Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
— Kto się pierwszy odezwie, daje fant.
Później nie mogąc zasnąć, wsłuchiwał się w jej oddech. Co jakiś czas wydawała ciche pomruki. A potem odwróciła się do niego z głośnym jękiem. Rzucona na poduszkę ręka zasłaniała jej twarz. Najwyraźniej z kimś walczyła. Gładząc ją po zmierzwionych włosach poczekał, aż oddali się dręcząca ją zmora, a potem wyślizgnął się cicho spod kołdry.
Kuchenna podłoga ziębiła stopy. Otworzył kilka szafek. W środku stały zakurzone talerze i w połowie puste opakowania z żywnością. Przedpotopowa lodówka wyglądała, jakby wypożyczono ją z jakiegoś instytutu biologii; zawartość pokryta była niebieskim nalotem i nakrapiana egzotycznymi plamkami pleśni. Najwyraźniej nie myślano tutaj zbyt wiele o zaopatrzeniu domu. Postawił wodę na gaz, wypłukał kubek i wsypał do niego trzy łyżeczki rozpuszczalnej kawy.
Popijając gorzki napój włóczył się po mieszkaniu. W salonie stanął przy oknie i odsunął lekko zasłonę. Bülow Strasse była pusta. Za słabo oświetloną budką telefoniczną widać było ciemny zarys wejścia na stację. Zasunął z powrotem zasłonę.
Ameryka. Myśl, że mógłby się tam znaleźć, nigdy przedtem nie przyszła mu do głowy. Jego umysł wypełnił się obrazami, które starannie umieścił tam doktor Goebbels. Żydzi i Murzyni. Kapitaliści w wysokich cylindrach i zadymione fabryki. Żebracy na ulicach. Bary ze striptizem. Strzelający do siebie z wielkich samochodów gangsterzy. Pożary wielkich kamienic i jazzowa muzyka niosąca się przez murzyńskie getta niczym wycie policyjnych syren. Szczerzący zęby Kennedy. Ciemne oczy i jasne nogi Charlie. Ameryka.
Wszedł do łazienki. Ściany były zaparowane i pokryte plamami mydła. Wszędzie stały buteleczki, tubki i małe słoiczki. Tajemnicze kobiece przedmioty ze szkła i plastiku. Minęło mnóstwo czasu, odkąd po raz ostatni odwiedził kobiecą łazienkę. Czuł się tu obco i niezgrabnie — niczym niezdarny ambasador innego gatunku. Wziął do ręki kilka kosmetyków i powąchał je, a potem nałożył na palec wskazujący trochę kremu i roztarł go kciukiem. Jej zapach mieszał się na jego rękach z innymi.
Owinął się w duży ręcznik i usiadł na podłodze, żeby się zastanowić. Zanim zaczęło świtać, usłyszał, jak Charlie trzy albo cztery razy krzyknęła przez sen. W jej głosie brzmiał autentyczny strach. Czy wracała do niej przeszłość, czy bała się przyszłości? Chciałby to wiedzieć.
2
Tuż przed siódmą March wyszedł na Bülow Strasse. Jego volkswagen stal zaparkowany sto metrów dalej po lewej stronie ulicy, obok sklepu rzeźnika. Właściciel wieszał właśnie w witrynie potężne kawały mięsa. Stos leżących na tacy krwistych kiełbas nieodparcie z czymś się Marchowi kojarzył.
Paluchy Globusa, tak, to było to — te wielkie czerwone pięści.
Pochylił się nad tylnym siedzeniem samochodu, wyciągnął na zewnątrz walizkę i wyprostowując się rozejrzał szybko dookoła. Nie zauważył nic podejrzanego: normalny sobotni wczesny ranek. Większość sklepów otwierano o tej samej porze co zwykle; w związku ze świętem miały być czynne tylko do pierwszej.
Wróciwszy do mieszkania, zrobił więcej kawy, postawił pełen kubek na stoliku przy łóżku Charlie i poszedł do łazienki się ogolić. Po kilku minutach usłyszał, jak wchodzi i staje tuż za nim. Objęła go wpół, przytulając piersi do jego nagich pleców. Nie odwracając się pocałował ją w rękę. SPAKUJ SIĘ. NIE WRACAMY TU JUŻ, napisał palcem na zaparowanym lustrze. Starł napis i pierwszy raz chyba zobaczył ją wyraźnie w świetle dnia — z rozczochraną głową, na pół przymkniętymi powiekami, rysami twarzy wciąż miękkimi od snu. Kiwnęła głową i ruszyła z powrotem do sypialni.
