Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
Rozpromienił się. Z grzywą siwych włosów i w przekrzywionych okularach wyglądał na dobrego wujaszka.
Moses zmrużył oczy, przyglądając się niewyraźnym obrazom.
— Ale wygląda mi na to, że tej bombie się nie powiedzie... Na pewno po tych podskokach utraci swoją... ach.
Teraz z tylnej części miny rotacyjnej buchnął dym, bardzo jasny, nawet na kiepskim ekranie. Bomba ruszyła po wodzie jakby z nową siłą.
Wallis uśmiechnął się.
— Ci Niemcy... Jestem pełen podziwu. Nawet ja nigdy nie pomyślałem o tym drobiazgu...
Z nadal płonącym silnikiem rakietowym mina rotacyjna ześlizgnęła się po łukowatej powierzchni kopuły i zniknęła z pola widzenia kamery. A potem obraz zadrżał i na ekranie pojawiły się bezkształtne plamy niebieskiego światła.
Barnes Wallis westchnął.
— Wygląda na to, że nas załatwili.
— A co z niemieckim bombardowaniem? — zapytał Moses.
— Działa? — Wallis wydawał się mało zainteresowany. — To prawdopodobnie lekkie działa czterdziestodwumilimetrowe o zasięgu stu pięciu mil, zrzucone przez oddziały desantowe. Jestem pewien, że to zapowiada inwazję morską i powietrzną.
Zdjął okulary i zaczął je czyścić krawatem.
— Jeszcze nie jesteśmy przegrani. Ale to tragiczna sytuacja. Jest rzeczywiście bardzo kiepsko...
— Doktorze Wallis — powiedziałem. — A co z Gödelem?
— Z kim? — Spojrzał na mnie dużymi, zmęczonymi oczami. — Ach, Gödel. Jak to co?
— Czy on tu jest?
— Tak myślę. W swoim biurze.
Moses i Nebogipfel ruszyli do drzwi. Moses pokazał mi ze zniecierpliwieniem, że powinienem z nimi pójść. Uniosłem rękę.
— Doktorze Wallis, czy nie pójdzie pan z nami?
— Po co?
— Możemy zostać zatrzymani, nim dotrzemy do Gödela. Musimy go znaleźć.
Roześmiał się i założył z powrotem okulary.
— Nie wydaje mi się, by względy bezpieczeństwa miały jeszcze jakiekolwiek znaczenie. Czy pan jest odmiennego zdania? W każdym razie, proszę to wziąć. — Sięgnął ręką do klapy marynarki i odpiął znaczek z numerem. — Proszę powiedzieć, że daję warn upoważnienie, o ile spotkacie kogokolwiek na tyle obłąkanego, by nadal stał na posterunku.
— Mógłby się pan zdziwić — powiedziałem z emocją.
— Słucham?
Odwrócił się z powrotem do odbiornika telewizyjnego. Teraz widać było na ekranie różne, przypadkowe sceny, które najwyraźniej docierały z kamer rozmieszczonych w całej kopule. Zobaczyłem latające maszyny wznoszące się w powietrze niczym czarne komary oraz pokrywy ziemne, które odsunięto, ukazując chmarę molochów wysuwających się z trudem z ziemi i plujących parą. Molochy ustawiły się w szeregu, który ciągnął się od Leytonstone do Bromley. Cała ta horda ruszyła naprzód, rozkopując ziemię, by wyjść na spotkanie niemieckim najeźdźcom. Potem jednak te obrazy apokalipsy zniknęły, kiedy Wallis nacisnął przełącznik i odtworzył ponownie zapis ataku miny rotacyjnej.
— Tragiczna sprawa — powiedział. — Mogliśmy ją mieć pierwsi! Ale cóż to za cudowny postęp... Nawet ja nie byłem pewny, czy można tego dokonać.
Utkwił wzrok w ekranie, a z jego oczu nie można było niczego wyczytać, gdyż odbijały się w nich migoczące obrazy.
Tak go pozostawiłem. Doznając dziwnego uczucia litości, cicho zamknąłem drzwi jego biura.
15. SAMOCHÓD CZASU
Kurt Gödel stał z założonymi rękami przy nie zasłoniętym oknie w swoim biurze.
— Przynajmniej nie ma jeszcze gazu — powiedział bez wstępu. — Kiedyś widziałem skutki ataku gazowego. Tak się składa, że była to napaść angielskich bombowców na Berlin. Szedłem ulicą Unter der Linden i Sieges Allee i tam to zobaczyłem... To było takie niegodne! Wie pan, ciało psuje się tak szybko. — Odwrócił się i uśmiechnął do mnie smutno. — Gaz jest bardzo demokratyczny, nie uważa pan?
