tym szczególnym pożegnaniem i zadającego sobie pytanie, czy nie wpadł we własne sidła.

Na schodach spotkał Plancheta, który okazywał wielki niepokój.

— Ach, panie — zawołał, gdy tylko ujrzał d’Artagnana — znowu coś nowego, nie mogłem się pana doczekać.

— O co chodzi? — zapytał d’Artagnan.

— O, stawiam sto, tysiąc przeciw jednemu, że nie odgadnie pan, kto był tu z wizytą pod pańską nieobecność.

— Kiedy?

— Przed półgodziną, kiedy pan był u pana de Tréville.

— Kto taki? No, mówże wreszcie!

— Pan de Cavois[*].

— Pan de Cavois?

— We własnej osobie.

— Kapitan gwardzistów Jego Eminencji?

— Ten sam.

— Przyszedł mnie aresztować?

— Tak mi się wydało, choć miał bardzo układną minę.

— Miał układną minę, powiadasz?

— Był słodki jak miód, proszę pana.

— Rzeczywiście?

— Powiedział, że przybywa pana prosić w imieniu Jego Eminencji, który bardzo dobrze panu życzy, żebyś był łaskaw udać się do Palais-Royal.

— I cóżeś odpowiedział?

— Że to niemożliwe, ponieważ pan jest nieobecny, co mógł sam stwierdzić.

— A on co na to?

— Żeby pan koniecznie przyszedł dzisiaj; po czym dodał cicho: “Powiedz swemu panu, że Jego Eminencja jest do niego bardzo przychylnie usposobiony i że jego pomyślność zależy być może od tego spotkania”.

— Pułapka jest dość niezręczna jak na kardynała — rzekł ze śmiechem młodzieniec.

— Toteż spostrzegłem się i odpowiedziałem, że będzie pan niepocieszony po powrocie. “Dokąd wyjechał?” — zapytał pan de Cavois. “Do Troyes[*] w Szampanii” — odparłem. “A kiedy wyjechał?” “Wczoraj wieczór”.

1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 167
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)