Podobnie jak to zrobił przed odlotem do Zurychu, ubrał się w cywilne ubranie. Z niewielką różnicą: tym razem luger wylądował w prawej kieszeni trencza. Płaszcz — kupiony przez niego tanio i dawno temu z nadwyżek Wehrmachtu — był wystarczająco obszerny, żeby nikt nie zorientował się, że ma przy sobie broń. Gdyby chciał, mógł wsadzić rękę do kieszeni i wziąć kogoś w gangsterskim stylu na muszkę: „Okay, koleś, idziemy”. Uśmiechnął się pod nosem. Znowu Ameryka.
Fakt, że mogą być podsłuchiwani, kładł się cieniem na ich przygotowaniach. Poruszali się w milczeniu po mieszkaniu. Dziesięć po ósmej Charlie była gotowa. March przeniósł radio z łazienki do salonu i nastawił je na pełny regulator.
— Z obrazów przysłanych na wystawę wynika jasno, że oczy niektórych ludzi widzą rzeczywistość inaczej, niż ona wygląda: że naprawdę istnieją osobnicy, według których łąka jest niebieska, niebo zielone, a chmury żółte jak siarka… — Weszło już w zwyczaj, że w tych dniach nadawano ponownie najbardziej słynne mowy Führera. To przemówienie powtarzano rok w rok: atak na nowoczesnych malarzy wygłoszony w roku 1937 z okazji otwarcia Domu Niemieckiej Sztuki.
Ignorując cichy protest Charlie, wziął oprócz swojej również jej walizkę. Charlie założyła swój niebieski płaszcz. Na jedno ramię zarzuciła skórzaną torbę, na drugim zawiesiła aparat. W progu obróciła się, żeby po raz ostatni rozejrzeć się po mieszkaniu.
— Albo ci „artyści” naprawdę widzą przedmioty w ten sposób i wierzą, że wyglądają one właśnie tak, jak je przedstawiają; wtedy należy zapytać, jak powstała wada ich wzroku, i jeśli okaże się dziedziczna, nakazać ministrowi spraw wewnętrznych powstrzymanie dalszego rozprzestrzeniania się tak upiornego defektu. Albo sami nie wierzą w przedstawianą przez siebie rzeczywistość, ale z jakichś innych względów dążą do tego, żeby narzucić ją narodowi; wtedy sprawą powinien zająć się prokurator…
Zamykając drzwi słyszeli za sobą gromkie brawa i śmiechy.
— Jak długo to potrwa? — zapytała go szeptem Charlie, kiedy schodzili po schodach.
— Cały weekend.
— Sąsiedzi powinni być zadowoleni.
— Oby tylko któryś nie zebrał się na odwagę i nie poszedł poprosić cię o ściszenie radia.
Na dole, nieruchoma niczym wartownik, stała dozorczyni. W ręku trzymała butelkę mleka, pod pachą egzemplarz „Völkischer Beobachter”.
— Dzień dobry, Fräulein — zwróciła się do Charlie, nie odrywając wzroku od Marcha.
— Dzień dobry, Frau Schustermann. To mój kuzyn z Aachen. Mamy zamiar sfotografować spontanicznie bawiącą się na ulicach ludność — powiedziała, dotykając ręką aparatu. — Szybciej, Haraldzie, bo się spóźnimy.
Starsza kobieta nadal mierzyła surowym wzrokiem Xaviera i zaczął się obawiać, czy przypadkiem go nie rozpoznała. Było to raczej wątpliwe: zapamiętała najprawdopodobniej tylko mundur. Po kilku chwilach odchrząknęła i powłócząc nogami wróciła do swojego mieszkania.
— Kłamiesz bardzo przekonująco — powiedział March, kiedy znaleźli się na ulicy.
— Dziennikarski nawyk — odparła. Ruszyli szybko w stronę volkswagena. — To szczęście, że nie miałeś na sobie munduru. Z pewnością chciałaby ci wtedy zadać parę pytań.
— Luther w życiu nie wsiadłby do samochodu prowadzonego przez umundurowanego Sturmbannführera SS. Czy przypominam szofera ambasady?
— Tylko bardzo dystyngowanego.
Wepchnął obie walizki do bagażnika i wsiedli do środka.
— Nie możesz tam nigdy wrócić, zdajesz sobie sprawę? — powiedział, zanim zapalił silnik. — Niezależnie od tego, czy nam się uda, czy nie. Pomoc udzielona uciekinierowi czyni z ciebie kogoś w rodzaju szpiega. To już nie będzie kwestia deportacji, ale coś o wiele poważniejszego.
Machnęła z lekceważeniem ręką.
— I tak nigdy się tu dobrze nie czułam.