Podszedłem do niego.
— Profesorze Gödel, proszę... Wiemy, że ma pan trochę plattnerytu. Widziałem go.
W odpowiedzi podszedł żwawo do szafy. Mijając Nebogipfela w odległości zaledwie trzech stóp, Gödel nawet na niego nie spojrzał. Z wszystkich ludzi, których spotkałem w roku 1938, Gödel reagował najbardziej obojętnie na Morloka. Wyjął z szafy szklany słoik z substancją, która lśniła zielono i wydawała się zatrzymywać światło.
— To plattneryt — wysapał Moses.
— W rzeczy samej. Nadzwyczajnie łatwy do uzyskania drogą syntezy z karolinu — jeśli ktoś zna receptę i ma dostęp do reaktora jądrowego, by napromieniować substancję.
W jego oczach pojawiły się figlarne błyski.
— Chciałem, żeby pan go zobaczył — powiedział do mnie. — Miałem nadzieję, że pan go rozpozna. Z rozkoszną łatwością ucieram nosa pompatycznym Anglikom, którzy potworzyli te swoje wszystkie Rady, a nie potrafiliby rozpoznać skarbu, nawet gdyby go mieli pod nosem! A teraz dzięki niemu wydostanie się pan z tego padołu łez, czyż nie?
— Mam nadzieję — odrzekłem z zapałem.
— A zatem chodźmy! — krzyknął. — Do warsztatu PPC.
Uniósł słoik z plattnerytem, trzymając go w powietrzu jak latarnię, i wyprowadził nas z biura.
Jeszcze raz weszliśmy do labiryntu betonowych korytarzy. Wallis miał rację: wszyscy strażnicy opuścili posterunki. Choć natknęliśmy się na kilku naukowców lub może techników w białych kitlach, którzy przemierzali pospiesznie korytarze, żaden z nich nie próbował nas zatrzymać, czy nawet zapytać, dokąd idziemy.
A potem rozległ się huk od uderzenia kolejnego pocisku.
Światła elektryczne zgasły, a korytarz zatrząsł się i przewróciłem się na ziemię. Uderzyłem twarząw zakurzoną podłogę. Z nosa zaczęła mi cieknąć ciepła krew — moja twarz musiała już wtedy okropnie wyglądać — i poczułem, jak jakieś lekkie ciało, chyba Nebogipfela, zderzyło się z moją nogą.
Drżenie fundamentów ustało po kilku sekundach, ale światła się nie zapaliły.
Dostałem ataku kaszlu, gdyż w powietrzu unosiło się sporo betonowego pyłu, i odżył we mnie dawny paniczny strach przed ciemnością. Potem usłyszałem syk zapalanej zapałki, dostrzegłem szeroką twarz Mosesa, który przyłożył zapałkę do knota świeczki. Uniósł świeczkę, osłaniając płomień dłonią. Żółte światło rozlało się w korytarzu. Moses uśmiechnął się do mnie.
— Zgubiłem plecak, ale przezornie włożyłem do kieszeni trochę zapasów, które zalecał pan wziąć — wyjaśnił.
Gödel wstał trochę sztywno. Z ulgą zauważyłem, że tuli plattneryt do piersi, a słoik nie uległ uszkodzeniu.
— Przypuszczam, że ten pocisk musiał spaść na terenie College’u. Możemy się cieszyć, że żyjemy, bo te mury mogły z łatwością na nas runąć.
Poszliśmy dalej mrocznymi korytarzami. Dwukrotnie drogę zagradzały nam gruzy, ale przy odrobinie wysiłku zdołaliśmy przez nie przejść. Straciłem całkowicie orientację, ale Gödel, który szedł przede mną ze słoikiem jarzącego się plattnerytu pod pachą, posuwał się pewnie naprzód.
Po kilku minutach dotarliśmy do przybudówki, którą Wallis nazwał Działem Rozwoju PPC. Moses uniósł świeczkę wyżej i światło rozeszło się w wielkim warsztacie. Z wyjątkiem braku świateł i jednego długiego, krętego pęknięcia, które biegło po przekątnej na suficie, warsztat pozostał mniej więcej w takim stanie, w jakim go zapamiętałem. Wszystkie przedmioty charakterystyczne dla warsztatu: części silników, zapasowe koła i gąsienice, kanistry z olejem i paliwem, szmaty i kombinezony, leżały na całej podłodze. Z wielokrążków przymocowanych do uchwytów na suficie zwisały łańcuchy, które rzucały długie, zawiłe cienie. Na środku podłogi dostrzegłem kubek nie dopitej herbaty, który najwyraźniej ustawiono tam celowo. Powierzchnię napoju pokrywała cienka warstwa betonowego pyłu.